Kiedy
Brittany osaczyła mnie na zewnątrz zarządzania sportem w następną środę,
naprawdę nie miałem pojęcia, czego chciała.
-
Możemy pogadać? – zapytała, okryta neonoworóżową bluzą z kapturem. Krótkie
kosmyki blond włosów obramowały jej twarzy.
-
Jasne. – Zaprowadziłem ją do jednej z pustych ławek. – Z Avery wszystko okej?
Jej
usta uniosły się w kącikach, jak pochyliła się do przodu. Słaby zapach dymu
pozostawał na jej ubraniach. Obróciła zapalniczką w ręce. – Jest tak okej, jak
może być Avery.
Odwróciłem
do niej głowę, lekko marszcząc brwi. – Co to znaczy?
Spojrzała
na mnie. – Daj spokój, Cam. Przy takiej ilości czasu, jaką spędzasz z Avery… -
urwała, potrząsając głową i zaciskając usta. – W każdym razie, powiedziała mi,
że nareszcie powiedziała ci tak? Że umówi się z tobą?
Zmarszczka
zniknęła, ale nie miałem pojęcia, gdzie zmierzała ta rozmowa. – Tak,
powiedziała. Wychodzimy w sobotni wieczór. – Albo przynajmniej tak sądziłem. –
No chyba że zmieniła zdanie i planuje mnie wystawić.
Brittany
pokręciła głową. – Nie. Nie sądzę, że cię wystawi.
-
Sądzisz?
Roześmiała
się. – Cóż, z nią nigdy nie wiadomo.
-
To prawda. – Zamilkłem, odwracając się do niej. – Wątpię, że chciałaś
potwierdzić jej zgodę.
-
Nie. – Wzięła głęboki wdech, wyprostowując się i przekręciła między palcami
niebieską zapalniczką. – Będę z tobą szczera, okej?
-
Okej.
Podniosła
wzrok, jej jasne oczy wylądowały na moich i powstrzymałem uśmiech, widząc
powagę na jej twarzy. – Avery naprawdę cię lubi. Wiem, że prawdopodobnie tego
nie pokazuje, ale tak jest.
Rozluźniłem
się. – Wiem, że tak jest.
Wygięła
brew. – Ale czy ty ją lubisz? – Wyszła kolejna klasa i tłum ludzi wypełnił
przejście, blokując wiatr. – Bo wiem, jaki byłeś w liceum i poważnie mógłbyś
mieć tutaj każdą dziewczynę, ale pragniesz tej, która cię odrzuciła.
-
No i? – Założyłem ramiona. – Co to ma do rzeczy?
-
Czy to dlatego, że ona jest dla ciebie wyzwaniem? – zapytała, nie odwracając
wzroku. – Bo jeśli umawiasz się z nią dlatego, że nie jest łatwa, to przysięgam
na Boga, że cię potnę.
Wybuchłem
śmiechem. – Potniesz mnie?
Zmrużyła
oczy. – Nie żartuję.
Zmuszając
się do zaprzestania śmiechu, potaknąłem i mam nadzieję, że przybrałem poważną
minę. – Wierzę ci.
-
Dobrze. – Skinęła głową. – Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Zagryzłem
wnętrze policzka. – Lubię ją, Brittany. Nie ma to nic wspólnego z wyzwaniem czy
czymś takim. I wyraźne jest, że już nie jestem taki jaki byłem w szkole. –
Wziąłem głęboki wdech, powoli go wypuszczając. – I wiem, że ona jest… inna.
Brittany
znowu potaknęła i nic na to nie powiedziała. Część mnie cieszyła się, że kto
inny zauważył kilka zachować Avery albo że mogła komuś się zwierzyć, ale druga
część była niespokojna. Zerknąłem na nią. – Powiedziała ci coś?
- O tobie?
-
Nie – zaśmiałem się. – Czy powiedziała ci…? – Nie miałem pojęcia jak zadać te
pytanie. Na szczęście Brittany zrozumiała to, czego nie chciałem mówić.
-
To przez to jak zachowywała się na imprezie, więc następnego dnia ją o to
zapytałam. – Brittany wstała, wsuwając zapalniczkę do kieszeni spodni. Ścisnęło
mnie w brzuchu, jak czekałem. Złapała za pasek swojej torby. – Powiedziała mi,
że nic jej się nie stało.
Powietrze
zatrzymało się gdzieś w moim gardle. – Wierzysz jej?
Cofnęła
się o krok, po czym zrobiła krok do przodu, zniżając głos. – Spojrzała mi
prosto w oczy i powiedziała, że nic się nie stało. Nie wiem w co wierzyć. A ty?
-
Nie wiem, ale jesteś jej przyjaciółką, powiedziałaby ci. – Miałem nadzieję, że
tak było. – Prawda?
-
Tak sądzę – odparła, uśmiechając się nieznacznie. – Muszę lecieć zanim spóźnię
się na historię. Yay.
-
Hej. – Wstałem.
Brittany
odwróciła się. – Co?
-
Jesteś dobrą przyjaciółką.
Uśmiechnęła
się, wyciągając papierosa z torby. – Wiem.
Pewne
podenerwowanie trzymało mnie w napięciu, gdy założyłem przez głowę czarny sweter,
a potem poszedłem poszukać butów. Nie mogłem sobie przypomnieć ostatniego razu,
kiedy byłem tak zdenerwowany, ale to miało sens. Jak wiele tygodni – do diabła,
miesięcy – zajęło mi przekonanie Cukierka do powiedzenia tak? Miałem powód,
żeby się denerwować.
Wyszedłem
z mieszkania zanim mógłby pojawić się Ollie. Serce biło mi o wiele zbyt szybko,
a głowa zbyt pełna, żeby mierzyć się z przemądrzałymi komentarzami, które
mógłbym od niego usłyszeć.
Gdy
zapukałem do drzwi Cukierka, otworzyły się niemal od razu, a nerwowość zmieniła
się w coś całkowicie innego, kiedy mój wzrok wylądował na Avery.
Ciemnozielona
bluzka, którą miała na sobie mieszała się z powabem jej włosów i cery. Część
mnie nie mogła nawet uwierzyć, że to zauważyłem i zamierzała zacząć tworzyć
poetyczne wersy w mojej głowie. Zawsze obecna bransoletka była na miejscu.
Przesunąłem spojrzeniem po obcisłych dżinsach wepchniętych w czarne botki, a
potem uniosłem wzrok, błąkając się nim tam, gdzie miękkie rude fale zakręcały
się nad jej piersiami.
Odchrząknąłem.
– Wyglądasz… naprawdę świetnie.
Pochyliła
brodę, jak wszedłem do jej mieszkania. - Dziękuję. Ty również.
Uśmiechając się, oparłem się o
oparcie jej kanapy. - Gotowa? Masz kurtkę?
Cukierek obróciła się, praktycznie
rzucając się do korytarza. Powróciła z czarnym płaszczem, ruszając do drzwi.
Podniosłem jej torebkę i podałem ją jej.
- Dziękuję. – Jej policzki płonęły, a
potem dodała bez tchu. – Gotowa.
- Jeszcze nie całkiem. – Zatrzymałem
ją, przerzucając jej włosy za ramiona i zacząłem zapinać jej płaszcz. – Na
dworze jest zimno.
Cukierek wpatrywała się we mnie, jak
zapinałem, wsuwając guziki na miejsce. Moje knykcie ocierały się o miejsca,
gdzie jej płaszcz uroczo się wybrzuszał i zadrżała w sposób, który sprawił, że
chciałem przyciągnąć ją do siebie.
- Idealnie – mruknąłem, zmuszając się
do opuszczenia rąk. – Teraz jesteśmy gotowi.
Przytrzymałem otwarte drzwi, a w
chwili kiedy wyszliśmy na korytarz, Ollie wypadł z naszego mieszkania z komórką
w jednej ręce i wiercącym się Rafaelem w drugiej.
Co do…?
- Uśmiech! – Ollie pstryknął zdjęcie.
– To tak jakby moja dwójka dzieci szła na bal.
O. Mój. Boże.
- Umieszczę to w moim albumie z
wycinkami. Dobrej zabawy! – Uśmiechając się szeroko, Ollie wskoczył z powrotem
do mieszkania, zamykając za sobą drzwi.
Cukierek spojrzała na mnie. - Um…
Roześmiałem się głośno. – O Boże, to
było dziwne.
- Nie robi tego normalnie?
- Nie. – Położyłem rękę na jej
plecach. – Chodźmy stąd, zanim spróbuje iść z nami.
Uśmiechnęła się. – Z Rafaelem?
- Rafael byłby mile widziany. Jednakże
Ollie nie. – Uśmiechnąłem się, kiedy dotarliśmy do schodów. – Ostatnią rzeczą,
którą chciałbym dla ciebie, to żebyś była rozpraszana na tej randce.
- Dlaczego ja? – wyskoczyła z pytaniem
Avery, po czym zacisnęła powieki. – Okej. Nie odpowiadaj na to.
Mała świeczka na pokrytym płótnem
stoliku zamigotała w przestrzeni między nami. Złożyliśmy już zamówienia u kelnera,
a Avery nerwowo przeskakiwała z tematu na temat, skubiąc swój chleb.
To co spowodowało te pytanie było
prawdą. Powiedziałem jej, że nie musiała martwić się zaimponowaniem mi. A ona
popatrzyła na mnie jak na ćpuna i zadała te pytanie.
Nie mogłem nawet uwierzyć, że je
zadała. Czasami ta kobieta wprawiała mnie w osłupienie.
Kelner przybył z naszym jedzeniem,
powstrzymując mnie na około dwie minuty. Odpowiem na to pytanie.
Skrzywiła się. – Nie musisz.
Podniosłem moją szklankę, spoglądając
na nią nad brzegiem. - Nie, sądzę, że muszę.
- Wiem, że to głupie pytanie, ale ty
jesteś wspaniały, Cam. Jesteś miły i zabawny. Jesteś mądry. Odrzucałam cię
przez dwa miesiące. Mogłeś umówić się z kimś innym, lecz jesteś tutaj ze mną.
Uśmiech rozciągnął moje wargi. - Tak,
jestem.
- Z dziewczyną, która nigdy wcześniej
nie była na randce. – Podniosła wzrok, patrząc mi w oczy. – Po prostu nie
wydaje się to prawdziwe.
- Dobra. Jestem tutaj z tobą, bo chcę
tego – bo cię lubię. Ach… daj mi skończyć. – Zwątpienie pojawiające się na jej
twarzy było wyraźne. - Już ci powiedziałem. Jesteś inna – w dobry sposób, więc
przestań tak patrzeć.
Przymrużyła oczy.
- Przyznam się, czasami kiedy cię
pytałem, wiedziałem, że się nie zgodzisz. I może kiedy nie zawsze byłem
poważny, gdy to robiłem, to zawsze mówiłem poważnie o chęci umówienia się z
tobą. Rozumiesz? I lubię spędzać z tobą czas. – Wrzuciłem kawałek steka do
buzi. – I hej, myślę, że jestem całkiem dobrą partią na twoją pierwszą randkę.
- O mój Boże. – Roześmiała się,
marszcząc skórę wokół oczu.. – Nie mogę uwierzyć, że właśnie powiedziałeś, iż
jesteś dobrą partią.
Wzruszyłem ramionami. – Jestem. Teraz
zjedz kurczaka, zanim ja to zrobię.
I zabrała się do jedzenia.
Co ważniejsze, nareszcie rozluźniła
się na tyle, żeby dobrze się bawić. A czy to nie był cały sens randki? Lubiłem
tak myśleć.
- Więc co robisz na Święto
Dziękczynienia? – zapytałem. - Jedziesz do Teksasu?
Zrobiła minę. – Nie.
- Nie jedziesz do domu?
Cukierek dokończyła ostatni kawałek
kurczaka. – Zostaję tutaj. Ty jedziesz do domu?
- Jadę do domu, ale jeszcze nie jestem
pewien kiedy. – Nie podobało mi się wyobrażenie, że miałaby być tutaj sama. –
Poważnie nie jedziesz do domu? To więcej niż tydzień – dziewięć dni. Masz czas.
- Moi rodzice… podróżują, więc
zostaję tutaj. – Odwróciła spojrzenie. – Twoi rodzice robią duże obiady na
Święto Dziękczynienia?
- Ta – odparłem, rozproszony.
Gdy dostaliśmy rachunek i wyszliśmy
na chłodne nocne powietrze, otoczyłem ramieniem jej barki, przyciągając ją do
siebie, jak przeszliśmy przez ciemny parking. Nie opierała się, przyciskając
się do mojego boku.
- Miałaś dobrą kolację? – zapytałem
już w samochodzie, pocierając razem ręce.
- Tak. I dziękuję za jedzenie. To
znaczy, kolację. Dziękuję. – Zamknęła oczy i choć było zbyt ciemno, żebym
zobaczył, to wiedziałem, że zaczerwieniła się. – Dziękuję.
- Nie ma za co. – Uśmiechnąłem się. –
Dziękuję, że w końcu zgodziłaś się na randkę.
Rzuciła mi niepewny uśmiech i zapadła
między nami komfortowa cisza, co było dobre. Moje myśli wciąż wracały do faktu,
że nie robiła nic na Dziękczynienie. Spędzanie świąt samemu wydawało się złe,
samotne i jeszcze jakieś sto inne rzeczy. Pojawił się pomysł w mojej głowie,
taki, który wątpiłem, aby spodobał się Avery, ale musiałem spróbować.
Kiedy dotarliśmy do University
Heights, zatrzymaliśmy się przed jej drzwiami i miał stać się najbardziej
niezręczny moment randki. Po części nie mogłem się doczekać jak ona zamierza
sobie z tym poradzić.
Cukierek odwróciła się do mnie,
skupiając wzrok na moim torsie i bawiąc się paskiem torebki.
- Więc… - przeciągnąłem słowo, modląc
się cicho, żeby się nie żegnała.
- Chciałbyś wejść? – zapytała, a ja w
duchu wyrzuciłem pięść w powietrze. - Żeby czegoś się napić? Mam kawę albo
gorącą czekoladę. Nie mam żadnego piwa czy czegoś innego…
- Gorąca czekolada byłaby dobra. –
Wystarczałaby woda z kranu. – Tylko jeśli masz taką z tymi małymi piankami.
Szeroki uśmiech Cukierka zrobił coś
śmiesznego z moją klatką piersiową. – Mam.
- Zatem prowadź, kochanie.
Gdy ona skierowała się do kuchni, ja
poszedłem do salonu. Dołączyła do mnie na kanapie z dwoma kubkami gorącej
czekolady. Ściągnęła buty i wsunęła pod siebie nogi. Stwierdziłem, że nie ma
nikogo słodszego od niej. Nikogo.
- Dziękuję. – Wziąłem jeden kubek,
patrząc na kłąbek pary wydobywający się góry. – Mam dla ciebie pytanie.
- Okej.
Pianki otarły się o moje wargi, gdy
upiłem łyka. – Opierając się na doświadczeniu twojej pierwszej randki,
poszłabyś na drugą?
Uśmiechnęła się lekko. – Drugą,
ogólnie mówiąc?
- Ogólnie mówiąc.
- Cóż, to była bardzo dobra pierwsza
randka. Jeśli drugie randki takie są, to sądzę że mogłabym.
- Hmm. – Przyjrzałem jej się. - Z
kimkolwiek czy…?
Opuściła rzęsy. – Nie z kimkolwiek.
- Więc musiałby być to ktoś
szczególny? – zapytałem.
- Myślę, że tak.
- Interesujące. – Kiedy podniosła na
mnie wzrok, jej oczy były łagodne i niekończące się. – Czy ten ktoś szczególny
będzie musiał czekać kolejne dwa miesiące, jeśli będzie chciał się z tobą
umówić?
Jej uśmiech uformował się wokół
brzegu jej kubka. – Zależy.
- Od?
- Mojego humoru.
Zaśmiałem się. – Przygotuj się.
- Dobra.
- Mam zamiar znowu się z tobą umówić
– nie na kolację, bo lubię zmieniać rzeczy. Na kino.
Postukała palcem w policzek. – Kino?
- Ale to kino dla zmotoryzowanych,
jedno z ostatnich.
- Na zewnątrz? – Podekscytowanie
zamigotało w jej oczach.
- Tak. Nie martw się. Ogrzeję cię.
Potrząsnęła głową z uśmiechem. –
Okej.
- Okej na kino?
Przygryzając zębami dolną wargę,
potaknęła.
Chwila. Co? Byłoby to takie łatwe? -
Poważnie nie zajmie mi to kolejnych dwóch miesięcy?
Potrząsnęła głową na nie.
Zaśmiałem się pod nosem, wiedząc, że
czekała mnie trudna część.. – Dobra. Co powiesz na środę?
- Następną środę? – zapytała.
- Nie.
Oparła się o kanapę. – Następującą
środę?
- Tak.
Zmarszczyła brwi. – Chwila. To środa
przed Świętem Dziękczynienia.
- Tak.
- Cam, nie jedziesz do domu?
- Jadę.
- Kiedy? – zapytała. - Po kinie w
środku nocy czy w poranek Dziękczynienia?
- Widzisz, kino dla zmotoryzowanych
jest niedaleko mojego miasta. Około dziesięciu mil.
Avery gapiła się na mnie
powiększającymi się oczami. – Nie rozumiem.
Wypijając resztę gorącej czekolady,
odstawiłem kubek na bok i przysunąłem się tak, że dzieliła nas bardzo mała
odległość. – Jeśli pójdziesz ze mną na tę randkę, będziesz musiała pojechać ze
mną do domu.
- Co? – Przekłuła moją błonę bębenkową,
siadając prosto. – Jechać z tobą do domu?
Żeby powstrzymać śmiech, zacisnąłem
usta i potaknąłem.
- Jesteś poważny?
- Poważny jak moja przekłuta błona
bębenkowa – powiedziałem jej. – Jedź ze mną do domu. Będzie fajnie.
- Jechać z tobą do domu… to domu
twoich rodziców? W zasadzie na Święto Dziękczynienia? – Skinąłem głową, a ona
walnęła mnie w ramię. – Nie bądź głupi, Cam.
- Nie jestem głupi. Jestem poważny.
Moi rodzice nie będą mieli nic przeciwko. – Pomyślałem o tym, co powiedziałem
ojcu. – Tak naprawdę, pewnie będą się cieszyć widząc kogoś innego niż mnie. A
moja mama lubi gotować o wiele za dużo jedzenia. Im więcej buzi, tym lepiej.
Dalej patrzyła na mnie z otwartą
buzią.
Nie wyglądało to dobrze. - Możemy
wyjechać kiedy tylko będziesz chciała, ale oczywiście przed środowym
popołudniem. Kończysz resztę swojej czekolady? – Wziąłem jej kubek, gdy
zaprzeczyła. – I w każdej chwili możemy wrócić.
Avery patrzyła jak wypijam jej
czekoladę. – Nie mogę z tobą jechać.
- Czemu nie?
- Z setki oczywistych powodów, Cam.
Twoi rodzice pomyślą…
- Nic nie pomyślą. – Zapewne było to
kłamstwo, ale nie musiała o tym wiedzieć. Westchnąłem. - Dobra. Spójrz na to w
ten sposób. To lepsze niż siedzenie samej w domu przez cały tydzień. Co
będziesz robić? Siedzieć i czytać? I tęsknić za mną, bo będziesz za mną
tęsknić. A wtedy ja spędzę większość czasu pisząc do ciebie i czując się źle,
że siedzisz całkiem sama w domu i nawet nie możesz zjeść McDonalda, bo są
zamknięci w Dziękczynienie.
- Nie chcę, żebyś się nade mną
użalał. To nic wielkiego. Nie mam problemu z pozostaniem tutaj.
- Nie chcę, żebyś siedziała tutaj
sama, a ty robisz z tego wielką sprawę. Jestem przyjacielem proszącym przyjaciółkę
żeby pojechała spędzić ze mną czas podczas przerwy na Dziękczynienie.
- Jesteś przyjacielem, który właśnie zabrał przyjaciółkę na randkę! – zaprotestowała.
Postawiłem kubek obok mojego. – Ach,
racja.
Podnosząc poduszkę, przytknęła ją do
piersi jak tarczę. – Nie mogę tego zrobić. Odwiedzanie rodziny na święta? To
zbyt…
- Szybkie?
- Tak. – Szybko pokiwała głową. -
Zbyt szybkie.
- W takim razie myślę, iż dobrze że
się nie spotykamy, bo tak, to byłoby zbyt szybkie, w takim wypadku.
Przekrzywiła głowę na bok. - Co, co?
Wyszarpnąłem jej poduszkę i schowałem
ją za sobą. - Ty i ja jesteśmy dwójką przyjaciół, która poszła na jedną randkę.
Może dwie, jeśli ze mną pojedziesz. Nie chodzimy ze sobą. Jesteśmy tylko
przyjaciółmi, którzy mieli jedną randkę. Więc pojedziemy do mojego domu jako
przyjaciele.
- Mówisz bez sensu.
- Mówię z idealnym sensem. Nawet się
nie pocałowaliśmy, Avery. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Jej szczęka uderzyła w kanapę.
- Jedź ze mną do domu, Avery.
Obiecuję ci, że to nie będzie niezręczne. Moi rodzice się ucieszą. Będziesz się
dobrze bawić i będzie to lepsze niż to, co będziesz tutaj robić. I nic,
absolutnie nic nie będzie od ciebie oczekiwanie. Dobra?
Słowo ‘nie’ łatwo kształtowało się na
jej ustach, ale uciekła wzrokiem, odwracając się i spojrzała na puste kubki na
stole. Minęło kilka chwil, po czym obróciła się do mnie, unosząc rzęsy.
Przełknęła ślinę. - Twoim rodzicom naprawdę nie będzie to przeszkadzać?
Nie mówiła mi nie. To było coś. – Już
wcześniej zabierałem przyjaciół do domu.
- Dziewczyny? – Kiedy pokręciłem
głową, ścisnęła razem dłonie. - A twoi rodzice poważnie będą myśleć, że
jesteśmy tylko przyjaciółmi?
- Czemu miałbym mieć powód, by
powiedzieć im że się nie umawiamy, gdyby tak było? Jeśli powiem, że jesteśmy
przyjaciółmi, to właśnie tak pomyślą. – Spotkałem jej spojrzenie i wstrzymałem
oddech.
- Dobra. Pojadę z tobą do domu – powiedziała
w pośpiechu. – To szalony pomysł.
Przez moment nie mogłem pojąć niczego
poza faktem, że się zgodziła. - To doskonały pomysł. – Skoro była w takim
cudownie akceptowalnym nastroju... – Przytulmy się na to.
Zmarszczyła czoło. - Co?
- Przytulmy się na to. Kiedy się na
to przytulisz, nie możesz tego wycofać.
Avery wywróciła oczami. - O mój Boże,
mówisz poważnie?
- Bardzo poważnie.
Burknęła, podnosząc się na kolana i
wyciągnęła ramiona. – W porządku, przytulmy się na przypieczętowanie naszej
umowy, zanim zmienię…
Objąłem ją w talii i przyciągnąłem do
siebie. Jej noga wylądowała pomiędzy moimi, jak ją przytulałem. W ciągu kilku
sekund otoczył mnie jej zapach. – Umowa przypieczętowana, kochanie. Święto
Dziękczynienia u Hamiltonów.
Wymamrotała coś niespójnego, unosząc
głowę. Nasze usta zrównały się i zrozumienie mignęło na jej twarzy. – Ty…
Zachichotałem, gdy jej usta się
rozchyliły. – Płynny ruch, co? Udało mi się cię tu przenieść. Musiałem mieć na
to twoje słowo.
- Tak bardzo się mylisz. – Jej oczy
zabłyszczały i poczułem napływające wyczekiwanie.
- Mylę się we wszystkich dobrych
sposobach. Muszę coś przyznać. – Zniżając głowę, przesunąłem ustami po jej
gładkim, miękkim policzku, na krótko przymykając oczy na słodkie uczucie
promieniujące z moich ust. – Skłamałem wcześniej.
- Na temat?
Bardzo ostrożnie, żeby nie posłać jej
z krzykiem w góry, powoli przesunąłem ręce na dół jej pleców. – Kiedy
powiedziałem, że wyglądasz świetnie? Nie byłem do końca szczery.
- Nie myślisz, że wyglądam świetnie?
- Nie. – Przeciągnąłem dłonią po jej
kręgosłupie, zatrzymując się tuż pod włosami, przyciskając skroń do jej skroni.
– Wyglądasz dzisiaj pięknie.
Ogrzał mnie jej miękki oddech. –
Dziękuję.
Pocałowanie jej prawdopodobnie było
naciskaniem na moje szczęście, ale była tak blisko i nie odsuwała się. Czekałem
wieczność, żeby posmakować jej ust. Moje serce waliło, poganiając gorącą krew
przez żyły.
Avery napięła się, kiedy przejechałem
ustami po zagłębieniu jej policzka, a wtedy położyła ręce na moich bicepsach.
Zbliżając się do jej warg, niemal mogłem poczuć smak czekolady, która
wiedziałam, że na nich pozostała. - Avery?
- Co?
Moje tętno waliło w kilku częściach
mojego ciała. - Nigdy wcześniej nie byłaś całowana, nie?
- Nie – wyszeptała.
- Żeby było jasne. To nie jest
pocałunek.
Zanim mogłaby coś powiedzieć,
przesunąłem ustami po jej wargach. Ledwie był to pocałunek, bardziej krótkie
spotkanie i powitanie, ale wstrząs, który przetoczył się przez mój system
wyrzucił powietrze z moich płuc.
- Pocałowałeś mnie. – Palce Avery
ściskały moje ramiona.
- To nie był pocałunek. – Zadrżała,
jak musnąłem wargami jej ust. – Pamiętasz? Jeśli się pocałujemy, oznaczać to
będzie, że jechanie ze mną do domu potencjalnie będzie znaczyć coś
poważniejszego.
- Och – westchnęła. - Okej.
- To też nie jest pocałunek.
Tym razem pocałowałem ją naprawdę,
śledząc kształt jej warg, nauczając się ich uczucia. Były miękkie, jak
sądziłem, że będą, absolutnie idealne. Gdy oparła się o mnie, wydając cichutki
ochrypły odgłos, uderzyło we mnie pożądanie napędzane przez coś jeszcze
głębszego.
To był jej pierwszy – ja byłem jej pierwszym pocałunkiem. Nikt
nie mógł nam tego odebrać. Bez względu na to, co stanie się za tydzień albo
miesiąc, zawsze będziemy to mieli. Omiotła mnie czysta, męska duma.
Bliżej – potrzebowałem jej bliżej,
poczuć jej ciało pod moim. Ułożyłem ją na plecach, przyciskając do niej tylko
usta, a jej wargi poruszały się na moich. Odwzajemniała moje pocałunki,
własnymi małymi pocałunkami, które były niezdarne, a jednak całkowicie seksowne
w ich szczerości.
Wydobył się ze mnie dźwięk i ciało
żądało, abym osunął się na nią, ale podpierałem się nad nią, nakłaniając jej
usta do otwarcia. Zadrżała pode mną, a ja trząsłem się od potrzeby, której
nigdy wcześniej nie czułem. Otworzyła usta i wsunąłem się do środka, muskając
językiem jej język, pogłębiając pocałunek. Wygięła plecy i kiedy jej piersi
otarły się o mój tors, musiałem wcisnąć hamulce.
Podniesienie głowy było
najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Wydawało się być wbrew
naturze, jeszcze trudniej było, jak jęknęła cicho, gdy przygryzłem jej dolną
wargę.
Oddychała ciężko, tak jak ja, jej
spojrzenie było nieskupione. – Wciąż nie pocałunek?
Siadając, uniosłem ją. Przesunąłem
wzrokiem po jej twarzy, szukając jakiegoś znaku, że nie podobał jej się pocałunek.
Znalazłem dokładne przeciwieństwo. Jej policzki były zarumienione, oczy
rozpalone, a jej klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała.
Wyciągnąłem między nami rękę,
przeciągnąłem kciukiem po jej dolnej wardze, pochylając się. – Nie, to nie był
pocałunek. – Musnąłem jej usta, połykając jej słodkie westchnienie. – To było
dobranoc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz