Świeży bananowo-orzechowy chleb stygł
na ladzie, wypełniając mieszkanie swoim aromatycznym zapachem.
Zerknąłem na zegarek na piekarniku.
Za pięć ósma.
Przeciągając dłońmi po mokrych
włosach, zrezygnowałem z pójścia spać. W salonie leżał nieprzytomny i chrapiący
Ollie, a ostatnim razem jak sprawdzałem moją sypialnię, to Jase był rozłożony
na brzegu mojego łóżka. I nie było mowy, żeby jakakolwiek część mojej skóry lub
ubrania dotknęła łóżka Olliego.
To nie chodziło o to, że Jase i Ollie
nie dali mi spać. W każdej chwili podczas niekończącej się nocy mogłem zamknąć
się w mojej sypialni, ale mój umysł nie chciał się zamknąć. Po części miało to
coś wspólnego z piątkowym spotkaniem i jak doktor Bale wszystko mi wyłożył. Nie
mogłem przestać myśleć o tym jak Jase sobie poradzi, bo kiedy Ollie zasnął, a
Jase był bardziej pijany niż całe bractwo, zaczął gadać i cóż, nie wiedziałem
jak mu pomóc.
I nie mogłem przestać myśleć o
dziewczynie mieszkającej kilka drzwi dalej.
Cukierek mi odmówiła.
Uśmiechnąłem się, myśląc o tym jak
zamienię te nie na tak.
Obracając się w miejscu, sięgnąłem do
lodówki i zatrzymałem się. Co to było? Wyzwanie? Od chwili, gdy poznałem Avery,
to uciekała ode mnie, a kobiety biegły do
mnie.
Ale to, co powiedziałem jej wczoraj o
tym, dlaczego chciałem iść na randkę, było prawdą. Avery naprawdę mnie
interesowała. Nie była jak dziewczyny, z którymi spędzałem czas – tymi dobrze
ułożonymi, wstydliwymi i kokieteryjnymi. Nie żeby było coś z nimi nie tak, ale
Avery była inna. Rozśmieszała mnie. Może nie celowo, ale uwielbiałem patrzeć
jak rumieni się przez najbłahsze rzeczy, a kiedy się uśmiechała?
Cukierek świeciła jaśniej niż
jakakolwiek inna laska, jaką znałem.
Być może chodziło o to wszystko,
powiązane z wyzwaniem. Naprawdę nie wiedziałem i przez tę chwilę, jak
otwierałem lodówkę i wyciągałem jajka, poważnie mnie to nie obchodziło.
Lubiłem ją.
I nie zamierzałem iść spać, więc
dlaczego obiekt mojego obecnego niepokoju powinien spać w niedzielny poranek?
W momencie, kiedy ten pomysł wpadł mi
do głowy, nawet nie zastanawiałem się dwa razy. Cukierek pewnie nie będzie
szczęśliwa tym planem, ale nikt – nawet ona – nie mógł się oprzeć mojemu
bananowo-orzechowemu chlebowi.
Zbierając swoje rzeczy, podążyłem w
stronę drzwi. Tam usłyszałem pomruk Olliego. – Bez pomidorów. Dodatkowy bekon.
- Co do? – Spojrzałem na niego przez
ramię. Nadal leżał na brzuchu, policzek przyciskał do poduszki kanapowej, którą
dała mi mama, martwy dla świata. – Dziwak – mruknąłem, wychodząc z mieszkania.
Przy drzwiach Avery najpierw lekko
zapukałem, nie chcąc obudzić sąsiadów, ale kiedy minęła pełna minuta i nie usłyszałem
kroków, zapukałem mocno i nie przestawałem.
Po czasie, który wydawał się
wiecznością jak waliłem do jej drzwi i obróciłem się, żeby upewnić się, że nikt
na mnie nie nawrzeszczy, nareszcie usłyszałem kroki i otworzyły się drzwi.
- Czy wszystko w porządku? – zapytała
możliwe najseksowniejszym głosem, jaki kiedykolwiek słyszałem.
Odwróciłem się z powrotem do drzwi,
obejmując wzrokiem zaspaną Avery.
Miedziane włosy zwisały w luźnej
plątaninie, pokrywając jej barki i muskając złotą skórę ramion. Nie wydawało mi
się, żebym wcześniej widział ją w bluzce z krótkim rękawem. Moje spojrzenie,
samo z siebie, podążyło w bok i zatrzymało się, pochłaniając sposób, w jakim
cienka koszulka, którą miała na sobie rozciągała się na krągłościach jej
piersi. Z wolą, którą nie wiedziałem, że posiadałem, z trudem uniosłem wzrok do
jej zarumienionej twarzy.
Nagle nie wiedząc, co do cholery
wyprawiałem, posłałem jej krzywy uśmiech i powiedziałem sobie, do diabła z tym.
- Nie, ale będzie za około piętnaście minut.
- C-c-co? – Odsunęła się z drogi,
kiedy przeszedłem obok niej. Wszystkie mieszkania były takie same, więc
wiedziałem, gdzie była kuchnia, ale i tak zrobiłem szybki przegląd salonu.
Wyposażenie wyglądało na nowe – kanapa i ciemne, niskie stoliki. Czarny fotel
mieścił się obok telewizora. Na ścianach nie wisiały żadne obrazy. Czarny fotel
chyba był najbardziej osobistym przedmiotem w tym pokoju.
- Cam, co ty robisz? Jest ósma rano.
- Dzięki za aktualizację czasu. To
jedna rzecz, której nigdy nie mogłem opanować: określenia czasu.
Szła za mną i czułem, jak przeszywa
wzrokiem moje plecy. - Czemu tutaj jesteś?
- Robię śniadanie.
- Nie możesz go zrobić we własnej
kuchni?
- Moja kuchnia nie jest tak
ekscytująca jak twoja. – Położyłem jajka oraz chleb na blacie i odwróciłem się
do niej twarzą. Pocierając oczy wyglądała cholernie uroczo i chciałem mieć na
sobie coś bardziej przyzwoitego niż dresy i koszulka, która nie byłem pewien
czy była czysta. - A Ollie jest nieprzytomny na podłodze w salonie.
- Na podłodze?
- Tak. Głową w dół, chrapiąc i trochę
się śliniąc. Nie jest to apetyczna atmosfera.
Jej usta zadrgały w nikłym uśmiechu,
który szybko zniknął. - Cóż, moje mieszkanie też nie jest.
Założyłem ramiona, opierając się o
blat. – Och, no nie wiem… - Przesunąłem
wzrokiem po jej cudownym ciele. Jej sutki były twarde, przyciskały się do jej
bluzki, błagając o dotknięcie, polizanie, pocałowanie i Bóg wie, co jeszcze bym
im zrobił. Pożądanie uderzyło mnie w brzuch i niemal zrobiłem krok w jej
stronę. – Twoja kuchnia, w tej właśnie chwili, jest bardzo apetyczna.
Zaczerwieniła się. – Nie umówię się z
tobą, Cam.
- Nie zapytałem cię o to w tej
chwili, prawda? – Uśmiechnąłem się. – Ale w końcu to zrobisz.
- Masz urojenia.
- Jestem zdeterminowany.
- Bardziej irytujący – zripostowała,
brązowe oczy migotały.
- Większość powiedziałaby, że
niezwykły.
Wywróciła oczami. – Tylko w twojej
głowie.
- Chodziło ci, że w wielu głowach. -
Odwróciłem się do kuchenki. - Przyniosłem również chleb bananowo-orzechowy
upieczony w moim własnym piekarniku.
Nastąpiła chwila ciszy. – Jestem
uczulona na banany.
Obróciłem się gwałtownie. – Robisz
sobie ze mnie jaja?
- Nie. Nie robię. Jestem uczulona na
banany.
- Rany, to cholerna szkoda. Nie masz
pojęcia, co przegapiasz. Banany sprawiają świat lepszym miejscem.
- Nie wiedziałabym.
Niech to szlag. Najwyraźniej mogła
oprzeć się mojemu bananowo-orzechowemu chlebowi. – Jeszcze na coś jesteś
uczulona?
- Oprócz penicyliny i facetów, którzy
wpychają się do mojego mieszkania? Nie.
- Jaka twarda. – Odwróciłem się i
pochyliłem, otwierając najbliższą szafkę. – Ilu słabszych, mniej pewnych siebie
kolesi zabiłaś tym swoim językiem?
- Najwyraźniej nie wystarczająco
dużo. – Słyszalne było jej głośne sapnięcie. – Zaraz wrócę.
Nie miałem pojęcia, co kombinowała,
ale wątpiłem, że opuści mieszkanie. Nucąc pod nosem, znalazłem garnek, aby
ugotować jajka i napełniłem go wodą. Kładąc go na kuchence, odpaliłem palnik.
Słyszałem ją w jej sypialni, jej ciche kroki, cięższe niż myślałem, że będą.
Minęło parę chwil i odwróciłem się w stronę progu drzwi. Było całkiem możliwe,
że zamknie się w jej pokoju.
Cholera.
- Hej! Ukrywasz się tam? – krzyknąłem.
– Bo przyjdę tam i cię wyciągnę.
- Nie waż się tutaj przychodzić! –
odkrzyknęła.
Roześmiałem się cicho. Choć kuszące
było zobaczenie, co robiła, to nie chciałem przez to wylądować w szpitalu. -
Więc się pospiesz. Moje jajka nie czekają na nikogo.
Do czasu kiedy wróciła, znalazłem
krojony ser i postanowiłem, że ona dostanie sadzone jajko. Nic nie
powiedziałem, chociaż wiedziałem, że tam była i patrzyła na mnie.
- Cam, dlaczego tutaj jesteś? –
zapytała w końcu.
- Już ci powiedziałem. – Zsunąłem
jajka na talerz i zaniosłem go do małego stolika przy ścianie. – Chcesz tostu?
Poczekaj. Masz chleb? Jeśli nie, mogę…
- Nie. Nie potrzebuję tostu. – Obserwowała
mnie z szeroko otwartymi oczami. – Nie masz nikogo innego do męczenia?
- Jest cholernie mnóstwo ludzi,
których mógłbym nagrodzić swoją
obecnością, ale wybrałem ciebie.
Poruszyła ustami, ale nie wydała
żadnego dźwięku, po czym obróciła się, wskakując na krzesło i przyciągnęła
kolana do piersi, podnosząc widelec. – Dzięki – mruknęła.
Podniosłem brwi. - Chciałbym wierzyć,
że naprawdę masz to na myśli.
- Mam!
Odwróciłem się do kuchenki. – Z
jakiegoś powodu w to wątpię.
Minęło parę sekund ciszy, a potem. –
Doceniam jajka. Jedynie jestem zaskoczona widząc cię tutaj… o ósmej rano.
Czekając aż moje jajka skończą się
gotować, przyjrzałem się jej. - Cóż, mówiąc szczerze, planowałem uwieść cię
moim bananowo orzechowym chlebem, ale teraz to się nie stanie. Więc pozostały
mi tylko moje pyszne jajka.
- Są naprawdę dobre, ale nie uwodzisz
mnie.
- Och, uwodzę. – Podszedłem do
lodówki i znalazłem sok pomarańczowy. Biorąc dwie szklanki, polałem trochę
słodkości i postawiłem jedną przed nią. – To wszystko leży w podstępie. Jeszcze
nie zdajesz sobie z tego sprawy.
Opuściła wzrok na talerz. – Ty nie
jesz?
- Jem. Lubię ugotowane jajka. – Siadając
naprzeciwko niej, oparłem brodę na ręce. Jej włosy opadły do przodu, prawie
sięgając talerza. Wciąż odsuwała kosmyki. Była cholernie słodka. – Więc, Avery
Morgansten, jestem cały twój.
Uniosła rzęsy. – Nie chcę cię.
- Szkoda. Opowiedz mi o sobie.
Cukierek zacisnęła usta w prostą
linię. - Robisz to często? Po prostu wchodzisz do mieszkań przypadkowych
dziewczyn i robisz jajka?
- Cóż, nie jesteś przypadkowa, zatem
technicznie nie. – Podnosząc się, sprawdziłem jajka. – I mogę być znany z
zaskakiwania szczęśliwych pań co jakiś czas.
Co nie było dokładnie prawdą. To
znaczy, jeśli w jakiś sposób znalazłem się u kogoś w mieszkaniu i nie spałem,
to robiłem śniadanie, ale to? To było pierwsze. Ale ona nie musiała o tym
wiedzieć.
- Poważnie? To znaczy, normalnie tak
robisz?
Zerknąłem przez ramię. - Z
przyjaciółmi, tak, a my jesteśmy przyjaciółmi, prawda, Avery?
Przyglądała mi się chwilę, po czym odłożyła
swój widelec. - Tak, jesteśmy przyjaciółmi.
- W końcu! – wykrzyknąłem. – W końcu
przyznałaś, że jesteśmy przyjaciółmi. To zajęło tylko tydzień.
- Znamy się tylko przez tydzień.
- Jednak zajęło to tydzień.
Gdy zacząłem pochłaniać moje jajka,
zapytała mnie jak długo zajmowało mi zdeklarowanie statusu najlepszego
przyjaciela. Usiadłem przy stole, spotkałem jej zaciekawione spojrzenie. - Zazwyczaj
zajmuje mi około pięć minut, zanim przenosimy się na status najlepszych
przyjaciół.
Mały uśmiech pojawił się na jej
ustach. - Więc przypuszczam, że jestem dziwna.
- Może.
- Chyba jest to dla ciebie inne.
- Hmm? – Obrałem ostatni kawałek
skorupki jajka.
- Założę się, że dziewczyny się na
tobie wieszają. Tuziny pewnie mogłyby zabić, żeby być na moim miejscu i oto
jestem ja, uczulona na twój chleb.
Podniosłem wzrok. – Dlaczego? Z
powodu mojej niemal boskiej doskonałości?
Wprost się roześmiała, a ten
przeklęty węzeł wrócił do mojej klatki piersiowej. - Nie posuwałabym się tak
daleko.
Wzruszając ramionami, zachichotałem.
– Sam nie wiem. Tak naprawdę o tym nie myślę.
- W ogóle o tym nie myślisz?
- Nie. – Wrzuciłem jajko do ust, po
czym wytarłem ręce w serwetkę. – Myślę o tym tylko wtedy, kiedy ma to
znaczenie.
Oderwała ode mnie wzrok, bawiąc się
jej szklanką. – Więc jesteś zreformowanym podrywaczem?
- Czemu tak myślisz?
- Słyszałam, że byłeś dobrym graczem
w liceum.
- Naprawdę? Od kogo to usłyszałaś?
- Nie twoja sprawa.
Wziąłem głęboki wdech. Jej język był
cięty jak ostrze. – Z taką buzią nie masz zbyt dużo przyjaciół, co?
Cukierek wzdrygnęła się. – Nie. Nie
byłam zbyt popularna w liceum.
O cholera, teraz czułem się jak
palant. Położyłem jajko na talerzu. - Cholera. Przepraszam. To była z mojej
strony dupkowata rzecz do powiedzenia.
Potrząsnęła głową.
Patrzyłem na nią, unosząc jajko i je
obrałem, nie potrafiąc jej rozgryźć. – Choć ciężko uwierzyć, że nie byłaś.
Potrafisz być zabawna i miła, kiedy mnie nie obrażasz i jesteś ładną
dziewczyną. Prawdę mówiąc, jesteś naprawdę seksowna.
- Och… dzięki. – Wierciła się na
krześle.
- Mówię poważnie. Powiedziałaś, że
twoi rodzice byli surowi. Nie pozwolili ci się zabawić w liceum? – Zjadłem
kolejne jajko. Potrzebowałem protein. - Wciąż nie mogę sobie wyobrazić, że nie
byłaś popularna w szkole. Rządzisz trójką – mądra, zabawna i seksowna.
- Nie byłam. Dobra? – Odkładając
szklankę, zaczęła bawić się rąbkiem bluzki. – Byłam wielkim przeciwieństwem
popularności.
Nie mając pewności co myśleć o tym
komentarzu, obrałem trzecie jajko. Widywałem ją na kampusie z dziewczyną, z
którą chodziłem do liceum i Jacobem Massey’em. Nie wyglądało na to, że nie
umiała zawierać przyjaźni. – Przykro mi, Avery. To… to do bani. Liceum jest
wielką sprawą.
- Tak, jest. Miałeś dużo przyjaciół?
Skinąłem głową. Miałem autobus pełen
przyjaciół.
- Wciąż z nimi rozmawiasz?
- Z niektórymi. Ollie i ja
chodziliśmy razem do liceum, ale on spędził dwa lata na WVU i przeniósł się
tutaj, i widzę niektórych w kampusie albo w domu.
Skuliła się w sobie, wyglądając na
niewiarygodnie małą. – Masz braci lub siostry?
- Siostrę. – Wziąłem ostatnie jajko,
uśmiechając się. - Jest ode mnie młodsza. Właśnie skończyła osiemnastkę. W tym
roku kończy szkołę.
- Jesteście sobie bliscy?
- Tak, jesteśmy sobie bliscy. –
Podobało mi się, że zadawała mi pytania, lecz rozmawianie o mojej siostrze
sprawiało, że myślałem o innych rzeczach. - Ona wiele dla mnie znaczy. A co z
tobą? Starszy brat, którym muszę się martwić że przyjedzie i skopie mi tyłek za
bycie tutaj?
Uniosła jeden kącik ust. - Nie.
Jestem jedynaczką. Mam kuzyna, który jest starszy, ale wątpię że by to zrobił.
- Ach, dobrze. – Skończyłem ostatnie
jajko, oparłem się i poklepałem po brzuchu. - Skąd jesteś? – Gdy nie
odpowiedziała, zdecydowałem, że temu nie odpuszczę. Chciałem ją poznać. Wymiana informacji była
niezbędna. - Dobra. Widocznie wiesz, skąd jestem jeśli słyszałaś o moich
zajęciach pozalekcyjnych w liceum, ale jedynie to potwierdzę. Jestem z okolic
Fort Hill. Nigdy o tym nie słyszałaś? Cóż, większość ludzi nie słyszało. To
blisko Morgantown. Czemu nie poszedłem do WVU? Wszyscy chcą to wiedzieć. Po
prostu chciałem się wyrwać, ale być jakoś blisko rodziny. I tak, byłem… bardzo
zajęty w liceum.
- Już nie jesteś?
- Zależy, kogo spytasz. – Zaśmiałem
się. – Ta, sam nie wiem. Kiedy byłem na pierwszym roku – te pierwsze parę
miesięcy, bycie w towarzystwie starszych dziewczyn? Prawdopodobnie włożyłem w
nie więcej wysiłku niż w zajęcia.
Uśmiechnęła się. – Ale teraz nie?
Pokręciłem głową i wróciłem do tego,
co chciałem wiedzieć. – Więc skąd jesteś?
Cukierek westchnęła. – Jestem z
Teksasu.
- Teksas? – Oparłem się o stół. –
Poważnie? Nie masz akcentu.
- Nie urodziłam się w Teksasie. Moja
rodzina pierwotnie była z Ohio. Przeprowadziliśmy się do Teksasu, kiedy byłam
jedenastolatką i nigdy nie nabrałam żadnego akcentu.
- Z Teksasu do Zachodniej Wirginii?
To cholerna różnica.
Spojrzała mi w oczy na ułamek
sekundy, po czym wstała, biorąc swój talerz i miskę. - Cóż, mieszkałam w części
małej galerii handlowej w Teksasie, ale prócz tego, jest tutaj tak jakby tak
samo.
- Powinienem posprzątać. – Zacząłem
wstawać. – Zrobiłem bałagan.
- Nie. – Posłała mi poważne
spojrzenie. – Ty gotowałeś. Ja sprzątam.
Patrząc jak zajmuje się naczyniami,
nie mogłem powstrzymać się od myśli, jakie to było intymne – ja gotujący, ona
sprzątająca. Choć mogłem kiedyś robić śniadania dla dziewczyn, nigdy tak nie
było.
I naprawdę nie byłem pewien, jak to
przetrawić.
Odwracając się do chleba, odsunąłem z
niego folię. - Co sprawiło, że wybrałaś tutaj?
Skończyła mycie małej patelni, którą
przyniosłem, zanim odpowiedziała na pytanie. - Po prostu chciałam się wyrwać,
tak jak ty.
- Jednak musiało być trudno.
- Nie. Było niesamowicie łatwo podjąć
decyzję.
Tak? Nie potrafiłem sobie wyobrazić
wyprowadzenia się tak daleko od rodziny. Byłem pewien, że moja mama dopadłaby
mnie, gdybym tak zrobił. Przełamałem chleb na pół. – Jesteś zagadką, Avery
Morgansten.
Podparła się o blat. – Nie bardzo.
Bardziej ty.
- Dlaczego?
Wskazała na mnie i do połowy zjedzony
bochenek chleba. – Dopiero zjadłeś cztery jajka ugotowane na twardo, jesz pół
bochenka i masz mięśnie, które wyglądają jakby należały do reklamy Bowflexa.
Mój uśmiech był wielkości krateru po
trzęsieniu ziemi. - Gapiłaś się na mnie, co? Pomiędzy twoimi płonącymi
obelgami? Czuję się jak ludzki cukierek.
Roześmiała się, a ten dźwięk był
miękki i słodki. - Zamknij się.
- Jestem dorastającym chłopcem.
Podniosła na to brwi, a ja się
zaśmiałem. W następującej ciszy, stwierdziłem, że mówię jej więcej, niż mówiłem
większości dziewczyn, które znałem od kilku lat. – Mój tata jest prawnikiem,
prowadzi własną firmę w domu. Więc prawdopodobnie chciał, żebym poszedł na
prawo.
Została przy blacie. – Czemu tego nie
zrobiłeś?
- Prawo to nie moja rzecz. Mama jest
lekarką – kardiologiem – i zanim zapytasz, szkoła medyczna też mnie nie
interesowała.
Podniosła prawą rękę do bransoletki,
odruch nerwowy z którego zaczynałem zdawać sobie sprawę. – A interesuje cię
sport rekreacyjny?
- Interesuje mnie piłka nożna. Więc
jeśli mogę dogadywać się z drużyną, pomagając jej graczom, to jestem
szczęśliwy. – Zamilkłem, przesuwając się na krześle. – Albo chciałbym trenować,
może w liceum czy coś.
Opuściła wzrok na podłogę, zbliżając
się. Przypominała mi przestraszone zwierzę, które zostało już wcześniej
zranione i była nieufna do istot wokół niej. Węzeł rozwinął się w mojej piersi i
powróciło te okropne mrowienie, mówiące mi coś, czego nie chciałem słyszeć.
- Dlaczego nie grasz w piłkę nożną? –
zapytała.
A to był temat, którego nie chciałem
dotykać, ale zadawała pytania i nie było mowy, żebym miał jej odmówić. – To
długa… skomplikowana historia, ale w tej chwili nie mogę jej opowiedzieć.
Stała przy stoliku blisko krzesła. –
A później?
- Później… później może się udać. –
To była prawda. Jeżeli utrzymam formę, będę nadążał za grą, kto wie? Po prostu
nie pozwalałem sobie często o tym myśleć. - Zatem lecisz do Teksasu na jesienną
przerwę albo Dziękczynienie?
Prychnęła. - Pewnie nie.
- Masz inne plany?
Avery wzruszyła ramionami i zaczęła
pytać mnie o piłkę nożną. Minęło kilka godzin i miałem pewność, że wiedziała
już wszystko o piłce nożnej. Zbliżało się południe, kiedy wstałem. Nie bardzo
chciałem wychodzić, ale pochłonąłem cały jej poranek.
Obracając patelnią w jednej ręce i
niosąc chleb w drugiej, zatrzymałem się przed jej drzwiami. – Więc, Avery…
Oparła się o kanapę. – Więc, Cam…
- Co porabiasz we wtorkowy wieczór?
- Nie wiem. – Ostrożność osiadła na
jej czole. – Czemu?
- Co ty na to, żebyś się ze mną
umówiła?
- Cam – westchnęła.
- To nie jest nie.
- Nie.
- Cóż, to jest nie – przyznałem.
- Tak, jest. – Odsunęła się od
kanapy, chwytając drzwi. – Dzięki za jajka.
Cofnąłem się, niezrażony. - Co ze
środowym wieczorem?
- Do widzenia, Cam.
Cukierek zamknęła drzwi, ale przedtem zobaczyłem jej uśmiech i wiedziałem, że nie minie dużo więcej czasu jak się zgodzi.
Cukierek zamknęła drzwi, ale przedtem zobaczyłem jej uśmiech i wiedziałem, że nie minie dużo więcej czasu jak się zgodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz