25.11.13

Piętnaście


Kiedy Brittany osaczyła mnie na zewnątrz zarządzania sportem w następną środę, naprawdę nie miałem pojęcia, czego chciała.
- Możemy pogadać? – zapytała, okryta neonoworóżową bluzą z kapturem. Krótkie kosmyki blond włosów obramowały jej twarzy.
- Jasne. – Zaprowadziłem ją do jednej z pustych ławek. – Z Avery wszystko okej?
Jej usta uniosły się w kącikach, jak pochyliła się do przodu. Słaby zapach dymu pozostawał na jej ubraniach. Obróciła zapalniczką w ręce. – Jest tak okej, jak może być Avery.
Odwróciłem do niej głowę, lekko marszcząc brwi. – Co to znaczy?
Spojrzała na mnie. – Daj spokój, Cam. Przy takiej ilości czasu, jaką spędzasz z Avery… - urwała, potrząsając głową i zaciskając usta. – W każdym razie, powiedziała mi, że nareszcie powiedziała ci tak? Że umówi się z tobą?
Zmarszczka zniknęła, ale nie miałem pojęcia, gdzie zmierzała ta rozmowa. – Tak, powiedziała. Wychodzimy w sobotni wieczór. – Albo przynajmniej tak sądziłem. – No chyba że zmieniła zdanie i planuje mnie wystawić.
Brittany pokręciła głową. – Nie. Nie sądzę, że cię wystawi.
- Sądzisz?
Roześmiała się. – Cóż, z nią nigdy nie wiadomo.
- To prawda. – Zamilkłem, odwracając się do niej. – Wątpię, że chciałaś potwierdzić jej zgodę.
- Nie. – Wzięła głęboki wdech, wyprostowując się i przekręciła między palcami niebieską zapalniczką. – Będę z tobą szczera, okej?
- Okej.
Podniosła wzrok, jej jasne oczy wylądowały na moich i powstrzymałem uśmiech, widząc powagę na jej twarzy. – Avery naprawdę cię lubi. Wiem, że prawdopodobnie tego nie pokazuje, ale tak jest.
Rozluźniłem się. – Wiem, że tak jest.
Wygięła brew. – Ale czy ty ją lubisz? – Wyszła kolejna klasa i tłum ludzi wypełnił przejście, blokując wiatr. – Bo wiem, jaki byłeś w liceum i poważnie mógłbyś mieć tutaj każdą dziewczynę, ale pragniesz tej, która cię odrzuciła.
- No i? – Założyłem ramiona. – Co to ma do rzeczy?
- Czy to dlatego, że ona jest dla ciebie wyzwaniem? – zapytała, nie odwracając wzroku. – Bo jeśli umawiasz się z nią dlatego, że nie jest łatwa, to przysięgam na Boga, że cię potnę.
Wybuchłem śmiechem. – Potniesz mnie?
Zmrużyła oczy. – Nie żartuję.
Zmuszając się do zaprzestania śmiechu, potaknąłem i mam nadzieję, że przybrałem poważną minę. – Wierzę ci.
- Dobrze. – Skinęła głową. – Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Zagryzłem wnętrze policzka. – Lubię ją, Brittany. Nie ma to nic wspólnego z wyzwaniem czy czymś takim. I wyraźne jest, że już nie jestem taki jaki byłem w szkole. – Wziąłem głęboki wdech, powoli go wypuszczając. – I wiem, że ona jest… inna.
Brittany znowu potaknęła i nic na to nie powiedziała. Część mnie cieszyła się, że kto inny zauważył kilka zachować Avery albo że mogła komuś się zwierzyć, ale druga część była niespokojna. Zerknąłem na nią. – Powiedziała ci coś?
- O tobie?                                     
- Nie – zaśmiałem się. – Czy powiedziała ci…? – Nie miałem pojęcia jak zadać te pytanie. Na szczęście Brittany zrozumiała to, czego nie chciałem mówić.
- To przez to jak zachowywała się na imprezie, więc następnego dnia ją o to zapytałam. – Brittany wstała, wsuwając zapalniczkę do kieszeni spodni. Ścisnęło mnie w brzuchu, jak czekałem. Złapała za pasek swojej torby. – Powiedziała mi, że nic jej się nie stało.
Powietrze zatrzymało się gdzieś w moim gardle. – Wierzysz jej?
Cofnęła się o krok, po czym zrobiła krok do przodu, zniżając głos. – Spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała, że nic się nie stało. Nie wiem w co wierzyć. A ty?
- Nie wiem, ale jesteś jej przyjaciółką, powiedziałaby ci. – Miałem nadzieję, że tak było. – Prawda?
- Tak sądzę – odparła, uśmiechając się nieznacznie. – Muszę lecieć zanim spóźnię się na historię. Yay.
- Hej. – Wstałem.
Brittany odwróciła się. – Co?
- Jesteś dobrą przyjaciółką.
Uśmiechnęła się, wyciągając papierosa z torby. – Wiem.

Pewne podenerwowanie trzymało mnie w napięciu, gdy założyłem przez głowę czarny sweter, a potem poszedłem poszukać butów. Nie mogłem sobie przypomnieć ostatniego razu, kiedy byłem tak zdenerwowany, ale to miało sens. Jak wiele tygodni – do diabła, miesięcy – zajęło mi przekonanie Cukierka do powiedzenia tak? Miałem powód, żeby się denerwować.
Wyszedłem z mieszkania zanim mógłby pojawić się Ollie. Serce biło mi o wiele zbyt szybko, a głowa zbyt pełna, żeby mierzyć się z przemądrzałymi komentarzami, które mógłbym od niego usłyszeć.
Gdy zapukałem do drzwi Cukierka, otworzyły się niemal od razu, a nerwowość zmieniła się w coś całkowicie innego, kiedy mój wzrok wylądował na Avery.
Ciemnozielona bluzka, którą miała na sobie mieszała się z powabem jej włosów i cery. Część mnie nie mogła nawet uwierzyć, że to zauważyłem i zamierzała zacząć tworzyć poetyczne wersy w mojej głowie. Zawsze obecna bransoletka była na miejscu. Przesunąłem spojrzeniem po obcisłych dżinsach wepchniętych w czarne botki, a potem uniosłem wzrok, błąkając się nim tam, gdzie miękkie rude fale zakręcały się nad jej piersiami.
Odchrząknąłem. – Wyglądasz… naprawdę świetnie.
Pochyliła brodę, jak wszedłem do jej mieszkania. - Dziękuję. Ty również.
Uśmiechając się, oparłem się o oparcie jej kanapy. - Gotowa? Masz kurtkę?
Cukierek obróciła się, praktycznie rzucając się do korytarza. Powróciła z czarnym płaszczem, ruszając do drzwi. Podniosłem jej torebkę i podałem ją jej.
- Dziękuję. – Jej policzki płonęły, a potem dodała bez tchu. – Gotowa.
- Jeszcze nie całkiem. – Zatrzymałem ją, przerzucając jej włosy za ramiona i zacząłem zapinać jej płaszcz. – Na dworze jest zimno.
Cukierek wpatrywała się we mnie, jak zapinałem, wsuwając guziki na miejsce. Moje knykcie ocierały się o miejsca, gdzie jej płaszcz uroczo się wybrzuszał i zadrżała w sposób, który sprawił, że chciałem przyciągnąć ją do siebie.
- Idealnie – mruknąłem, zmuszając się do opuszczenia rąk. – Teraz jesteśmy gotowi.
Przytrzymałem otwarte drzwi, a w chwili kiedy wyszliśmy na korytarz, Ollie wypadł z naszego mieszkania z komórką w jednej ręce i wiercącym się Rafaelem w drugiej.
Co do…?
- Uśmiech! – Ollie pstryknął zdjęcie. – To tak jakby moja dwójka dzieci szła na bal.
O. Mój. Boże.
- Umieszczę to w moim albumie z wycinkami. Dobrej zabawy! – Uśmiechając się szeroko, Ollie wskoczył z powrotem do mieszkania, zamykając za sobą drzwi.
Cukierek spojrzała na mnie. - Um…
Roześmiałem się głośno. – O Boże, to było dziwne.
- Nie robi tego normalnie?
- Nie. – Położyłem rękę na jej plecach. – Chodźmy stąd, zanim spróbuje iść z nami.
Uśmiechnęła się. – Z Rafaelem?
- Rafael byłby mile widziany. Jednakże Ollie nie. – Uśmiechnąłem się, kiedy dotarliśmy do schodów. – Ostatnią rzeczą, którą chciałbym dla ciebie, to żebyś była rozpraszana na tej randce.

- Dlaczego ja? – wyskoczyła z pytaniem Avery, po czym zacisnęła powieki. – Okej. Nie odpowiadaj na to.
Mała świeczka na pokrytym płótnem stoliku zamigotała w przestrzeni między nami. Złożyliśmy już zamówienia u kelnera, a Avery nerwowo przeskakiwała z tematu na temat, skubiąc swój chleb.
To co spowodowało te pytanie było prawdą. Powiedziałem jej, że nie musiała martwić się zaimponowaniem mi. A ona popatrzyła na mnie jak na ćpuna i zadała te pytanie.
Nie mogłem nawet uwierzyć, że je zadała. Czasami ta kobieta wprawiała mnie w osłupienie.
Kelner przybył z naszym jedzeniem, powstrzymując mnie na około dwie minuty. Odpowiem na to pytanie.
Skrzywiła się. – Nie musisz.
Podniosłem moją szklankę, spoglądając na nią nad brzegiem. - Nie, sądzę, że muszę.
- Wiem, że to głupie pytanie, ale ty jesteś wspaniały, Cam. Jesteś miły i zabawny. Jesteś mądry. Odrzucałam cię przez dwa miesiące. Mogłeś umówić się z kimś innym, lecz jesteś tutaj ze mną.
Uśmiech rozciągnął moje wargi. - Tak, jestem.
- Z dziewczyną, która nigdy wcześniej nie była na randce. – Podniosła wzrok, patrząc mi w oczy. – Po prostu nie wydaje się to prawdziwe.
- Dobra. Jestem tutaj z tobą, bo chcę tego – bo cię lubię. Ach… daj mi skończyć. – Zwątpienie pojawiające się na jej twarzy było wyraźne. - Już ci powiedziałem. Jesteś inna – w dobry sposób, więc przestań tak patrzeć.
Przymrużyła oczy.
- Przyznam się, czasami kiedy cię pytałem, wiedziałem, że się nie zgodzisz. I może kiedy nie zawsze byłem poważny, gdy to robiłem, to zawsze mówiłem poważnie o chęci umówienia się z tobą. Rozumiesz? I lubię spędzać z tobą czas. – Wrzuciłem kawałek steka do buzi. – I hej, myślę, że jestem całkiem dobrą partią na twoją pierwszą randkę.
- O mój Boże. – Roześmiała się, marszcząc skórę wokół oczu.. – Nie mogę uwierzyć, że właśnie powiedziałeś, iż jesteś dobrą partią.
Wzruszyłem ramionami. – Jestem. Teraz zjedz kurczaka, zanim ja to zrobię.
I zabrała się do jedzenia.
Co ważniejsze, nareszcie rozluźniła się na tyle, żeby dobrze się bawić. A czy to nie był cały sens randki? Lubiłem tak myśleć.
- Więc co robisz na Święto Dziękczynienia? – zapytałem. - Jedziesz do Teksasu?
Zrobiła minę. – Nie.
- Nie jedziesz do domu?
Cukierek dokończyła ostatni kawałek kurczaka. – Zostaję tutaj. Ty jedziesz do domu?
- Jadę do domu, ale jeszcze nie jestem pewien kiedy. – Nie podobało mi się wyobrażenie, że miałaby być tutaj sama. – Poważnie nie jedziesz do domu? To więcej niż tydzień – dziewięć dni. Masz czas.
- Moi rodzice… podróżują, więc zostaję tutaj. – Odwróciła spojrzenie. – Twoi rodzice robią duże obiady na Święto Dziękczynienia?
- Ta – odparłem, rozproszony.
Gdy dostaliśmy rachunek i wyszliśmy na chłodne nocne powietrze, otoczyłem ramieniem jej barki, przyciągając ją do siebie, jak przeszliśmy przez ciemny parking. Nie opierała się, przyciskając się do mojego boku.
- Miałaś dobrą kolację? – zapytałem już w samochodzie, pocierając razem ręce.
- Tak. I dziękuję za jedzenie. To znaczy, kolację. Dziękuję. – Zamknęła oczy i choć było zbyt ciemno, żebym zobaczył, to wiedziałem, że zaczerwieniła się. – Dziękuję.
- Nie ma za co. – Uśmiechnąłem się. – Dziękuję, że w końcu zgodziłaś się na randkę.
Rzuciła mi niepewny uśmiech i zapadła między nami komfortowa cisza, co było dobre. Moje myśli wciąż wracały do faktu, że nie robiła nic na Dziękczynienie. Spędzanie świąt samemu wydawało się złe, samotne i jeszcze jakieś sto inne rzeczy. Pojawił się pomysł w mojej głowie, taki, który wątpiłem, aby spodobał się Avery, ale musiałem spróbować.
Kiedy dotarliśmy do University Heights, zatrzymaliśmy się przed jej drzwiami i miał stać się najbardziej niezręczny moment randki. Po części nie mogłem się doczekać jak ona zamierza sobie z tym poradzić.
Cukierek odwróciła się do mnie, skupiając wzrok na moim torsie i bawiąc się paskiem torebki.
- Więc… - przeciągnąłem słowo, modląc się cicho, żeby się nie żegnała.
- Chciałbyś wejść? – zapytała, a ja w duchu wyrzuciłem pięść w powietrze. - Żeby czegoś się napić? Mam kawę albo gorącą czekoladę. Nie mam żadnego piwa czy czegoś innego…
- Gorąca czekolada byłaby dobra. – Wystarczałaby woda z kranu. – Tylko jeśli masz taką z tymi małymi piankami.
Szeroki uśmiech Cukierka zrobił coś śmiesznego z moją klatką piersiową. – Mam.
- Zatem prowadź, kochanie.
Gdy ona skierowała się do kuchni, ja poszedłem do salonu. Dołączyła do mnie na kanapie z dwoma kubkami gorącej czekolady. Ściągnęła buty i wsunęła pod siebie nogi. Stwierdziłem, że nie ma nikogo słodszego od niej. Nikogo.
- Dziękuję. – Wziąłem jeden kubek, patrząc na kłąbek pary wydobywający się góry. – Mam dla ciebie pytanie.
- Okej.
Pianki otarły się o moje wargi, gdy upiłem łyka. – Opierając się na doświadczeniu twojej pierwszej randki, poszłabyś na drugą?
Uśmiechnęła się lekko. – Drugą, ogólnie mówiąc?
- Ogólnie mówiąc.
- Cóż, to była bardzo dobra pierwsza randka. Jeśli drugie randki takie są, to sądzę że mogłabym.
- Hmm. – Przyjrzałem jej się. - Z kimkolwiek czy…?
Opuściła rzęsy. – Nie z kimkolwiek.
- Więc musiałby być to ktoś szczególny? – zapytałem.
- Myślę, że tak.
- Interesujące. – Kiedy podniosła na mnie wzrok, jej oczy były łagodne i niekończące się. – Czy ten ktoś szczególny będzie musiał czekać kolejne dwa miesiące, jeśli będzie chciał się z tobą umówić?
Jej uśmiech uformował się wokół brzegu jej kubka. – Zależy.
- Od?
- Mojego humoru.
Zaśmiałem się. – Przygotuj się.
- Dobra.
- Mam zamiar znowu się z tobą umówić – nie na kolację, bo lubię zmieniać rzeczy. Na kino.
Postukała palcem w policzek. – Kino?
- Ale to kino dla zmotoryzowanych, jedno z ostatnich.
- Na zewnątrz? – Podekscytowanie zamigotało w jej oczach.
- Tak. Nie martw się. Ogrzeję cię.
Potrząsnęła głową z uśmiechem. – Okej.
- Okej na kino?
Przygryzając zębami dolną wargę, potaknęła.
Chwila. Co? Byłoby to takie łatwe? - Poważnie nie zajmie mi to kolejnych dwóch miesięcy?
Potrząsnęła głową na nie.
Zaśmiałem się pod nosem, wiedząc, że czekała mnie trudna część.. – Dobra. Co powiesz na środę?
- Następną środę? – zapytała.
- Nie.
Oparła się o kanapę. – Następującą środę?
- Tak.
Zmarszczyła brwi. – Chwila. To środa przed Świętem Dziękczynienia.
- Tak.
- Cam, nie jedziesz do domu?
- Jadę.
- Kiedy? – zapytała. - Po kinie w środku nocy czy w poranek Dziękczynienia?
- Widzisz, kino dla zmotoryzowanych jest niedaleko mojego miasta. Około dziesięciu mil.
Avery gapiła się na mnie powiększającymi się oczami. – Nie rozumiem.
Wypijając resztę gorącej czekolady, odstawiłem kubek na bok i przysunąłem się tak, że dzieliła nas bardzo mała odległość. – Jeśli pójdziesz ze mną na tę randkę, będziesz musiała pojechać ze mną do domu.
- Co? – Przekłuła moją błonę bębenkową, siadając prosto. – Jechać z tobą do domu?
Żeby powstrzymać śmiech, zacisnąłem usta i potaknąłem.
- Jesteś poważny?
- Poważny jak moja przekłuta błona bębenkowa – powiedziałem jej. – Jedź ze mną do domu. Będzie fajnie.
- Jechać z tobą do domu… to domu twoich rodziców? W zasadzie na Święto Dziękczynienia? – Skinąłem głową, a ona walnęła mnie w ramię. – Nie bądź głupi, Cam.
- Nie jestem głupi. Jestem poważny. Moi rodzice nie będą mieli nic przeciwko. – Pomyślałem o tym, co powiedziałem ojcu. – Tak naprawdę, pewnie będą się cieszyć widząc kogoś innego niż mnie. A moja mama lubi gotować o wiele za dużo jedzenia. Im więcej buzi, tym lepiej.
Dalej patrzyła na mnie z otwartą buzią.
Nie wyglądało to dobrze. - Możemy wyjechać kiedy tylko będziesz chciała, ale oczywiście przed środowym popołudniem. Kończysz resztę swojej czekolady? – Wziąłem jej kubek, gdy zaprzeczyła. – I w każdej chwili możemy wrócić.
Avery patrzyła jak wypijam jej czekoladę. – Nie mogę z tobą jechać.
- Czemu nie?
- Z setki oczywistych powodów, Cam. Twoi rodzice pomyślą…
- Nic nie pomyślą. – Zapewne było to kłamstwo, ale nie musiała o tym wiedzieć. Westchnąłem. - Dobra. Spójrz na to w ten sposób. To lepsze niż siedzenie samej w domu przez cały tydzień. Co będziesz robić? Siedzieć i czytać? I tęsknić za mną, bo będziesz za mną tęsknić. A wtedy ja spędzę większość czasu pisząc do ciebie i czując się źle, że siedzisz całkiem sama w domu i nawet nie możesz zjeść McDonalda, bo są zamknięci w Dziękczynienie.
- Nie chcę, żebyś się nade mną użalał. To nic wielkiego. Nie mam problemu z pozostaniem tutaj.
- Nie chcę, żebyś siedziała tutaj sama, a ty robisz z tego wielką sprawę. Jestem przyjacielem proszącym przyjaciółkę żeby pojechała spędzić ze mną czas podczas przerwy na Dziękczynienie.
- Jesteś przyjacielem, który właśnie zabrał przyjaciółkę na randkę! – zaprotestowała.
Postawiłem kubek obok mojego. – Ach, racja.
Podnosząc poduszkę, przytknęła ją do piersi jak tarczę. – Nie mogę tego zrobić. Odwiedzanie rodziny na święta? To zbyt…
- Szybkie?
- Tak. – Szybko pokiwała głową. - Zbyt szybkie.
- W takim razie myślę, iż dobrze że się nie spotykamy, bo tak, to byłoby zbyt szybkie, w takim wypadku.
Przekrzywiła głowę na bok. - Co, co?
Wyszarpnąłem jej poduszkę i schowałem ją za sobą. - Ty i ja jesteśmy dwójką przyjaciół, która poszła na jedną randkę. Może dwie, jeśli ze mną pojedziesz. Nie chodzimy ze sobą. Jesteśmy tylko przyjaciółmi, którzy mieli jedną randkę. Więc pojedziemy do mojego domu jako przyjaciele.
- Mówisz bez sensu.
- Mówię z idealnym sensem. Nawet się nie pocałowaliśmy, Avery. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Jej szczęka uderzyła w kanapę.
- Jedź ze mną do domu, Avery. Obiecuję ci, że to nie będzie niezręczne. Moi rodzice się ucieszą. Będziesz się dobrze bawić i będzie to lepsze niż to, co będziesz tutaj robić. I nic, absolutnie nic nie będzie od ciebie oczekiwanie. Dobra?
Słowo ‘nie’ łatwo kształtowało się na jej ustach, ale uciekła wzrokiem, odwracając się i spojrzała na puste kubki na stole. Minęło kilka chwil, po czym obróciła się do mnie, unosząc rzęsy. Przełknęła ślinę. - Twoim rodzicom naprawdę nie będzie to przeszkadzać?
Nie mówiła mi nie. To było coś. – Już wcześniej zabierałem przyjaciół do domu.
- Dziewczyny? – Kiedy pokręciłem głową, ścisnęła razem dłonie. - A twoi rodzice poważnie będą myśleć, że jesteśmy tylko przyjaciółmi?
- Czemu miałbym mieć powód, by powiedzieć im że się nie umawiamy, gdyby tak było? Jeśli powiem, że jesteśmy przyjaciółmi, to właśnie tak pomyślą. – Spotkałem jej spojrzenie i wstrzymałem oddech.
- Dobra. Pojadę z tobą do domu – powiedziała w pośpiechu. – To szalony pomysł.
Przez moment nie mogłem pojąć niczego poza faktem, że się zgodziła. - To doskonały pomysł. – Skoro była w takim cudownie akceptowalnym nastroju... – Przytulmy się na to.
Zmarszczyła czoło. - Co?
- Przytulmy się na to. Kiedy się na to przytulisz, nie możesz tego wycofać.
Avery wywróciła oczami. - O mój Boże, mówisz poważnie?
- Bardzo poważnie.
Burknęła, podnosząc się na kolana i wyciągnęła ramiona. – W porządku, przytulmy się na przypieczętowanie naszej umowy, zanim zmienię…
Objąłem ją w talii i przyciągnąłem do siebie. Jej noga wylądowała pomiędzy moimi, jak ją przytulałem. W ciągu kilku sekund otoczył mnie jej zapach. – Umowa przypieczętowana, kochanie. Święto Dziękczynienia u Hamiltonów.
Wymamrotała coś niespójnego, unosząc głowę. Nasze usta zrównały się i zrozumienie mignęło na jej twarzy. – Ty…
Zachichotałem, gdy jej usta się rozchyliły. – Płynny ruch, co? Udało mi się cię tu przenieść. Musiałem mieć na to twoje słowo.
- Tak bardzo się mylisz. – Jej oczy zabłyszczały i poczułem napływające wyczekiwanie.
- Mylę się we wszystkich dobrych sposobach. Muszę coś przyznać. – Zniżając głowę, przesunąłem ustami po jej gładkim, miękkim policzku, na krótko przymykając oczy na słodkie uczucie promieniujące z moich ust. – Skłamałem wcześniej.
- Na temat?
Bardzo ostrożnie, żeby nie posłać jej z krzykiem w góry, powoli przesunąłem ręce na dół jej pleców. – Kiedy powiedziałem, że wyglądasz świetnie? Nie byłem do końca szczery.
- Nie myślisz, że wyglądam świetnie?
- Nie. – Przeciągnąłem dłonią po jej kręgosłupie, zatrzymując się tuż pod włosami, przyciskając skroń do jej skroni. – Wyglądasz dzisiaj pięknie.
Ogrzał mnie jej miękki oddech. – Dziękuję.
Pocałowanie jej prawdopodobnie było naciskaniem na moje szczęście, ale była tak blisko i nie odsuwała się. Czekałem wieczność, żeby posmakować jej ust. Moje serce waliło, poganiając gorącą krew przez żyły.
Avery napięła się, kiedy przejechałem ustami po zagłębieniu jej policzka, a wtedy położyła ręce na moich bicepsach. Zbliżając się do jej warg, niemal mogłem poczuć smak czekolady, która wiedziałam, że na nich pozostała. - Avery?
- Co?
Moje tętno waliło w kilku częściach mojego ciała. - Nigdy wcześniej nie byłaś całowana, nie?
- Nie – wyszeptała.
- Żeby było jasne. To nie jest pocałunek.
Zanim mogłaby coś powiedzieć, przesunąłem ustami po jej wargach. Ledwie był to pocałunek, bardziej krótkie spotkanie i powitanie, ale wstrząs, który przetoczył się przez mój system wyrzucił powietrze z moich płuc.
- Pocałowałeś mnie. – Palce Avery ściskały moje ramiona.
- To nie był pocałunek. – Zadrżała, jak musnąłem wargami jej ust. – Pamiętasz? Jeśli się pocałujemy, oznaczać to będzie, że jechanie ze mną do domu potencjalnie będzie znaczyć coś poważniejszego.
- Och – westchnęła. - Okej.
- To też nie jest pocałunek.
Tym razem pocałowałem ją naprawdę, śledząc kształt jej warg, nauczając się ich uczucia. Były miękkie, jak sądziłem, że będą, absolutnie idealne. Gdy oparła się o mnie, wydając cichutki ochrypły odgłos, uderzyło we mnie pożądanie napędzane przez coś jeszcze głębszego.
To był jej pierwszy – ja byłem jej pierwszym pocałunkiem. Nikt nie mógł nam tego odebrać. Bez względu na to, co stanie się za tydzień albo miesiąc, zawsze będziemy to mieli. Omiotła mnie czysta, męska duma.
Bliżej – potrzebowałem jej bliżej, poczuć jej ciało pod moim. Ułożyłem ją na plecach, przyciskając do niej tylko usta, a jej wargi poruszały się na moich. Odwzajemniała moje pocałunki, własnymi małymi pocałunkami, które były niezdarne, a jednak całkowicie seksowne w ich szczerości.
Wydobył się ze mnie dźwięk i ciało żądało, abym osunął się na nią, ale podpierałem się nad nią, nakłaniając jej usta do otwarcia. Zadrżała pode mną, a ja trząsłem się od potrzeby, której nigdy wcześniej nie czułem. Otworzyła usta i wsunąłem się do środka, muskając językiem jej język, pogłębiając pocałunek. Wygięła plecy i kiedy jej piersi otarły się o mój tors, musiałem wcisnąć hamulce.
Podniesienie głowy było najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Wydawało się być wbrew naturze, jeszcze trudniej było, jak jęknęła cicho, gdy przygryzłem jej dolną wargę.
Oddychała ciężko, tak jak ja, jej spojrzenie było nieskupione. – Wciąż nie pocałunek?
Siadając, uniosłem ją. Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, szukając jakiegoś znaku, że nie podobał jej się pocałunek. Znalazłem dokładne przeciwieństwo. Jej policzki były zarumienione, oczy rozpalone, a jej klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała.
Wyciągnąłem między nami rękę, przeciągnąłem kciukiem po jej dolnej wardze, pochylając się. – Nie, to nie był pocałunek. – Musnąłem jej usta, połykając jej słodkie westchnienie. – To było dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz