Początkowo
patrzenie na Avery z moją siostrą było bolesne. Cukierek była niemal nieznośnie
nieśmiała, a moja siostra, niech ją Bóg błogosławi, musiała przeprowadzać ją
przez niemal każdą rozmowę, łagodnie ją wprowadzając. Ale ostatecznie się zrelaksowała,
rozmawiając z Teresą o tańcu i nawet zgłosiła się do pomocy mojej siostrze w
przygotowaniu obiadu.
W
chwili kiedy zostaliśmy z tatą sami, odwrócił się do mnie na leżance,
uśmiechając się lekko. – To dobra dziewczyna, Cameronie.
-
Wiem.
-
Naprawdę dobrą dziewczyną.
Zerknąłem
na niego, unosząc brwi. – Wiem.
Tata
przyglądał mi się, ten dziwny uśmiech dalej tańczył na jego ustach. – Umówiła
się z tobą w końcu?
Zadrgały
mi usta. – A jak myślisz?
-
Myślę, że znam odpowiedź. – Tata odchylił głowę. – Spotykacie się ze sobą?
-
Nie. Powiedziałem tobie i mamie prawdę. Ona nie jest moją dziewczyną. –
Zamilkłem, myśląc o rozmowie, którą podsłuchałem dzisiejszego poranka między
mamą i Avery. Mógłbym przywieźć ją
tutaj na Boże Narodzenie i mogłaby już
wtedy być moją dziewczyną. – Jeszcze.
Tata
wyglądał, jakby miał się zaśmiać, ale tego nie zrobił. Otwierając oczy,
odwrócił głowę i spojrzał na mnie. – Powiedziałeś jej o tym, co się stało?
Zacisnęły
się mięśnie w moim brzuchu. Wiedziałem o czym mówił, ale nie odpowiedziałem.
Tata
westchnął. – Chłopcze, wiesz jak czuję się z tym co się stało. Czy koniecznie
to właśnie trzeba było zrobić? Nie. Ale gdybyś ty tego nie zrobił, to byłbym to
ja. Lecz musisz jej powiedzieć, jeżeli masz co do niej poważne zamiary.
Tajemnice są… cóż, czasami są konieczne, a czasami zabijają rzeczy zanim te
mają szanse wyrosnąć. Rozumiesz, co mówię?
Pokiwałem
głową, ale patrząc w miejsce, gdzie zniknęły Avery i moja siostra, poczułam
zaciskające się węzły niepokoju w brzuchu. Wiedziałem, że nie tylko ja miałem
tajemnice.
Brakowało
mi dziesięciu sekund do zabrania komórki mojej siostry i rzucenia nią przez
pokój podczas obiadu Dziękczynnego. Nałożyłem na swój talerz kolejną porcję
ziemniaków. – Do kogo wciąż piszesz?
Teresa
uśmiechnęła się ironicznie. – Nie twoja sprawa.
Wygiąłem
brew. - Jestem twoim
bratem, to moja sprawa. Mamo… - urwałem, patrząc przez stół. - Powinnaś
powiedzieć swojej córce, że
niegrzecznie jest pisać przy stole.
Mama posłała mi oschłe spojrzenie. –
Nikogo to nie boli.
Cóż, to była żadna pomoc.
Szturchnąłem kolanem Cukierka i nie po raz pierwszy. – Boli moją duszę –
mruknąłem do niej.
Avery przewróciła oczami, odpychając
moją nogę.
- Smutne. – Teresa położyła komórkę
na swoich kolanach.. – Więc, Avery, jak znalazłaś się w Zachodniej Wirginii?
Przekopała łyżką swoje puree
ziemniaczane. - Chciałam pojechać do innego miejsca. Moja rodzina pochodzi z
Ohio, więc Zachodnia Wirginia zdawała się dobrym miejscem.
- Muszę być szczera, ja bym wybrała
Nowy Jork albo Florydę, albo Wirginię, lub Maryland, lub… - Opuściła wzrok,
kiedy jej telefon zaćwierkał i wzięła go w dłoń.
Zmrużyłem oczy, szturchając kolano
Avery. Ciekawy z kim mogła gawędzić moja siostra, udałem, że sięgam po indyka,
ale zamiast tego złapałem komórkę.
- Hej! – krzyknęła Teresa. – Oddaj
ją!
Unikając jej łapczywych rąk,
pochyliłem się do Avery, przesuwając spojrzeniem po ekranie. Murphy? Co do
cholery? – Kim jest Murphy?
- To nie twoja sprawa! Boże. – Teresa
wyciągała rękę po telefon. – Oddaj mój telefon.
- Oddam, kiedy powiesz mi kim jest
Murphy? Chłopak?
Czerwone policzki były wystarczającą
odpowiedzią. Przyznaję, że nie oczekiwałem, iż moja siostra będzie na zawsze
singielką, ale nie była z nikim na poważnie od tamtego gnojka.
Usiadła gwałtownie na miejscu,
zakładając ramiona. – Mamo.
- Cam, oddaj jej telefon – rozkazała,
a kiedy nie ustąpiłem, jej uśmiech napiął się w sposób, w który był dla niej
rzadki. – Poznaliśmy Murphy’ego. Jest naprawdę dobrym chłopcem.
Byłem pewien, że tak wszyscy mówili o
gnojku.
- Jest naprawdę miły i lubię go –
powiedziała cicho Teresa.
Prychnąłem. – To nic nie mówi…
- Nie jest Jeremym – wtrącił tata. –
Oddaj jej telefon.
Avery
wpatrywała się w swój talerz, a gdy jej dłoń wylądowała na moim udzie, nagle
nie myślałem już o Jeremym Gnojku czy telefonie Teresy.
Jej
ręka była na moim udzie, tak blisko miejsca, gdzie chciałem aby była i w tej
chwili, nazwijcie mnie jak chcecie, ale nie obchodziło mnie, że to był obiad
Dziękczynny. Gdyby tylko przesunęła rękę w…
Avery
wyrwała mi z rąk komórkę.
A
niech ją szlag. – Hej, to było nie fair.
Uśmiechnęła
się do mnie, wyciągając się obok mnie i podając komórkę Teresie. – Sorki.
-
Dziękuję – powiedziała, uśmiechając się do Cukierka jakby była mesjaszem
telefonów komórkowych.
Rzuciłem
jej bardzo obiecujące spojrzenie i odwróciłem się do Teresy. - Chcę poznać tego Murphy’ego.
Moja siostra westchnęła, ale ustąpiła.
– Dobrze. Daj mi znać kiedy.
Nie
miałem pojęcia, co myślała o tym Cukierek i dopiero jak wróciła rozmowa
wiedziałem, że ta cała sytuacja musiała być dla niej dziwna. Pomyślałem o tym
co tata powiedział o tajemnicach i dzisiaj było mnóstwo momentów, żeby poruszyć
ten temat, ale żaden z nich nie wydawał się właściwy.
Jak
wyjaśniasz dziewczynie, z którą umówienie zajęło ci kilka miesięcy, że pobiłeś
nastolatka do śpiączki? Tego nie poruszało się na obiedzie.
Ale
tata miał rację. Musiałem jej powiedzieć.
Musiałem.
Kiedy
opuściłem moją sypialnię tego wieczora, żeby iść do Avery, to naprawdę miałem
zamiar z nią porozmawiać. Czułem się tak jak kiedyś, kiedy grałem w piłkę
nożną, gdy tuż przez rozpoczęciem meczu mój żołądek mieścił się gdzieś między
moimi kolanami a tyłkiem.
Zamykając
za sobą drzwi mojej sypialni tak cicho jak cholerna mysz w wigilię,
podskoczyłem dobry metr, jak usłyszałem swoje imię.
-
Cam – szepnęła Teresa, wysuwając głowę zza drzwi kilka metrów dalej w
korytarzu. – Masz chwilę?
-
Jasne. – Zerknąłem na drzwi Cukierka, po czym zmusiłem się do odsunięcia się od
nich. – Co jest?
-
Chcę ci tylko powiedzieć, że Murphy nie jest moim chłopakiem. – Teresa założyła
ramiona na brzuchu. – Jest tylko dobrym przyjacielem i byliśmy na kilku
randkach, ale to nie tak.
Zalała
mnie ulga. Chciałem, żeby Teresa poczekała do trzydziestki i wiedziała jak
poradzić sobie z naładowanym pistoletem zanim zaczęłaby znowu się umawiać. –
Cieszę się to słyszeć.
Skinęła
głową, wypuszczając cichy oddech. – Ale jeśli wciąż chcesz go poznać, to mogę
to zorganizować.
-
Chciałbym. – Nie ma powodu, żeby nie napędzić stracha „dobremu przyjacielowi”.
Kołysała
się na piętach okrytych skarpetkami, wpatrując się we mnie. – Tak w ogóle, to
naprawdę lubię Avery. Jest taka słodka
i śliczna. I mądra, co sprawia, że mam wątpliwości, dlaczego jest tutaj z tobą.
– Błysnęła szybkim uśmiechem. – Naprawdę ją lubię.
Zadowoliła
mnie zmiana tematu. – Jest taka. Cieszę się, że ją lubisz.
-
Tak więc ma moją aprobatę. – Teresa wróciła do swojej sypialni, zatrzymując
się. Wyglądała jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale pokręciła głową. –
Dobranoc.
Czekałem,
dopóki nie byłem niemal 100 procentowo pewien, że moja młodsza siostra nie
przyłapie mnie na wkradaniu się do pokoju Cukierka, po czym zapukałem do jej
drzwi tak cicho jak mogłem i otworzyłem do połowy drzwi.
Wszystkie
myśli o nocnym wyznaniu wyleciały przez okno.
Podpierając
się na łokciach Avery Morgansten była pieprzenie niezapomnianym widokiem. Włosy
spływały po jej ramionach, a twarz przechylała się na bok. Było coś figlarnego
w spojrzeniu, które mi wysłała, po części uwodzicielskość, a po części
naiwność. Wiedziałem, że nie miała pojęcia jak cholernie dobrze wyglądała tam
leżąc, co robiło z niej jeszcze seksowniejszą.
- Hej – powiedziałem.
- Cześć. – Jej głos był ledwie
głośniejszy od szeptu.
- Chciałem powiedzieć dobranoc. –
Kompletna nieprawda, ale nie mogłem sobie przypomnieć dlaczego tutaj przyszedłem
poza tym, że chciałem ją zobaczyć.
Zacisnęła ręce na kołdrze. – Już
powiedziałeś mi dobranoc.
- Powiedziałem. – Wsunąłem się do
pokoju, zamykając za sobą drzwi. Ciągnęło mnie do niej jak ołówek do papieru. –
Ale nie powiedziałem. Nie w sposób, w który chcę powiedzieć dobranoc.
O mój Boże, miej nade mną litość…
Jej cichy wydech był moją zgubą, ale
kiedy podszedłem do jej łóżka i usiadłem obok niej, wiedziałem, że zawsze będę
przy niej zgubiony. A ona nie miała bladego pojęcia.
Przesunąłem wzrokiem po jej
uniesionej twarzy, pochłaniając jej lekko zarumienione policzki i rozchylone
usta, w dół do miękkich krągłości pod cienką koszulką, którą miała na sobie. –
Cieszę się, że zdecydowałaś się tutaj przyjechać.
Jej oczy były niewiarygodnie
rozszerzone, kiedy spotkały się z moimi. – Ja też.
- Naprawdę? – Pochyliłem się nad nią,
kładąc rękę po drugiej stronie jej bioder. – Czy właśnie to przyznałaś?
Jej usta uniosły się w kącikach. -
Ta, tak jakby.
Moje
ciało podążyło za tym leciutkim uśmiechem, przyciągając mnie do niej, aż
zwisała nad nią górna połowa mojego ciała. - Chciałbym mieć telefon by móc nagrać ten moment.
Jej klatka piersiowa uniosła się
gwałtownie, jak podniosła spojrzenie do moich oczu. – Ja… cudownie się bawiłam.
- Ja również. – Wziąłem oddech, którego
nie potrzebowałem. – Więc jak myślisz, co będziesz robić na przerwie zimowej?
Oblizała dolną wargę, a mnie
przeszyła dzika strzała pożądania. – Nie wiem. Myślałam, żeby pojechać do D.C.
w jeden dzień. Chcę zobaczyć Smithsonian i National Mall. Nigdy tam nie byłam.
- Hmm, mogłoby być fajnie. – W moim
umyśle pojawiało się wiele innych pomysłów, które również mogłyby być fajne. - Mogę
być twoim przewodnikiem.
Uśmiech powiększył się o ciupkę. –
Byłoby… byłoby fajnie.
- Byłoby. – Nieświadomie przysunąłem
się na tyle blisko, że mój oddech drażnił jej zaczerwieniony policzek. –
Wybierz datę.
- Teraz?
- Teraz.
- Drugi stycznia – powiedziała od
razu i z jakiegoś powodu ten jej rumieniec jeszcze bardziej się pogłębił. –
Będziesz wtedy dostępny?
Uniosłem usta. - Będę dostępny
kiedykolwiek będziesz chciała. – Serce zaczęło walić w mojej piersi, gdy jej
uśmiech się rozszerzył, stając się olśniewającym. Wiedziałem, że nie
przyszedłem tutaj po to, ale zamierzałem ją pocałować. Nic mnie nie zatrzyma. -
Zgadnij co, Avery?
- Co?
- Pamiętasz jak powiedziałaś, że
dobrze się bawiłaś? – Przekrzywiłem głowę tak, że moje usta zawisły nad jej
wargami. – Będzie lepiej.
- Tak? – szepnęła.
Nosem musnąłem jej nos. – O tak.
- Zamierzasz znowu mnie nie
pocałować?
- Właśnie to zamierzam zrobić.
Długie
rzęsy upstrzone czerwienią opadły, gdy dotknąłem wargami jej ust. Był to taki
delikatny pocałunek, ale w moich żyłach był jak trzask pioruna. Opuszczając
swój ciężar na drugie ramię, rozłożyłem palce na jej policzku, przyciskając
pocałunek do kącika jej ust, a potem drugiego.
Przesuwając
dłonią po jej szyi, posmakowałem skóry jej szczęki, ciała pod uchem. Przeszedł
przeze mnie głęboki chichot, kiedy zadrżała. Gdy raz jeszcze przycisnąłem wagi
do miejsca pod jej uchem, poruszając językiem, wydała dźwięk, który wyrzucił
myśli z mojej głowy.
-
Dobranoc, Avery.
Pocałowałem
ją, naciskając wargami na jej usta, dopóki ich nie otworzyła, wpuszczając mnie
do środka. Smak jej skóry zapoczątkował głęboko we mnie ogień ale uczucie
ciepłego wnętrza jej ust rozpaliło szalejący ogień. Nie miałem dość jej ust,
jej pocałunków czy cichy, ochrypłych dźwięków, które wydawała.
Jęknąłem,
wysuwając spod niej rękę i układając ją na plecach. Jej ciało od razu
zesztywniało i wiedziałem, że muszę zwolnić. Ostatniej rzeczy, jakiej chciałem
to żeby ją przestraszyć.
Boże,
to była ostatnia rzecz.
Obejmując
jej policzek, delikatnie ją całowałem, dopóki jej ciało się nie rozluźniło a
wtedy, cholernie mnie szokując, jej mała ręka wylądowała pod moją koszulką,
przyciskając się do nagiej skóry mięśni.
Tak
jakbym został napiętnowany.
Żar
przepłynął moimi żyłami, gdy ciało drgnęło odruchowo. Powietrze wyleciało z
moich płuc. Chciała mnie dotykać? Cholera jasna, mogła mnie dotykać. Odsunąłem
się i zdjąłem bluzkę przez głowę.
Usta
Avery rozchyliły się i przesunęła spojrzeniem po moim torsie, tatuażu, a potem
w dół. To był jak dotyk, ale jeszcze lepsze. Paliło mnie ciało, żeby jej
dotknąć.
Zsunąłem
z niej kołdrę i położyłem ręce po obu stronach jej głowy, wsuwając je do jej
włosów. Jakaś prymitywna część przejęła nade mną kontrolę, kiedy przycisnęła
ręce do mojego brzucha. Napięło się całe moje ciało.
Opuściłem
czoło na jej czoło. – Nie masz pojęcia, co mi robisz.
Wciągnęła
głęboki wdech, jak opuściłem na nią ciężar. Uczucie jej miękkości pode mną
przyspieszyło moje tętno jakbym przebiegł kilometr po piasku. Zacisnąłem
szczękę, gdy przesunęła się pode mną, rozchylając uda i pozwalając naszym
ciałom się spotkać.
-
Cholera – warknąłem, czując wstrząsający mną dreszcz.
Łapiąc
jej usta w pocałunku, który przypalił mi skórę, powoli przycisnąłem do niej
biodra. Cholera przyjemność przeszła po moim kręgosłupie. Chciałem się w niej
zatopić, całkowicie się w niej zatracić. Jej ręce złapały mnie po bokach, kiedy
przywierałem do niej biodrami, sunąc dłonią po jej szyi, kształcie piersi i
niżej. Zahaczyłem jej udo o moje biodro, przyciskając się do niej głębiej.
Nasze ciała się poruszały i jej słodki, cichy jęk odbijał się echem w mojej
głowie.
- Lubię ten dźwięk. – Pchnąłem
biodrami do przodu, a ona znowu jęknęła. – Poprawka. Uwielbiam ten pieprzony
dźwięk.
Nie wiem co w niej takiego było, może
wszystko, ale nigdy wcześniej z nikim nie było to takie przyjemne, takie silne i intensywne. Nawet nie mój pierwszy raz,
kiedy czułem się jakbym zeskoczył ze stupiętrowego budynku.
Splotłem z nią palce, jak jej język
otarł się o mój własny, zabierając mnie do prawie bolesnego punktu, gdzie była
dobra szansa, że zaraz się ośmieszę. Wiedząc o tym, dalej nie mogłem przestać.
Przesunąłem dłonią po jej ręce, wsuwając się pod rękaw po delikatnej skórze i…
Moja ręka znieruchomiała, gdy palce
dotknęły skrawka szorstkiej, wypukłej skóry. Połowa mojego mózgu istniała na
poziomie penisa, ale przejęła kontrolę ta druga. Podążyłem tą ścieżką skóry, w
osłupieniu orientując się, że tworzyła cienką, prostą linię do środka jej
nadgarstka – nadgarstka, którego zawsze zakrywała bransoletką.
Nie. Cholernie niemożliwe.
Moje serce dosłownie się zatrzymało,
kiedy podniosłem głowę, patrząc w jej nieskupione oczy.
- Cam? – zapytała cicho, wiercąc się
pode mną.
Odwróciłem jej ramię i na nie
spojrzałem. Nie można było pomylić głębokiej blizny, która przebiegała kilka
cali wzdłuż jej żyły. Przesunąłem po niej kciukiem, zdając sobie sprawę, że te
nacięcie – o Boże, te nacięcie – musiało być poważne.
Ból powstał w mojej klatce
piersiowej, wlewając się w żyły. Napięły mi się mięśnie. Chciałem zetrzeć tę
bliznę, zetrzeć cokolwiek ją spowodowało, ponieważ wiedziałem, że to ona musiała ją sobie zrobić.
- Avery…? – Spojrzałem jej w oczy.
Ledwo co mogłem oddychać. – Och, Avery, co to jest?
Minęła
chwila albo dwie, kiedy wpatrywała się we mnie, krew odpływała z jej twarzy i
nagle wyrwała mi ramię. Wysunęła się spode mnie, zsuwając rękaw z taką siłą, iż
myślałem, że go rozedrze.
- Avery… - Odwróciłem się do niej,
wyciągając rękę.
- Proszę – wyszeptała, przesuwając
się na koniec łóżka. – Proszę wyjdź.
Odsunąłem rękę z okropnym uczuciem w
żołądku. – Avery, porozmawiaj ze mną.
Jej całe ciało drżało, jak
potrząsnęła głową.
- Avery…
- Wyjdź! – Zeskoczyła z łóżka,
cofając się jak ranne, uwięzione zwierzę. – Po prostu wyjdź.
Każdy instynkt domagał się abym nie
wychodził, ale nie potrafiłem znieść dzikiego, przerażonego spojrzenia w jej
oczach. Podszedłem do drzwi i zatrzymałem się, próbując raz jeszcze. - Avery,
możemy porozmawiać…
- Wyjdź. – Jej głos się załamał. –
Proszę.
Napięły
się mięśnie moich pleców na załamany dźwięk jej głosu. Zrobiłem to, o co
prosiła. Nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że tego chciała ona.
Wyszedłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz