25.11.13

Siedemnaście

Początkowo patrzenie na Avery z moją siostrą było bolesne. Cukierek była niemal nieznośnie nieśmiała, a moja siostra, niech ją Bóg błogosławi, musiała przeprowadzać ją przez niemal każdą rozmowę, łagodnie ją wprowadzając. Ale ostatecznie się zrelaksowała, rozmawiając z Teresą o tańcu i nawet zgłosiła się do pomocy mojej siostrze w przygotowaniu obiadu.
W chwili kiedy zostaliśmy z tatą sami, odwrócił się do mnie na leżance, uśmiechając się lekko. – To dobra dziewczyna, Cameronie.
- Wiem.
- Naprawdę dobrą dziewczyną.
Zerknąłem na niego, unosząc brwi. – Wiem.
Tata przyglądał mi się, ten dziwny uśmiech dalej tańczył na jego ustach. – Umówiła się z tobą w końcu?
Zadrgały mi usta. – A jak myślisz?
- Myślę, że znam odpowiedź. – Tata odchylił głowę. – Spotykacie się ze sobą?
- Nie. Powiedziałem tobie i mamie prawdę. Ona nie jest moją dziewczyną. – Zamilkłem, myśląc o rozmowie, którą podsłuchałem dzisiejszego poranka między mamą i Avery. Mógłbym przywieźć ją tutaj na Boże Narodzenie i mogłaby już wtedy być moją dziewczyną. – Jeszcze.
Tata wyglądał, jakby miał się zaśmiać, ale tego nie zrobił. Otwierając oczy, odwrócił głowę i spojrzał na mnie. – Powiedziałeś jej o tym, co się stało?
Zacisnęły się mięśnie w moim brzuchu. Wiedziałem o czym mówił, ale nie odpowiedziałem.
Tata westchnął. – Chłopcze, wiesz jak czuję się z tym co się stało. Czy koniecznie to właśnie trzeba było zrobić? Nie. Ale gdybyś ty tego nie zrobił, to byłbym to ja. Lecz musisz jej powiedzieć, jeżeli masz co do niej poważne zamiary. Tajemnice są… cóż, czasami są konieczne, a czasami zabijają rzeczy zanim te mają szanse wyrosnąć. Rozumiesz, co mówię?
Pokiwałem głową, ale patrząc w miejsce, gdzie zniknęły Avery i moja siostra, poczułam zaciskające się węzły niepokoju w brzuchu. Wiedziałem, że nie tylko ja miałem tajemnice.

Brakowało mi dziesięciu sekund do zabrania komórki mojej siostry i rzucenia nią przez pokój podczas obiadu Dziękczynnego. Nałożyłem na swój talerz kolejną porcję ziemniaków. – Do kogo wciąż piszesz?
Teresa uśmiechnęła się ironicznie. – Nie twoja sprawa.
Wygiąłem brew. - Jestem twoim bratem, to moja sprawa. Mamo… - urwałem, patrząc przez stół. - Powinnaś powiedzieć swojej córce, że niegrzecznie jest pisać przy stole.
Mama posłała mi oschłe spojrzenie. – Nikogo to nie boli.
Cóż, to była żadna pomoc. Szturchnąłem kolanem Cukierka i nie po raz pierwszy. – Boli moją duszę – mruknąłem do niej.
Avery przewróciła oczami, odpychając moją nogę.
- Smutne. – Teresa położyła komórkę na swoich kolanach.. – Więc, Avery, jak znalazłaś się w Zachodniej Wirginii?
Przekopała łyżką swoje puree ziemniaczane. - Chciałam pojechać do innego miejsca. Moja rodzina pochodzi z Ohio, więc Zachodnia Wirginia zdawała się dobrym miejscem.
- Muszę być szczera, ja bym wybrała Nowy Jork albo Florydę, albo Wirginię, lub Maryland, lub… - Opuściła wzrok, kiedy jej telefon zaćwierkał i wzięła go w dłoń.
Zmrużyłem oczy, szturchając kolano Avery. Ciekawy z kim mogła gawędzić moja siostra, udałem, że sięgam po indyka, ale zamiast tego złapałem komórkę.
- Hej! – krzyknęła Teresa. – Oddaj ją!
Unikając jej łapczywych rąk, pochyliłem się do Avery, przesuwając spojrzeniem po ekranie. Murphy? Co do cholery? – Kim jest Murphy?
- To nie twoja sprawa! Boże. – Teresa wyciągała rękę po telefon. – Oddaj mój telefon.
- Oddam, kiedy powiesz mi kim jest Murphy? Chłopak?
Czerwone policzki były wystarczającą odpowiedzią. Przyznaję, że nie oczekiwałem, iż moja siostra będzie na zawsze singielką, ale nie była z nikim na poważnie od tamtego gnojka.
Usiadła gwałtownie na miejscu, zakładając ramiona. – Mamo.
- Cam, oddaj jej telefon – rozkazała, a kiedy nie ustąpiłem, jej uśmiech napiął się w sposób, w który był dla niej rzadki. – Poznaliśmy Murphy’ego. Jest naprawdę dobrym chłopcem.
Byłem pewien, że tak wszyscy mówili o gnojku.
- Jest naprawdę miły i lubię go – powiedziała cicho Teresa.
Prychnąłem. – To nic nie mówi…
- Nie jest Jeremym – wtrącił tata. – Oddaj jej telefon.
Avery wpatrywała się w swój talerz, a gdy jej dłoń wylądowała na moim udzie, nagle nie myślałem już o Jeremym Gnojku czy telefonie Teresy.
Jej ręka była na moim udzie, tak blisko miejsca, gdzie chciałem aby była i w tej chwili, nazwijcie mnie jak chcecie, ale nie obchodziło mnie, że to był obiad Dziękczynny. Gdyby tylko przesunęła rękę w…
Avery wyrwała mi z rąk komórkę.
A niech ją szlag. – Hej, to było nie fair.
Uśmiechnęła się do mnie, wyciągając się obok mnie i podając komórkę Teresie. – Sorki.
- Dziękuję – powiedziała, uśmiechając się do Cukierka jakby była mesjaszem telefonów komórkowych.
Rzuciłem jej bardzo obiecujące spojrzenie i odwróciłem się do Teresy. - Chcę poznać tego Murphy’ego.
Moja siostra westchnęła, ale ustąpiła. – Dobrze. Daj mi znać kiedy.
Nie miałem pojęcia, co myślała o tym Cukierek i dopiero jak wróciła rozmowa wiedziałem, że ta cała sytuacja musiała być dla niej dziwna. Pomyślałem o tym co tata powiedział o tajemnicach i dzisiaj było mnóstwo momentów, żeby poruszyć ten temat, ale żaden z nich nie wydawał się właściwy.
Jak wyjaśniasz dziewczynie, z którą umówienie zajęło ci kilka miesięcy, że pobiłeś nastolatka do śpiączki? Tego nie poruszało się na obiedzie.
Ale tata miał rację. Musiałem jej powiedzieć.
Musiałem.

Kiedy opuściłem moją sypialnię tego wieczora, żeby iść do Avery, to naprawdę miałem zamiar z nią porozmawiać. Czułem się tak jak kiedyś, kiedy grałem w piłkę nożną, gdy tuż przez rozpoczęciem meczu mój żołądek mieścił się gdzieś między moimi kolanami a tyłkiem.
Zamykając za sobą drzwi mojej sypialni tak cicho jak cholerna mysz w wigilię, podskoczyłem dobry metr, jak usłyszałem swoje imię.
- Cam – szepnęła Teresa, wysuwając głowę zza drzwi kilka metrów dalej w korytarzu. – Masz chwilę?
- Jasne. – Zerknąłem na drzwi Cukierka, po czym zmusiłem się do odsunięcia się od nich. – Co jest?
- Chcę ci tylko powiedzieć, że Murphy nie jest moim chłopakiem. – Teresa założyła ramiona na brzuchu. – Jest tylko dobrym przyjacielem i byliśmy na kilku randkach, ale to nie tak.
Zalała mnie ulga. Chciałem, żeby Teresa poczekała do trzydziestki i wiedziała jak poradzić sobie z naładowanym pistoletem zanim zaczęłaby znowu się umawiać. – Cieszę się to słyszeć.
Skinęła głową, wypuszczając cichy oddech. – Ale jeśli wciąż chcesz go poznać, to mogę to zorganizować.
- Chciałbym. – Nie ma powodu, żeby nie napędzić stracha „dobremu przyjacielowi”.
Kołysała się na piętach okrytych skarpetkami, wpatrując się we mnie. – Tak w ogóle, to naprawdę lubię Avery. Jest taka słodka i śliczna. I mądra, co sprawia, że mam wątpliwości, dlaczego jest tutaj z tobą. – Błysnęła szybkim uśmiechem. – Naprawdę ją lubię.
Zadowoliła mnie zmiana tematu. – Jest taka. Cieszę się, że ją lubisz.
- Tak więc ma moją aprobatę. – Teresa wróciła do swojej sypialni, zatrzymując się. Wyglądała jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale pokręciła głową. – Dobranoc.
Czekałem, dopóki nie byłem niemal 100 procentowo pewien, że moja młodsza siostra nie przyłapie mnie na wkradaniu się do pokoju Cukierka, po czym zapukałem do jej drzwi tak cicho jak mogłem i otworzyłem do połowy drzwi.
Wszystkie myśli o nocnym wyznaniu wyleciały przez okno.
Podpierając się na łokciach Avery Morgansten była pieprzenie niezapomnianym widokiem. Włosy spływały po jej ramionach, a twarz przechylała się na bok. Było coś figlarnego w spojrzeniu, które mi wysłała, po części uwodzicielskość, a po części naiwność. Wiedziałem, że nie miała pojęcia jak cholernie dobrze wyglądała tam leżąc, co robiło z niej jeszcze seksowniejszą.
- Hej – powiedziałem.
- Cześć. – Jej głos był ledwie głośniejszy od szeptu.
- Chciałem powiedzieć dobranoc. – Kompletna nieprawda, ale nie mogłem sobie przypomnieć dlaczego tutaj przyszedłem poza tym, że chciałem ją zobaczyć.
Zacisnęła ręce na kołdrze. – Już powiedziałeś mi dobranoc.
- Powiedziałem. – Wsunąłem się do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Ciągnęło mnie do niej jak ołówek do papieru. – Ale nie powiedziałem. Nie w sposób, w który chcę powiedzieć dobranoc.
O mój Boże, miej nade mną litość…
Jej cichy wydech był moją zgubą, ale kiedy podszedłem do jej łóżka i usiadłem obok niej, wiedziałem, że zawsze będę przy niej zgubiony. A ona nie miała bladego pojęcia.
Przesunąłem wzrokiem po jej uniesionej twarzy, pochłaniając jej lekko zarumienione policzki i rozchylone usta, w dół do miękkich krągłości pod cienką koszulką, którą miała na sobie. – Cieszę się, że zdecydowałaś się tutaj przyjechać.
Jej oczy były niewiarygodnie rozszerzone, kiedy spotkały się z moimi. – Ja też.
- Naprawdę? – Pochyliłem się nad nią, kładąc rękę po drugiej stronie jej bioder. – Czy właśnie to przyznałaś?
Jej usta uniosły się w kącikach. - Ta, tak jakby.
Moje ciało podążyło za tym leciutkim uśmiechem, przyciągając mnie do niej, aż zwisała nad nią górna połowa mojego ciała. - Chciałbym mieć telefon by móc nagrać ten moment.
Jej klatka piersiowa uniosła się gwałtownie, jak podniosła spojrzenie do moich oczu. – Ja… cudownie się bawiłam.
- Ja również. – Wziąłem oddech, którego nie potrzebowałem. – Więc jak myślisz, co będziesz robić na przerwie zimowej?
Oblizała dolną wargę, a mnie przeszyła dzika strzała pożądania. – Nie wiem. Myślałam, żeby pojechać do D.C. w jeden dzień. Chcę zobaczyć Smithsonian i National Mall. Nigdy tam nie byłam.
- Hmm, mogłoby być fajnie. – W moim umyśle pojawiało się wiele innych pomysłów, które również mogłyby być fajne. - Mogę być twoim przewodnikiem.
Uśmiech powiększył się o ciupkę. – Byłoby… byłoby fajnie.
- Byłoby. – Nieświadomie przysunąłem się na tyle blisko, że mój oddech drażnił jej zaczerwieniony policzek. – Wybierz datę.
- Teraz?
- Teraz.
- Drugi stycznia – powiedziała od razu i z jakiegoś powodu ten jej rumieniec jeszcze bardziej się pogłębił. – Będziesz wtedy dostępny?
Uniosłem usta. - Będę dostępny kiedykolwiek będziesz chciała. – Serce zaczęło walić w mojej piersi, gdy jej uśmiech się rozszerzył, stając się olśniewającym. Wiedziałem, że nie przyszedłem tutaj po to, ale zamierzałem ją pocałować. Nic mnie nie zatrzyma. - Zgadnij co, Avery?
- Co?
- Pamiętasz jak powiedziałaś, że dobrze się bawiłaś? – Przekrzywiłem głowę tak, że moje usta zawisły nad jej wargami. – Będzie lepiej.
- Tak? – szepnęła.
Nosem musnąłem jej nos. – O tak.
- Zamierzasz znowu mnie nie pocałować?
- Właśnie to zamierzam zrobić.
Długie rzęsy upstrzone czerwienią opadły, gdy dotknąłem wargami jej ust. Był to taki delikatny pocałunek, ale w moich żyłach był jak trzask pioruna. Opuszczając swój ciężar na drugie ramię, rozłożyłem palce na jej policzku, przyciskając pocałunek do kącika jej ust, a potem drugiego.
Przesuwając dłonią po jej szyi, posmakowałem skóry jej szczęki, ciała pod uchem. Przeszedł przeze mnie głęboki chichot, kiedy zadrżała. Gdy raz jeszcze przycisnąłem wagi do miejsca pod jej uchem, poruszając językiem, wydała dźwięk, który wyrzucił myśli z mojej głowy.
- Dobranoc, Avery.
Pocałowałem ją, naciskając wargami na jej usta, dopóki ich nie otworzyła, wpuszczając mnie do środka. Smak jej skóry zapoczątkował głęboko we mnie ogień ale uczucie ciepłego wnętrza jej ust rozpaliło szalejący ogień. Nie miałem dość jej ust, jej pocałunków czy cichy, ochrypłych dźwięków, które wydawała.
Jęknąłem, wysuwając spod niej rękę i układając ją na plecach. Jej ciało od razu zesztywniało i wiedziałem, że muszę zwolnić. Ostatniej rzeczy, jakiej chciałem to żeby ją przestraszyć.
Boże, to była ostatnia rzecz.
Obejmując jej policzek, delikatnie ją całowałem, dopóki jej ciało się nie rozluźniło a wtedy, cholernie mnie szokując, jej mała ręka wylądowała pod moją koszulką, przyciskając się do nagiej skóry mięśni.
Tak jakbym został napiętnowany.
Żar przepłynął moimi żyłami, gdy ciało drgnęło odruchowo. Powietrze wyleciało z moich płuc. Chciała mnie dotykać? Cholera jasna, mogła mnie dotykać. Odsunąłem się i zdjąłem bluzkę przez głowę.
Usta Avery rozchyliły się i przesunęła spojrzeniem po moim torsie, tatuażu, a potem w dół. To był jak dotyk, ale jeszcze lepsze. Paliło mnie ciało, żeby jej dotknąć.
Zsunąłem z niej kołdrę i położyłem ręce po obu stronach jej głowy, wsuwając je do jej włosów. Jakaś prymitywna część przejęła nade mną kontrolę, kiedy przycisnęła ręce do mojego brzucha. Napięło się całe moje ciało.
Opuściłem czoło na jej czoło. – Nie masz pojęcia, co mi robisz.
Wciągnęła głęboki wdech, jak opuściłem na nią ciężar. Uczucie jej miękkości pode mną przyspieszyło moje tętno jakbym przebiegł kilometr po piasku. Zacisnąłem szczękę, gdy przesunęła się pode mną, rozchylając uda i pozwalając naszym ciałom się spotkać.
- Cholera – warknąłem, czując wstrząsający mną dreszcz.
Łapiąc jej usta w pocałunku, który przypalił mi skórę, powoli przycisnąłem do niej biodra. Cholera przyjemność przeszła po moim kręgosłupie. Chciałem się w niej zatopić, całkowicie się w niej zatracić. Jej ręce złapały mnie po bokach, kiedy przywierałem do niej biodrami, sunąc dłonią po jej szyi, kształcie piersi i niżej. Zahaczyłem jej udo o moje biodro, przyciskając się do niej głębiej. Nasze ciała się poruszały i jej słodki, cichy jęk odbijał się echem w mojej głowie.
- Lubię ten dźwięk. – Pchnąłem biodrami do przodu, a ona znowu jęknęła. – Poprawka. Uwielbiam ten pieprzony dźwięk.
Nie wiem co w niej takiego było, może wszystko, ale nigdy wcześniej z nikim nie było to takie przyjemne, takie silne i intensywne. Nawet nie mój pierwszy raz, kiedy czułem się jakbym zeskoczył ze stupiętrowego budynku.
Splotłem z nią palce, jak jej język otarł się o mój własny, zabierając mnie do prawie bolesnego punktu, gdzie była dobra szansa, że zaraz się ośmieszę. Wiedząc o tym, dalej nie mogłem przestać. Przesunąłem dłonią po jej ręce, wsuwając się pod rękaw po delikatnej skórze i…
Moja ręka znieruchomiała, gdy palce dotknęły skrawka szorstkiej, wypukłej skóry. Połowa mojego mózgu istniała na poziomie penisa, ale przejęła kontrolę ta druga. Podążyłem tą ścieżką skóry, w osłupieniu orientując się, że tworzyła cienką, prostą linię do środka jej nadgarstka – nadgarstka, którego zawsze zakrywała bransoletką.
Nie. Cholernie niemożliwe.
Moje serce dosłownie się zatrzymało, kiedy podniosłem głowę, patrząc w jej nieskupione oczy.
- Cam? – zapytała cicho, wiercąc się pode mną.
Odwróciłem jej ramię i na nie spojrzałem. Nie można było pomylić głębokiej blizny, która przebiegała kilka cali wzdłuż jej żyły. Przesunąłem po niej kciukiem, zdając sobie sprawę, że te nacięcie – o Boże, te nacięcie – musiało być poważne.
Ból powstał w mojej klatce piersiowej, wlewając się w żyły. Napięły mi się mięśnie. Chciałem zetrzeć tę bliznę, zetrzeć cokolwiek ją spowodowało, ponieważ wiedziałem, że to ona musiała ją sobie zrobić.
- Avery…? – Spojrzałem jej w oczy. Ledwo co mogłem oddychać. – Och, Avery, co to jest?
Minęła chwila albo dwie, kiedy wpatrywała się we mnie, krew odpływała z jej twarzy i nagle wyrwała mi ramię. Wysunęła się spode mnie, zsuwając rękaw z taką siłą, iż myślałem, że go rozedrze.
- Avery… - Odwróciłem się do niej, wyciągając rękę.
- Proszę – wyszeptała, przesuwając się na koniec łóżka. – Proszę wyjdź.
Odsunąłem rękę z okropnym uczuciem w żołądku. – Avery, porozmawiaj ze mną.
Jej całe ciało drżało, jak potrząsnęła głową.
- Avery…
- Wyjdź! – Zeskoczyła z łóżka, cofając się jak ranne, uwięzione zwierzę. – Po prostu wyjdź.
Każdy instynkt domagał się abym nie wychodził, ale nie potrafiłem znieść dzikiego, przerażonego spojrzenia w jej oczach. Podszedłem do drzwi i zatrzymałem się, próbując raz jeszcze. - Avery, możemy porozmawiać…
- Wyjdź. – Jej głos się załamał. – Proszę.
Napięły się mięśnie moich pleców na załamany dźwięk jej głosu. Zrobiłem to, o co prosiła. Nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że tego chciała ona.

Wyszedłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz