Zamierzałem
złamać temu sukinsynowi twarz. Po prostu. Dotykał ją i oczywiste było dla
każdego z mózgiem wielkości orzeszka, że ona nie chciała być dotykana.
Uderzając
go ręką w klatkę piersiową, rzuciłem go na ścianę, drugą dłoń zaciskając w
pięść. - Co do cholery,
człowieku? Masz pieprzony problem ze słuchem?
- Przepraszam. – Tony uniósł ręce,
trzęsąc się. – Tylko tańczyliśmy. Nic innego nie chciałem.
- Cam – zawołała Avery.
Pchnąłem Tony’ego, jak zaczął znowu
coś mówić i nagle Jase stał za moimi plecami, chwytając mnie. Odciągnął mnie, a
Tony osunął się po ścianie.
- Musisz się, do cholery, wyluzować –
powiedział Jase.
Próbowałem wyrwać się z uścisku
Jase’a. – Puść mnie, do cholery, Jase.
- Do diabła, nie. – Stanął przede
mną, trzymając ręce na moim torsie. – Nie potrzebujesz tego, pamiętasz? Wdanie
się w bójkę jest ostatnią rzeczą, której teraz cholernie potrzebujesz. Więc
wycofaj się.
Krew
gotowała mi się z potrzeby uderzenia faceta pięścią w twarz, ale Jase… szlag,
Jase miał rację. Nie mogłem wdać się w bójkę. Moja kuratela zostanie anulowana,
a nie mogłem przeprowadzać przez to mojej rodziny ani Avery.
Avery.
Obróciłem
się. Zebrał się między nami tłum i stała z Brittany, jej twarz była blada a
oczy błyszczały od niewylanych łez. Ruszyłem do niej, ale Jase mnie zablokował.
-
Musisz się uspokoić, zanim cokolwiek zrobisz.
Ollie
pojawił się u mojego boku, wpychając piwo do mojej ręki. – Jase mówi prawdę,
człowieku. Avery nic nie będzie, ale ty… - Choć raz poważny, potrząsnął głową.
– Musisz przez chwilę się wyluzować.
Pozwoliłem
im skierować mnie do drzwi, a kiedy podniosłem wzrok, nie mogłem znaleźć Avery
w tłumie. Zniknęła.
Siadając
na brzegu łóżka, w którym Jase spał kiedykolwiek zostawał w tym domu,
wyciągnąłem komórkę, wysyłając Avery szybką wiadomość. Jase trzasnął drzwiami,
ale zignorowałem to, czekając na odpowiedź. Nie powinienem był im pozwolić aby
zaciągnęli mnie tutaj. W tej chwili Ollie stał na zewnątrz, udając ochroniarza.
Powinienem być z Avery, upewnić się, że z nią wszystko w porządku.
-
Co do cholery w ciebie wstąpiło, człowieku?
Spojrzałem
na Jase’a. – Ona kiedyś tańczyła.
Uniósł
wysoko brwi. – Co do cholery? – zapytał raz jeszcze. – Co to ma wspólnego?
Opuszczając
głowę na ręce, wzruszyłem ramionami. Nie miałem pojęcia co to, do diabła, miało
wspólnego z czymkolwiek, ale miałem te przeczucie, że tańczenie dla Avery – żeby
to zrobiła – było wielką sprawą.
Jase
przeklął, obracając się, po czym odwrócił się z powrotem do mnie. – Co się z
tobą dzieje, Cam? Nie wkurzasz się ot tak. Nie wściekasz się przez…
- Nie
waż się powiedzieć, że przez nic. – Podniosłem brodę, mrużąc oczy na Jase’a, gdy
furia przesuwała się przeze mnie z rykiem jak wymknięty spod kontroli pociąg
towarowy. – On ją dotykał, Jase. Obłapiał
ją i… - przerwałem, zanim powiedziałbym słowa, których nie chciałem.
-
No i?
- Jesteś
pieprzenie poważny? – Wyrwałem się do przodu, ale Jase nie cofnął się. Staliśmy
twarzą w twarz. – No i? Nie przeszkadza ci facet…
- Do
diabła, to nie tak, ale Jezu Chryste, Cam, to był jakiś pijany student
pierwszego roku, a ty i ja widzieliśmy o wiele gorsze rzeczy. – Jego oczy błysnęły
tym intensywnym srebrem, jasny znak, że blisko mu było do stracenia
cierpliwości. Dobrze. Mnie też. Znowu. – A zanim powiesz, że w tamtych
sytuacjach też interweniowałeś, to ja to wiem. Oboje interweniowaliśmy, ale
nigdy nie próbowałeś urwać kolesiowi głowy.
Miał
rację. Nieważne do cholery. – To coś innego.
-
Bo to ona?
Sposób
w jakim powiedział „ona” sprawił, że chciałem przebić pięścią ścianę. – Lepiej bardzo
uważaj, stary, na swoje następne słowa.
Jego
źrenice się rozszerzyły, gdy podniósł ręce. – Słuchaj, Avery wydaje się być
miłą dziewczyną. Naprawdę, ale ostatnim razem jak sprawdzałem, to wy ze sobą
nie chodziliście.
- No
i? – Rzuciłem w niego jego własnymi słowami.
Jase
wyglądał, jakby chciał przebić jego pięścią
mnie. – Ile razy dała ci kosza? Zachowujesz
się jak wkurzony, zaborczy chłopak, a ostatnią rzeczą jaką potrzebujesz jest
wdanie się w bójkę. Czy muszę ci przypomnieć, że jeśli to zrobisz, to złamiesz kuratelę
i wylądujesz w więzieniu? Nie w areszcie tymczasowym, ale…
-
Nie musisz mi przypominać. – Odwróciłem się, wsuwając ręce we włosy. – Nie rozumiesz.
Nie
odpowiedział od razu. – Masz rację. Nie rozumiem jak ta dziewczyna zwodzi cię
za kutasa. Czy kiedykolwiek brałeś
pod uwagę, że bawi się tobą z jakiegoś popieprzonego powodu?
Rzuciłem
się na niego, ręce zaciskając w pięści. Gdyby nie był moim najbliższym
przyjacielem, tym, który wyciągnął mi głowę z tyłka, gdy byłem w areszcie
domowym, to złamałbym mu szczękę. Wziąłem kilka głębokich wdechów zanim
odpowiedziałem. – Ona taka nie jest, Jase. Wiem, że trudno ci w to uwierzyć.
Rozumiem. Zostałeś oszukany w sposób, jaki nie mogę sobie nawet wyobrazić, ale
ona taka nie jest.
Kręcąc
głową, Jase odwrócił się i oparł o zamknięte drzwi. – Każdy facet tak mówi
zanim zostanie wydymany po królewsku.
-
Avery jest inna – powiedziałem, znowu wyciągając komórkę. Żadnej odpowiedzi. Kula
niepokoju uformowała się w moim żołądku. – Nie znasz jej tak jak ja. W ogóle
jej nie znasz.
Przyglądał
mi się, pocierając ręką szczękę. – W tej chwili to ciebie nie znam.
Nie
wiedziałem jak na to odpowiedzieć.
-
Co w niej jest? – zapytał, brzmiąc jakby szczerze chciał zrozumieć pociąg, który
ja ledwo co rozgryzłem. – Nie jest jak żadna inna dziewczyna, z którą byłeś. Jest
piekielnie niezręczna i cicha. Jest ładna, ale…
- Ona
jest cholernie piękna – wtrąciłem, wyzywając
go, żeby się nie zgodził.
Nie
zrobił tego. – Czy jest tego warta?
- Tak
– odparłem, ponownie zerkając na telefon. Wciąż nic. – Tak, jest i muszę się
upewnić, że nic jej nie jest.
-
Cam…
-
Wychodzę z tego pokoju w tej pieprzonej chwili i nie zatrzymasz mnie. – Gdy Jase
się nie poruszył, przekląłem pod nosem i przypomniałem sobie, że robił to tylko
dlatego, bo był moim przyjacielem. – Nikogo nie pobiję. Pójdę poszukać Avery. Teraz
tylko na tym mi zależy.
Jase
odwrócił wzrok, mięsień drgnął w jego szczęce i pokręcił głową. – Jestem pewien,
że jest z nią dobrze, Cam.
-
Ty nie… - urwałem, pocierając miejsce na klatce piersiowej, jak białe ściany pokoju
wydawały się rozmazać. Ścisnęło mnie w piersi. – Nie rozumiesz, Jase. Sądzę… sądzę,
że coś jej się kiedyś stało.
Zrozumienie
pojawiło się na jego twarzy, a wtedy odsunął się na bok. – O cholera.
-
Ta – mruknąłem, czując te okropne uczucie na karku. – Cholera.
Waliło
mi głośno serce, gdy wpatrywałem się w Brittany. – Nie widziałaś jej?
-
Nie. – Potrząsnęła głową, sprawiając, że jej skrzydła anielskie opadły. – Kiedy
wszedłeś do środka z Jasem i Olliem, powiedziała, że idzie na dwór zaczerpnąć
trochę świeżego powietrza, ale nie wróciła.
-
Szlag. – Spojrzałem na moją komórkę, raz jeszcze wybierając jej imię. Wychodząc
na podjazd, znowu przekląłem, gdy nie odebrała. Nie widziałem Tony’ego w środku
ani nigdzie indziej, ale wątpiłem, żeby poszedł za nią. Jase miał rację. Facet
był po prostu pijanym idiotą, ale to nie mówiło mi, gdzie była Avery.
A
szukałem wszędzie.
Brittany
podążała za mną. – Nie odpowiedziała na moje telefony ani Jacoba. Nie sądzę,
żeby w ogóle tutaj jeszcze była. – Zamilkła, odsuwając włosy z twarzy. – Pojadę
do niej…
-
Nie – powiedziałem, ściskając telefon. – Ja pojadę.
-
Ale…
- Dam
ci znać, jak ją znajdę. – Już szedłem, po czym zacząłem biec do miejsca, gdzie
był zaparkowany mój samochód blisko ślepej uliczki.
Zamykając
z trzaskiem drzwi, odpaliłem silnik i ruszyłem ulicą mieszkalną. Niepokój
stworzył lodowatą kulę w dole mojego brzucha. Strach w jej głosie… była przerażona, kiedy Tony ją złapał. Powróciło
szalone uczucie. Chociaż chciałem temu zaprzeczyć, wyrzucić to z myśli, już
tego nie potrafiłem. Coś jej się przydarzyło. Nie miałem pewności, co
dokładnie.
Próbowałem
dodzwonić się do niej w drodze do domu, ale zgodnie z przewidywaniami nie
odebrała. Ściskałem dłońmi kierownicę do chwili aż knykcie zrobiły się blade. Wjechałem
na pierwsze miejsce parkingowe, które znalazłem przy University Heights i
przebiegłem przez parking. Nie było sensu szukania jej auta. W ciemności byłoby
to jak szukanie igły w pieprzonej stogu igieł.
Mój
żołądek był splątany w supłach, kiedy dotarłem na nasze piętro i zastukałem
knykciami w drzwi. Jeżeli by nie otworzyła, to wyważyłbym drzwi, a gdyby tam
jej nie było, to przeczesałbym te cholerne hrabstwo w jej poszukiwaniu.
Wtedy
drzwi się otworzyły i stała tam Avery z opuchniętymi i czerwonymi oczami, tusz
i łzy pozostawiły ślady na jej policzkach.
Ale
była cała.
Nic
jej nie było.
Z
sercem w gardle, wszedłem do środka i otoczyłem ją ramionami, przyciągając do
piersi. Przytuliłem ją mocno, kładąc brodę na czubku jej pochylonej głowy.
Początkowo
nie ufałem swojemu głosowi, a kiedy w końcu się odezwałem, moje palce zacisnęły
się na kosmykach jej włosów. - Jezu Chryste, czemu nie odbierałaś swojego cholernego telefonu?
Nie podniosła głowy, odpowiadając. -
Myślę, że zostawiłam go w samochodzie.
- Niech to szlag, Avery. – Odsunąłem się,
obejmując jej policzki. – Wydzwaniałem do ciebie – tak jak Jacob i Brittany.
- Przepraszam. Ja nie…
- Płakałaś. – Znowu poczułem gniew. –
Cholernie płakałaś.
- Nie, nie płakałam.
- Patrzyłaś w lustro? – Gdy
zaprzeczyła, zamknąłem za sobą drzwi i złapałem jej małą dłoń. – Chodź.
Przełknęła
ciężko ślinę, ale pozwoliła mi pociągnąć ją za sobą. Zaprowadziłem ją do
łazienki i zapaliłem światło. Wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy zobaczyła
swoje odbicie. - O Boże…
- Nasze spojrzenia spotkały się w lustrze, po czym schowała twarz w dłoniach. -
Doskonale… Po prostu doskonale.
- Nie jest tak źle, kochanie. – Węzeł
w mojej piersi bolał, jak łagodnie odciągnąłem jej ręce. – Usiądź.
Avery usiadła na opuszczonej desce
klozetowej, wpatrując się w swoje palce. – Co tutaj robisz?
Biorąc myjkę, przesunąłem ją pod
kranem, po czym kucnąłem przed nią. Przez chwilę niedowierzenie powstrzymywało
mnie od mówienia. - Co ja tutaj robię? Czy to poważne pytanie?
- Chyba nie. – Nie podniosła wzroku.
- Spójrz na mnie. Do cholery, Avery,
spójrz na mnie.
Uniosła brodę, mrużąc tak bardzo
oczy, że widoczne były tylko wąskie paski brązu. – Zadowolony?
Trzeszczały mi zęby trzonowe, jak
zaciskałem szczękę. – Czemu miałbym tutaj przyjść? Opuściłaś imprezę bez
powiedzenia komukolwiek słowa.
- Powiedziałam…
- Powiedziałaś Brittany, że idziesz
wziąć trochę świeżego powietrza. To było trzy godziny temu, Avery. Myśleli, że
byłaś ze mną, ale kiedy później mnie zobaczyli, widzieli, że nie byłaś. Po tym
co się zdarzyło z tym dupkiem, wystraszyłaś ich.
Zrzedła jej mina. – Nie chciałam
tego. Po prostu zostawiłam telefon w aucie.
Milcząc, przeciągnąłem myjką pod jej
policzkami, ścierając smugi makijażu. – Nie musiałaś wychodzić.
- Przesadziłam. Ten facet… naprawdę
nie zrobił nic złego. Jedynie mnie zaskoczył, a ja przesadziłam. Zepsułam
imprezę.
- Nie zepsułaś imprezy. A ten
sukinsyn nie powinien cię obmacywać. Cholera. Słyszałem, jak mówiłaś „puść
mnie” i cholernie dobrze wiem, że on też. Może nie powinienem zareagować tak…
mocno, ale pieprzyć to. Obmacywał cię, a mnie się to nie podobało.
Jej ramiona opadły do przodu. - Nie
musiałeś tutaj przychodzić. Powinieneś być na imprezie, dobrze się bawiąc.
Szczerze nie mogłem uwierzyć, że
uważała, iż powinienem być na imprezie, podczas gdy ona tutaj płakała. Obserwowała
mnie, jej rysy zmarszczone były w zdezorientowaniu. - Jesteśmy przyjaciółmi,
prawda?
- Tak.
- To właśnie robią przyjaciele.
Sprawdzają czy u nich wszystko w porządku. Byliby tutaj Brittany i Jacob, ale
namówiłem ich żeby tam zostali.
- Muszę iść po telefon i zadzwonić…
- Napiszę do Brittany. Mam jej numer.
– Usiadłem prosto, przypatrując się jej. – Fakt, że nie spodziewałabyś się, aby
ktoś sprawdził czy u ciebie wszystko w porządku jest… nawet nie wiem, co to
jest.
Otworzyła usta, po czym potrząsnęła
głową i zaczęła odwracać wzrok. Przycisnąłem dłoń do jej policzka, zatrzymując
ją. Używając kciuka, przepędziłem ostatnią łzę. Uniosła mokre rzęsy i oddałbym
wszystko, żeby cofnąć każdą wylaną łzę.
- Dlaczego płakałaś? – zapytałem. –
Poczekaj. Czy ten skurwiel cię skrzywdził, bo pójdę…
- Nie! W ogóle.
- Więc dlaczego? – Powstrzymałem
oddech, gdy wtuliła policzek w moją dłoń. – Porozmawiasz ze mną?
- Sama nie wiem. Chyba zachowałam się
po prostu jak dziewczyna.
Podniosłem brwi wysoko. – Jesteś
pewna, że to wszystko?
- Tak – szepnęła.
Kryło się w tym więcej, musiało, ale
jak zadawało się takie pytanie? Nie wiedziałem. – Wszystko w porządku?
Cukierek potaknęła.
Zsunąłem rękę, przypadkowo muskając jej
wargę, ale kiedy to zrobiłem, cicho wciągnęła powietrze. Spojrzeliśmy sobie w
oczy. Uderzyło mnie w pierś te same uczucie, które miałem, jak byliśmy na
imprezie. Chciałem ją pocałować. Chciałem, żeby zapomniała o Tonym, imprezie i
tych wszystkich łzach. Ale nie chciałem, żeby przy naszym pierwszym pocałunku
czuła własne łzy.
Zmniejszając pomiędzy nami odstęp,
przycisnąłem czoło do jej czoła, wypuszczając zmęczony oddech. - Czasami
doprowadzasz mnie do pieprzonego szaleństwa.
- Przepraszam.
Odsunąłem się, przeszukując jej
twarz. – Nie uciekaj tak znowu, dobrze? Cholernie się martwiłem, kiedy nie
mogłem cię znaleźć i nikt nie wiedział, gdzie jesteś.
Cukierek patrzyła na mnie bez słowa,
a potem pochyliła się do przodu, całując mnie w policzek i całkowicie mnie tym
zaskoczyła. Rozszerzyłem oczy, odchylając się, nie potrafiąc oderwać od niej
wzroku. Zaczynałem mówić sobie, że chrzanić teraz część z niecałowaniem, ale
powstrzymałem się. – Avery?
- Cam?
Z wielką powagą, podtrzymywałem jej
spojrzenie. – Umów się ze mną na randkę.
Była maleńka sekunda zawahania, gdzie
rozchyliła usta i dwie różowe plamki rozkwitły na jej policzkach, ale wtedy się
odezwała i początkowo myślałem, że źle ją usłyszałem, ale tak nie było.
- Tak – powiedziała.
Omnmnomnom *.* Zawsze ich kochałam, od pierwszej części :3 I perspektywa Cama jest taka... OMFG <3 To jak się o nią martwi i to wszystko jest takie, awww <3 Znajdę takiego męża, zobaczysz <3
OdpowiedzUsuń