W środę przed przerwą jesienną znowu
opuściłem odżywanie i poszukałem Avery, znajdując ją tam gdzie zawsze była
podczas zajęć: w Den razem z Brittany i Jacobem. Dobrze, że ją znalazłem.
Odkryłem trzy ważne rzeczy.
Cukierek rozmawiała o mnie ze swoimi
przyjaciółmi, bo wiedzieli, że próbowałem umówić się z nią na randkę. Punkt za
to.
A także porównała mnie do seryjnego
zabójcy.
Nie żebym był urażony, ale nie
każdego dnia dowiadywało się, że zostało się wspomnianym w tym samym zdaniu co
Ted Bundy.
Ale jej przyjaciele całkowicie
popierali randkę. Lubiłem ich.
- W każdym razie – mówiła Brittany,
jej oczy migotały rozbawieniem, gdy patrzyła na krwistoczerwoną, kompletnie
zawstydzoną Avery. - Nie chodzi o mnie i moją ogromną wiedzę o seryjnych
mordercach. Mogę później was tym zadziwiać. Chodzi o ciebie, Avery. Ten miły,
młody dżentelmen, który nie jest seryjnym mordercą, chce się z tobą umówić.
Jesteś singielką. Jesteś młoda. Powinnaś powiedzieć tak.
- O mój Boże. – Jęknęła, przyciskając
ręce do twarzy. – Czy to nie jest już czas, żebyście wszyscy poszli do domu?
Roześmiałem się głęboko. – Umów się
ze mną, Avery.
Odwróciła się do mnie, z jakiegoś
powodu wyglądając na zaskoczoną. – Nie.
- Widzicie? – Zwróciłem się do
Brittany i Jacoba. – Wciąż mnie odrzuca.
Jacob wyglądał na osłupiałego. –
Jesteś idiotką, Avery.
- Nieważne. – Wstała, biorąc swoją
torbę. – Idę na zajęcia.
- Kochamy cię! – krzyknął Jacob.
Mruknęła „Yhm”, ale zatrzymała się,
żeby się pożegnać. Przerwa jesienna zaczyna się jutro i jechali do domu. Nadal
byłem zaskoczony, że Avery tutaj zostawała. Polecenie do Teksasu było piekielną
podróżą na cztery dni, ale mogłaby pojechać z jednym z nich. Co prawda, nie
podobało mi się wyobrażenie, że zostanie tutaj sama.
Poczekałem, aż skończy i poszedłem za
nią przez Den. Uniosła brew w moją stronę. – Idziesz za mną?
- Jak prawdziwy seryjny morderca – odparłem.
- Wiesz, że nie mówiliśmy poważnie,
prawda? I przepraszam, że coś im o tym powiedziałam. Oni po prostu zaczęli mnie
dręczyć tobą, a potem nagle…
- To nic. – Otoczyłem ramieniem jej
barki, kierując ją w stronę kęp drzew znajdujących się za budynkiem. Było
chłodno i pochyliła się, przysuwając się bliżej, czy zdawała sobie z tego
sprawę, czy nie. – Nie przejmuję się.
- Nie przejmujesz się?
Pokręciłem głową. Może powinno mnie
martwić, że teraz miałem widownię mojego powtarzającego się odrzucenia, ale tak
nie było. Spojrzałem na nią, uśmiechając się. Skupiona była na jednym z
niebieskich vanów, które zawsze były na kampusie.
- O-o – mruknąłem.
- Co? – Podniosła na mnie wzrok.
Opuściłem ramię, łapiąc kosmyk włosów
latający jej przed twarzą i założyłem go za jej ucho. Od tej nocy na dachu
Byrda, wykorzystywałem każdą cholerną okazję, żeby jej dotknąć a ona mi
pozwalała. – Myślisz.
- Tak.
- O?
- Niczym ważnym. – Uśmiechnęła się z
roztargnieniem. Nie był to wielki uśmiech, ale uśmiechała się częściej. – Jedziesz w ten weekend do domu?
- Tak. – Zbliżyłem się, zbierając jej
włosy i rozdzieliłem je na dwie długie części. Uśmiechnąłem się, myśląc, że
wyglądała uroczo w ten sposób. – Wyjeżdżam jutro o poranku, jasnym i wczesnym.
Nie wracam do niedzielnego wieczora. Więc w tym tygodniu nie będzie dla ciebie
żadnych jajek.
- Buu. – Zrzedła jej trochę mina.
- Nie płacz nad tym zbyt mocno. –
Musnąłem końcówki włosów jej policzki i znowu spróbowałem przekonać ją do
robienia czegoś w ten weekend zamiast bycia samą. – Zamierzasz przyjąć ofertę
Brit i jechać z nią do domu?
Pokręciła głową na nie. – Będę tutaj
spędzać czas i trochę poczytam.
- Głupek.
- Dupek.
Uśmiechnąłem się, rozkładając jej
włosy na barkach. – Wiesz co?
- Co?
Biorąc głęboki wdech, cofnąłem się i
wsadziłem ręce do kieszeni spodni. – Powinnaś dzisiaj się ze mną umówić, skoro
nie będzie mnie cały weekend.
Zaśmiała się. – Nie umówię się z
tobą.
- Więc spędź ze mną czas.
Zmarszczyła czoło. – W jaki sposób
jest to inne od umówienia się z tobą?
- W jaki sposób proszenie cię o
spędzenie ze mną czasu dziś wieczorem jest inne od spędzania razem czasu w
niedzielę?
Zaczęła znikać zmarszczka między jej
brwiami. – Co chcesz robić?
Wzruszyłem swobodnie ramionami, ale
moje serce waliło jak bęben. – Zamówić jakieś jedzenie i obejrzeć film.
Przestąpiła z nogi na nogę, czujna. –
To brzmi jak randka.
- Taka nie jest ze mną randka,
kochanie. – Zaśmiałem się. – Wyjdę gdzieś z tobą, gdzieś publicznie. To tylko
dwójka przyjaciół spędzających razem czas, oglądając film i jedząc jedzenie.
Jej wargi uformowały cienką linię,
jak odwróciła wzrok. Minęło kilka chwil i przygotowałem się na kolejne
odrzucenie. Z jakiegoś powodu, gdyby nie zgodziła się na to, to piekło by to
bardziej niż reszta odrzuceń. Nie wiedziałem dlaczego, ale jeśli nie mogłem jej
przekonać do tego, to naprawdę będę musiał ponownie rozważyć, co ja do diabła
wyprawiałem.
Cukierek westchnęła. – Ta, jasne.
Przyjdź.
Cholera jasna? Zgodziła się? Musiałem
zmusić się do udawania wyluzowanego, bo chciałem wyrzucić pięść w powietrze czy
coś. – Wow. Uspokój się, zanim zbyt bardzo się podekscytujesz.
- Jestem podekscytowana. – Żartobliwie
walnęła mnie w ramię. – Kiedy przyjdziesz?
- O siódmej?
Uśmiechnęła się, bawiąc się swoją
bransoletką. - Mi pasuje. Do zobaczenia.
Pozwoliłem jej dojść do chodnika,
zanim ją zatrzymałem. – Avery?
- Tak? – odparła, odwracając się.
Uniosły się kąciki moich ust, jak
przetoczyła się przeze mnie kula nerwowej energii. – Do zobaczenia dziś
wieczorem.
- Spędzasz dużo czasu z tą
dziewczyną.
- Ej! – Wyszedłem spod prysznica,
całkiem goły, zauważając Olliego stojącego w progu drzwi. – Co do diabła,
stary?
- Co? – Wzruszył ramionami. –
Przecież nie pierwszy raz widzę twój sprzęt.
Potrząsając głową, wziąłem ręcznik i
oplotłem nim biodra. – Na co, do cholery, marudzisz? I czy może to poczekać?
Tak jakby mam coś do roboty.
Ollie podążył za mną do mojej
sypialni. – Pytałem o Avery. Spędzasz z nią wiele czasu.
Nie odpowiedziałem, zakładając parę
dżinsów, zapiąłem je i wtedy opuściłem ręcznik.
- Dzisiaj bez bielizny? – Ollie
uśmiechnął się szeroko, kładąc ręce na futrynie drzwi. – Planujesz coś
zaliczyć?
Posłałem mu mroczne spojrzenie i
odwróciłem się, biorąc koszulkę. – Nie masz nic lepszego do roboty?
Nachylił się, rozciągając ramiona.
Jego włosy opadły do przodu, zasłaniając większość jego twarzy. – Nie. Nie w
tej chwili.
- Świetnie. – Założyłem koszulkę.
- Steve robi dzisiaj imprezę.
Idziesz?
- Nie.
- Oczywiście, że nie.
Wygiąłem brew, odsuwając go ze swojej
drogi i poszedłem do salonu, żeby znaleźć moje buty. – Jeżeli nie jesteś
zaskoczony, to czemu pytasz?
Ollie wzruszył ramionami. – Kiedyś
chodziłeś na wszystkie imprezy.
Wzdychając, założyłem buty i
wyprostowałem się. To była prawda. Tak jak fakt, że moja twarz była na nich
wszystkich nieobecna od późnego sierpnia. – Pójdę na tę Halloweenową. Tego nie
przegapię.
- Uhm. – Ollie walnął się na kanapę.
Patrzyłem na niego przez chwilę, po
czym pokręciłem głową, zabierając kilka filmów z półki. Czasami zastanawiałem
się czy Ollie w ogóle wiedział o czym mówił, czy co robił.
- Cam?
- Ta?
Odchylił głowę, szczerząc się. –
Uważam, że to fajnie, że spędzasz czas z Avery. Lubię ją. Jest miła.
- Dziękuję. – W momencie, kiedy te
słowa wyszły z moich ust, nie miałem pojęcia dlaczego je powiedziałem. Moje
policzki rozgrzały się, gdy Ollie się roześmiał. – Pieprz się.
Śmiech Olliego podążał za mną
korytarzem i w drodze do mojego auta. Dziękuję? To nawet nie miało sensu. Za co
mu dziękowałem, do diabła? Lecz kiedy skierowałem się do pobliskiej restauracji
chińskiej i zamówiłem ulubione danie Avery – smażone krewetki – zorientowałem
się, że czułem się wdzięczny. Najdziwniejsza cholerna rzecz, ponieważ Cukierek
jedynie zgodziła się na spędzenie razem wieczoru, ale wiedziałem, że nie
pozwalała ludziom na zbliżenie się do niej. To… to był dla niej duży krok.
Avery była dla mnie wielką tajemnicą;
paradoksem niewinności oraz uroku – tajemnicą, którą zamierzałem rozwiązać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz