25.11.13

Szesnaście

- Dziewczyna?
Gapiłem się na sufit mojej sypialni. – Tak, mamo, dziewczyna.
Nastało milczenie po drugiej stronie połączenia. – Dama?
- Tak.                     
- Prawdziwa, żywa kobieta? – zapytała.
- Przeciwna sztucznej, martwej kobiecie?
Mama mnie uciszyła. – Naprawdę przywieziesz dziewczynę do domu?
Zacząłem marszczyć brwi. – Dlaczego brzmisz na taką zszokowaną?
- Nigdy nie przywozisz dziewczyny do domu, Cameronie. Ty… poczekaj. Kochanie! – Przerwał jej szelest, a potem. – Kochanie, Cameron przywozi na Dziękczynienie prawdziwą, żywą dziewczynę! Możesz w to uwierzyć? Nie. Nie mogę – co…?
- O mój Boże – jęknąłem, zamykając oczy. Może to nie był dobry pomysł.
Jej głos był bliżej słuchawki. – Twój ojciec chce wiedzieć czy jej imię to Avery?
Położyłem rękę na oczach. – Tak, jest, ale ona jest tylko przyjaciółką. Naprawdę, mamo. Jest jedynie przyjaciółką, więc nie zachowuj się jak dziwak, kiedy ją poznasz i nie zacznij planować naszego ślubu.
- To trochę obraźliwe. – Fuknęła. – Nie zaczęłabym planować waszego ślubu, dopóki nie przywiózłbyś ją do domu na Boże Narodzenie.
Zaśmiałem się. – Zapamiętam to.
Po absurdalnej ilości czasu przekonywania mamy, a potem taty, że Avery naprawdę była tylko przyjaciółką i zmuszania się, żeby nie popełnić rodzicobójstwa, rozłączyłem się i rzuciłem telefon na poduszkę obok mnie.
Wolny uśmiech rozciągnął moje usta, jak wyobraziłem sobie Cukierka w domu z moimi rodzicami.
Wysokie chichoty dochodziły z salonu mieszając się z szorstkim, niskim śmiechem Olliego. Nawet nie musiałem zgadywać co tam się działo.
Jęcząc, wyciągnąłem poduszkę spod głowy i przyłożyłem ją do twarzy, próbując zagłuszyć dźwięk. Było wystarczająco źle, że byłem w ciągłym stanie twardości. Nie potrzebowałem amatorskiego porno, które miało zajść w salonie.
Byłem jej pierwszym pocałunkiem.
Duma powiększyła się w mojej piersi, a inne części ciała podążały za tą reakcją, co nie pomagało. Po naszej randce spędziłem większość nocy z ręką zaciśniętą na penisie. Właściwie to każdej następnej nocy. Bycie przy niej niczego nie ułatwiało, ale nie mogłem trzymać się od niej z daleka. Doprowadzało mnie do szaleństwa nie pocałowanie jej znowu.
Jak tylko uspokoiło się trochę w salonie, wysunąłem głowę spod poduszki. Naprawdę miałem nadzieję, że to co Ollie robił z tym kimś nie działo się na kanapie.
Musiałem siedzieć na tej rzeczy.
Obracając się na bok, wziąłem telefon. Kazałem sobie tego nie robić, ponieważ zobaczę ją jutro, kiedy wyjedziemy do mojego domu, ale byłem frajerem, dlatego też nie mogłem się powstrzymać i do niej napisałem.
Hej.
Odpowiedź była niemal natychmiastowa. Hej tobie.
Moje usta uniosły się w kącikach. Co porabiasz?
Czytam twoją wiadomość. Po chwili przyszła następna wiadomość. Również czytam na przód historię.
Parsknąłem śmiechem. Głupek.
Dupek.
Kładąc się na plecach, wysłałem jej kolejną wiadomość. Przyznaj to.
Przyznać co?
Jesteś podekscytowana jutrem.
Minęła jakaś minuta i usiadłem, marszcząc czoło. Nareszcie nadeszła odpowiedź. Jestem.
Zabrało ci to tak długo? Odesłałem. Wstyd.
LOL. Sorki. Pomyślałam, że trochę cię podręczę.
Potrząsając głową, zsunąłem nogi z łóżka i podszedłem do drzwi sypialni, zerkając na zewnątrz. Salon był ciemny, ale nie pusty. Dwa kształty leżały splątane na prowizorycznym posłaniu zrobionym z poduszek i koców. Krzywiąc się, okrążyłem ich.
Wysłałem jej jeszcze jedną wiadomość. Puk. Puk.
Gęsia skórka pojawiła się na mojej nagiej klatce piersiowej, jak wyszedłem na korytarz. Moja komórka zadzwoniła i spojrzałem na nią. Westchnienie. Kto tam?
Uśmiechając się jak idiota, pośpieszyłem do jej drzwi i zastukałem w nie knykciami.
Jakieś dziesięć sekund później drzwi otworzyły się szeroko. Stała tam Avery z iPhone’em ściśniętym w prawej ręce. Otworzyła usta, po czym zamknęła je i zacisnęła wargi.
Oparłem się o framugę, uśmiechając się bezwstydnie, gdy jej wzrok przesunął się po moich mięśniach brzucha, a potem klatce piersiowej, zatrzymując się na tatuażu słońca. – Hej, dziewczyno, hej…
Wybuchła śmiechem, cofając się o krok. – Jesteś… o mój Boże.
- Jestem seksowną bestią, wiem. W każdym razie jest jeszcze coś, co chcę abyś przyznała.
Obejmując się swoim sweterkiem, wpatrywała się we mnie, przyciskając do siebie stopy zakryte skarpetkami. – Nie jest ci zimno?
- Jestem zbyt gorący, żeby było mi zimno.
Wywróciła oczami. – Co chcesz, żebym przyznała?
Błysnąłem szybkim uśmiechem, po czym wystrzeliłem do przodu, poruszając się prędko. Jej pierś uniosła się gwałtownie, a usta rozchyliły, jakby oczekiwała pocałunku. Zbliżając się zobaczyłem jej opadające rzęsy i wezbrał się we mnie głód.
Ale nie pocałowałem jej ust. Cholera, w tej chwili chciałem tego bardziej niż czegokolwiek, lecz wiedziałem, że nie mogę się śpieszyć z moim małym Cukierkiem.
Więc pocałowałem ją w czubek nosa.
Avery odsunęła się, otwierając oczy i szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz. Wydobył się z niej cichy, lekki chichot i wiedziałem, że zrobiłbym mnóstwo okropnych rzeczy, aby znowu usłyszeć ten dźwięk.
- Przyznaj – powiedziałem ochryple. – Podobało ci się to.
Z tańczącymi oczami i zarumienionymi policzkami, przekrzywiła głowę na bok. – Podobało.
Dopiero kiedy wróciłem do własnego łóżka, zdałem sobie sprawę, że bransoletka którą zawsze nosiła na lewym nadgarstku była nieobecna.

Chichocząca dziewczyna z wczoraj dzisiaj zniknęła. Przez ostatnią godzinę naszej podróży obgryzała paznokcia tak długo, że zastanawiałem się ile z niego pozostało.
- Jesteś pewien, że twoim rodzicom nie będzie to przeszkadzać? – zapytała po raz setny i przytaknąłem po raz setny. - Zadzwoniłeś do nich i zapytałeś, prawda?
Rzucając jej spojrzenie z ukosa, nie mogłem się powstrzymać, żeby nie podroczyć się z nią. – Nie.
- Cam! – pisnęła.
Roześmiałem się. – Żartuję. Wyluzuj, Avery. Powiedziałem im dzień po tym jak powiedziałaś, że pojedziesz. Wiedzą, że przyjedziesz i są podekscytowani żeby cię poznać.
Spiorunowała mnie wzrokiem, znowu zaczynając obgryzać paznokieć kciuka. – To nie było zabawne.
- Tak, było.
- Dupek – mruknęła.
- Głupek.
Uniósł się jeden kącik jej ust. – Palant.
- O. – Gwizdnąłem. – Walka na słowa. Trzymaj tak dalej i zawrócę auto.
- Brzmi jak dobry pomysł.
- Byłabyś zrozpaczona i we łzach. – Wyciągnąłem rękę, odciągając jej dłoń od ust. – Przestań to robić.
- Sorry. To zły nawyk.
- Prawda. – Splotłem palce z jej palcami i położyłem nasze złączone dłonie na moim udzie, trzymając je tam.
Żeby odwrócić jej uwagę, zacząłem mówić o recitalu, który miała dzisiaj moja siostra. Teresy nie będzie w domu do jutrzejszego poranka. Zmiana tematu wydawała się zadziałać. Prawdę powiedziawszy, jak dotarliśmy do wąskich uliczek mojego rodzinnego miasta, to ja byłem zdenerwowany.
Nie przyprowadziłem dziewczyny do domu od liceum i szczerze, tamte razy się nie liczyły. Nie w taki sposób.
Zerknąłem na Avery, gdy stanęliśmy na czerwonym świetle. Patrzyła na trzepoczącą na wietrze flagę WVU, jej ręka nadal była ukryta w mojej.
- Trzymasz się tam? – spytałem, ściskając jej dłoń.
- Tak. – Odwzajemniła uścisk.
Miałem sucho w gardle, dojeżdżając do prywatnej drogi prowadzącej do mojego domu. Kątem oka obserwowałem jej reakcję.
Jej oczy powiększyły się, jak uwolniła rękę i pochyliła się do przodu. Mama już zdążyła wyciągnąć niektóre dekoracje świąteczne. Duże zielone wieńce wisiały na drzwiach wejściowych i oknach na drugim i trzecim piętrze.
Zaparkowałem obok garażu i odwróciłem się do Cukierka, uśmiechając się lekko. – Gotowa?
Krótki przebłysk paniki na jej twarzy spowodował, że obawiałem się, iż ucieknie do lasu, ale wtedy skinęła głową i wysiadła. Gdy sięgnęła do tyłu, żeby wziąć swoją torbę, ja ją wziąłem.
- Mogę ją nieść – powiedziała.
Spojrzałem na torbę, którą przerzuciłem przez ramię. - Poniosę ją. Poza tym myślę, że wzór różowych i niebieskich kwiatów wygląda na mnie wspaniale.
Zaśmiała się nerwowo. - Jest na tobie bardzo twarzowy.
- Tak myślałem. – Poczekałem, aż Cukierek do mnie podejdzie i skierowałem się kamienną ścieżką. Weszliśmy na przykryte patio, mijając wiklinowy mebel, którego tata jeszcze nie schował. Jedno spojrzenie na Avery i skrzywiłem się. – Wyglądasz, jakbyś miała dostać ataku serca.
- Tak źle?
- Blisko. – Zbliżając się do niej, odsunąłem samotny kosmyk włosów i pochyliłem się, podchwycając jej spojrzenie. – Nie masz żadnego powodu, żeby być zdenerwowaną, dobrze? Obiecuję.
Jej wzrok przeskoczył z moich oczu do ust. – Dobrze.
Trudno było oprzeć się pragnieniu, aby nakryć jej usta i posmakować słodyczy, która była u niej unikalna, ale to zrobiłem. Odwracając się, otworzyłem drzwi i spotkałem się z zapachem jabłek. Zaburczało mi w brzuchu. Lepiej, żebym wyczuwał ciasto.
Poprowadziłem zdumioną Avery pomiędzy stołem do bilardu i cymbergajem do schodów. Jej spojrzenie rzucało się wszędzie, nie omijając żadnej rzeczy. Miałem nadzieję, że podobało jej się to, co widziała, co było dziwne, bo nic z tego nie było moje.
- Oto jaskinia człowieka – powiedziałem jej, prowadząc ją do schodów. - Tata spędza tutaj na dole dużo czasu. Tu jest stół do pokera, przy którym skopał mi tyłek.
Uśmiechnęła się nieznacznie. – Podoba mi się tutaj.
- Mi również. – Zawahałem się u podnóża stopni. – Mama i tata pewnie są na górze…
Potaknęła, cicho podążając na mnie po schodach i przez liceum. Na stoliku porozrzucane były czasopisma. Zapewne niedawno Teresa zaprosiła tutaj przyjaciół.
- Salon – powiedziałem, przechodząc pod sklepionym przejściem. – A to jest drugi salon albo jakiś pokój, w którym nikt nie siedzi. Może to pokój dzienny? Kto wie? A to formalna jadalnia, której nigdy nie używamy, ale ma…
- Używamy jadalni! – krzyknęła mama. – Może raz czy dwa w roku, kiedy mamy towarzystwo.
- I rozbijamy „dobre naczynia” – powiedziałem, spoglądając na Avery.
Stanęła jak wryta przy końcu stolika z pobladłą twarzą. Obróciłem się, chcąc jej to ułatwić, ale nie byłem pewien jak, a wtedy mama weszła do pokoju, wsuwając kosmyk włosów z powrotem do kucyka.
Mama ruszyła prosto w moim kierunku, łapiąc mnie w uścisku, zanim mógłbym się ruszyć. – Nawet nie wiem gdzie są „dobre naczynia”, Cameronie.
Zaśmiałem się. – Gdziekolwiek są, pewnie ukrywają się przed papierowymi talerzami.
Mama roześmiała się, odsuwając się i przytrzymała się moich ramion. – Dobrze mieć cię w domu. Twój ojciec zaczyna działać mi na nerwy z całą swoją gadaniną o polowaniu. – Jej wzrok przeniósł się na Avery i jej uśmiech się powiększył. – A to musi być Avery?
- O Boże, nie – powiedziałem. – To jest Candy, mamo.
Kolor rozszedł się po jej policzkach, jak cofnęła się, opuszczając ręce. – Uch, ja…
- Jestem Avery – odezwała się Cukierek, rzucając mi miażdżące spojrzenie, które sprawiło, że zachciałem ją pocałować. – Dobrze pani zapamiętała.
Mama obróciła się, waląc mnie w ramię. Zakłuła mnie skóra. – Cameron! O mój Boże, myślałam… - Raz jeszcze mnie walnęła i zaśmiałem się. – Jesteś okropny. – Kręcąc głową, odwróciła się do Avery. – Musisz być cierpliwą młodą damą, żeby przetrwać podróż z tym idiotą.
Cukierek zamrugała, po czym parsknęła śmiechem. Oczywiście, że śmiała się z tego. – Nie było tak źle.
- Och. – Mama spojrzała na mnie przez ramię. – I jest dobrze wychowana. To nic. Wiem, że mój syn jest… niesforny. Przy okazji, możesz mówić do mnie Dani. Wszyscy tak robią.
Mama przytuliła Cukierka zanim biedna dziewczyna mogłaby zorientować się co ją czeka i nie wiem dlaczego, ale widzenie je razem zrobiło coś dziwnego z moją klatką piersiową. Serce zaczęło mi głośno walić, kiedy Avery zdawała się rozluźnić, oplatając ramionami moją mamę.
- Dziękuję za pozwolenie mi na przyjazd – powiedziała Cukierek.
- To żaden problem. Uwielbiamy mieć towarzystwo. Chodź, poznasz faceta, który myśli, że jest moją lepszą połówką. I dobry Boże, z góry przepraszam, jeśli zacznie z tobą rozmawiać o tym ile jeleni planuje upolować w ten weekend.
Patrzyłem jak mama przejęła kontrolę, oprowadzając Cukierka po domu, a moje serce nadal nie przestało walić jak młotek w uparty gwóźdź.
Cukierek spojrzała przez ramię, odnajdując mój wzrok i uśmiechnęła się, jak spotkały się nasze spojrzenia. Puściłem oko i…

I jej uśmiech się powiększył.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz