3.11.13

Dziewięć

- Szarlotka dla ciebie. – Podałem mały smakołyk Avery, po czym wyciągnąłem drugi z torby z McDonalda. – I szarlotka dla mnie.
Cukierek otworzyła pudełko. – Myślisz, że wykorzystują prawdziwe jabłka?
- Boże, naprawdę nie chcę wiedzieć. – Wgryzłem się w ciasto, jęcząc na smak słodkości. – Ach, to jest dobre.
Utkwiła we mnie spojrzenie. – Przysięgam. Za każdym razem, jak coś jesz, brzmisz jakbyś miał mieć orgazm. – Zarumieniła się, jak to powiedziała. – Czy coś.
- No cóż, teraz wiesz, jak brzmię, kiedy dochodzę.
Zmarszczyła nos, ściągając kruche ciasto. – To jest coś, o czym straszliwie chciałam wiedzieć.
- Wiedziałem.
Cukierek zaśmiała się i wrzuciła ciasto do ust. – Jesteś okropny.
- Jestem idealny. – Spojrzałem przez przednią szybę. Siedzieliśmy na parkingu za budynkiem naukowym. Granatowe niebo szybko zmieniało się w noc, ale zbierające się gęste chmury wyglądały złowieszczo. – Prawdopodobnie powinniśmy wybrać na to inną noc.
Uniosła torbę i wrzuciła do niej pokrojone jabłka, zostawiając czyste kruche ciasto.
- To takie marnotrawstwo.
Jej oczy były ciepłe, kiedy rzuciła mi spojrzenie. – Chcesz wygrzebać je z torby i zjeść? Brzmisz jakby pozostało ci jeszcze trochę dobrych jęków.
- Kochanie, nic nie usłyszałaś… - urwałem, puszczając jej oko. – Jeszcze.
Wywróciła oczami. – Chyba nigdy.
- Dama przyrzeka zbyt wiele, zdaje mi się?
- Ty ośle. – Cukierek roześmiała się lekko. – To „Zdaje mi się, że ta dama przyrzeka zbyt wiele[1]”.
Wyciągnęłam rękę, przerzucając grube kosmyki jej włosów za ramię. Nie wzdrygnęła się, co było olbrzymim postępem. – Fakt, że potrafisz to poprawić jest dalszym dowodem.
Parsknęła kolejnym śmiechem, wycierając palce. – Jak uważasz. Gotowy?
- Byłem gotowy, ale musiałaś się zatrzymać i dostać szarlotkę.
- Co? – Odwróciła się do mnie. – To był twój pomysł.
Zamrugałem niewinnie. – Nie tak przypominam sobie minione dwadzieścia minut.
Przeszyła mnie oschłym spojrzeniem.
- Mówiłaś „potrzebuję szarlotki” i co mogłem zrobić? Żyję, żeby cię obsługiwać.
Zgniatając torbę, rzuciła nią we mnie, ale ją złapałem. – Właściwie, to ty mówiłeś coś w stylu „potrzebuję w brzuchu jedzenia”.
Zaśmiałem się. – Nie tak przypominam sobie tę małą przygodę.
Walnęła mnie w ramię i jak się odsuwała, złapałem jej dłoń. Rozchyliła usta, gdy uniosłem jej rękę i przycisnąłem do wnętrza jej dłoni szybko, stuprocentowo niewinny pocałunek. – Gotowa?
Z rozszerzonymi oczami przytknęła dłoń do piersi i skinęła głową. Wysiadając z samochodu i kierując się do budynku, cały czas była zarumieniona. Ładny róż sprawiał, że chciałem gonić go ustami, ale wtedy poślizgnęła się przede mną.
Nie skarżyłem się.
Obserwowałem słodkie kołysanie tyłka Avery, jak wspinała się przede mną po schodach i kiedy dotarliśmy na dach i stanęliśmy przed teleskopem Philipsa, pulsowałem między nogami.
To stawało się śmieszne.
Minęły miesiące odkąd kiedy zaspokajałem się czymś oprócz ręki i wiedziałem, że Jase powiedziałby mi, abym poszedł pieprzyć się z kimś innym, tylko żeby się zaspokoić, ale nawet nie mogłem myśleć o kimś innym poza Avery.
Jase miał wczoraj rację.
Byłem taki udupiony, kiedy o nią chodziło i nie w sposób, który chciałem.
- Jesteś pewien, że wiesz jak użyć tego czegoś? – zapytała, przekrzywiając głowę na bok.
Stając przed nią, rzuciłem jej spojrzenie. – Co? Ty nie?
- Nie.
- Nie uważałaś w klasie, kiedy Drage mówił o tym i obrazujących kamerach?
Wysunęła biodro, zakładając ramiona. – Ty rysowałeś obsadę Duck Dynasty, kiedy o tym mówił.
Zaśmiałem się, ponieważ właśnie to robiłem, kiedy Drage opowiadał jak posługiwać się teleskopem. Co oznaczało, że Cukierek zwracała na mnie cholernie dużo uwagi. Wyregulowałem gałki. – Słuchałem.
- Aha. – Przybliżyła się, jak wiatr się podniósł, przecinając się przez dach, unosząc kosmyki jej włosów i rzucając je w jej twarz. Chryste, wyglądała tam pięknie. Pokręciłem głową, znowu skupiając się na teleskopie, ale to było trudne – a ja byłem twardy.
- Tak naprawdę jesteś bardzo dobrym artystą – powiedziała.
- Wiem.
Wydała odgłos, który nie był za bardzo przyjazny.
Przesunąłem dźwignię. - Używałem teleskopu raz czy dwa w moim życiu.
- To już przypadkowe.
- Dobra. Używałem go, kiedy wcześniej miałem klasę. – Posłałem jej szybki uśmiech, po czym sprawdziłem pozycję teleskopu. – Rany, nie wiem, czy będziemy w stanie coś zobaczyć zanim nadejdą chmury.
- Cóż, więc lepiej się pośpiesz.
- Jaka władcza.
Cukierek uśmiechnęła się szeroko.
- Chodź tutaj, a pokażę ci jak tego użyć. – Dając jej dosyć miejsca, żeby się zmieściła, przygryzłem wnętrze policzka, jak otarła się biodrem o moje biodro, zbliżając się pieprzenie blisko tam, gdzie dosłownie cierpiałem. – Będziesz uważnie słuchać?
- Niespecjalnie. – Wciąż się uśmiechała.
- Przynajmniej jesteś szczera. – Pociągał mnie masochizm. To było jedyne wyjaśnienie, dlaczego pochyliłem się, otaczając ją ramionami. Jej zapach, ta boska mieszanina jagód i piżmu, sprawił, że drgnęło wiele części mojego ciała. Z roztargnieniem zdałem sobie sprawę, że się nie wzdrygnęła. Dobrze.
- To jest Philips ToUcam Pro II. – Odchrząknąłem. – Przywiesza się to do teleskopu. Przy tych ustawieniach powinnaś móc zobaczyć wyraźny obraz Saturna. Przyciśnij to i uchwyci obraz.
- Okej. – Odgarnęła włosy za uszy. - Nie sądzę, że mieliśmy brać obraz Saturna.
- Huh. – Co to do cholery był Saturn? Myślałem tylko o tym, jak byliśmy blisko, jak wyczuwałem ciepło spływające z jej ciała. Nawet nie wiedziałem czemu byliśmy na dachu. – Hej.
Odchyliła głowę, powodując, że brzegi jej włosów przesunęły się po moim policzku. Moje tętno waliło szybko, gdy wyobraziłem sobie te włosy przesuwające się po innych częściach mojego ciała. - Hej co?
- Umów się ze mną.
- Zamknij się. – Pojawił się uśmiech, jak pochyliła się, zerkając w teleskop. Jej ciało znowu otarło się o moje i powstrzymałem jęk. – Nic nie widzę.
Mój śmiech brzmiał na zduszony. - To dlatego, bo nie zdjąłem pokrywy.
Walnęła mnie łokciem w brzuch, co raz jeszcze wywołało mój śmiech. – Dupek.
Dzisiaj naciągałem granice. Nawet nie wiedziałem dlaczego, ale nie mogłem się powstrzymać, jak sięgnąłem do pokrywy, napierając na jej plecy. Wtedy zastygła, a przeze mnie przeszedł jej miękki wdech. Czekałem, aż się odsunie, bo mogła, jeżeli by chciała, ale tego nie zrobiła.
Zerknąłem na nią i zobaczyłem, że gęste rzęsy opierały się na jej policzkach. - Co?
- Byłoby ci łatwiej po prostu iść na bok i to zrobić – odparła innym głosem, cięższym.
- Prawda. – Pochyliłem głowę, umieszczając usta obok jej ucha. – Ale co to byłaby za zabawa.
Avery zadrżała, a całe moje ciało napięło się. – Idź bawić się samemu.
Nie miała pojęcia jak często tak się działo. - Cóż, to naprawdę żadna zabawa – urwałem, nie poruszając się. – Spróbuj znowu.
Wahając się przez chwilę, nachyliła się do przodu, przyciskając oko do teleskopu. Minęło parę sekund. – Wow.
- Widzisz to?
Wyprostowała się. – Tak, to całkiem fajne. Nigdy w życiu nie widziałam planety. Chodzi mi o to, że dużo czasu mi to zajęło. To całkiem fajne.
- Też tak myślę. – Złapałem kilka kosmyków włosów, powstrzymując je od walnięcia jej w oczy. – Na co mamy patrzeć?
- Na Gwiazdozbiór Strzelca, a tam skupisko gwiazd Czajnika i jego parę, nieważne… - Okropna, zimna kropla deszczu rozbryzgała się na jej czole i wpadła na mnie. – O cholera.
Cukierek pisnęła, kiedy spadła druga kropla i obróciła się, spotykając mój wzrok. Zaraz będziemy przemoknięci do szpiku kości. Przeklinając pod nosem, złapałem ją za rękę, ciągnąc ją przez dach. Byliśmy już prawie na suchym lądzie, kiedy niebo się otworzyło i przemoczył nas lodowaty deszcz.
- O mój Boże – wrzasnęła. – Jest tak cholernie zimno!
Śmiejąc się, zatrzymałem się i odwróciłem, przyciągając ją do klatki piersiowej. Przez krótką chwilę jej wytrzeszczone oczy spojrzały w moje, gdy lał się na nas deszcz. Mój uśmiech był moim jedynym ostrzeżeniem.
Schylając się, otoczyłem ramieniem jej szczupłą talię, podnosząc ją z ziemi i przerzuciłem ją przez ramię. Jej zaskoczony pisk wzmógł mój śmiech i ten balonowy nacisk – tylko tak mogłem to wyjaśnić – rozprzestrzenił się w mojej piersi i czułem się dobrze, jakbym strzelił bramkę.
- Biegłaś zbyt wolno!
Wbiła palce w bak mojego swetra. – Postaw mnie, ty sukin…
- Trzymaj się! – Zacisnąłem ramię wokół jej bioder i ruszyłem.
Ślizgając się w głębokich kałużach, niemal zjedliśmy cement, jak biegłem przez dach. Słowa, które wychodziły z jej ust, skierowane do mnie, spaliłyby uszy żołnierza.
Zatrzymałem się i otworzyłem drzwi, pochylając się, jak uciekliśmy z deszczu. Obracając się, żeby nie patrzyła na ścianę, złapałem jej biodra i opuściłem ją.
Uderzyło we mnie nagłe pożądanie, kiedy jej ciało zsuwało się po moim. Zacisnąłem ręce na jej biodrach, a ona odchyliła głowę. Jej oczy pociemniały do głębokiej czekolady, a mój mózg się wyłączył, gdy jakoś przyciągnąłem ją jeszcze bliżej. Wiedziałem, że musiała wyczuć moje podniecenie i biorąc pod uwagę, że nawet się nie całowaliśmy, coś w tym zdawało się być niewłaściwe, ale nie potrafiłem jej puścić.
Położyła dłonie na moim torsie i myślałem, że zamierzała mnie odepchnąć i przysiągłem Bogu że bez względu na to, jak trudne to będzie, to ją puszczę, jeśli to zrobi.
Ale tak się nie stało.
Przycisnęła ręce do mojej piersi, nad walącym sercem i musiała je wyczuć.
Moja dłoń posuwała się według własnej woli, obejmując jej talię, a potem przesuwając się po ramieniu, przez gardło do policzka. Sapnęła, kiedy musnąłem koniuszkami palców jej policzki, chwytając włosy przyklejone do skroni. Odsunąłem włosy za uszy, nie odsuwając rąk.
- Jesteś przemoknięta.
- Ty też.
Przeciągnąłem kciukiem po jej policzku. - Chyba musimy tego spróbować innego wieczora.
- Tak – wyszeptała, zamykając oczy, po czym znowu je otworzyła.
- Może powinniśmy najpierw sprawdzić pogodę. – Kiedy uśmiechnęła się, przesunąłem biodrami w odpowiedzi. Jej ciało zadrżało w tak oszałamiający sposób i opuściła rzęsy. Jeszcze bardziej rozchyliła wargi i nie chciałem jej puszczać. Tak blisko zbyt dobrze ją czułem.
Jej klatka piersiowa unosiła się w krótkich, głębokich oddechach, jak zniżyłem głowę, chcąc i potrzebując ją pocałować. Tylko raz. Tylko tego chciałem. Zacząłem zamykać oczy.
Avery niespodziewanie odsunęła się, przyciskając dłoń między piersi. - Myślę, że… że na dziś wystarczy.
Przez moment nie mogłem się poruszyć, a potem odsunąłem się, opierając głowę o ścianę. Zajęło mi kilka chwil, zanim mogłem się odezwać. - Ta, wystarczy.
Wyjście z budynku i droga do mieszkania nie była łatwa. Wciąż byłem napięty jak cięciwa łuku. Nic nie zdawało się sprawić, żeby zniknęły postrzępione brzegi. Próbowałem wyrecytować alfabet od tyłu, próbowałem myśleć o staruszce mieszkającej w pobliskim budynku, która czasami wyprowadzała psa w białej koszuli nocnej. Widok nie był ładny, ale nie zadziałał.
Deszcz nadal padał, kiedy przebiegliśmy przez parking pod markizę. Potrząsnąłem głową, rozpryskując wszędzie wodę. Avery zatrzymała się u podnóża schodów prowadzących do naszych mieszkań i myślałem, że to dlatego, że ochlapałem ją deszczem. Otworzyłem usta, żeby przeprosić, ale odwróciła się do mnie bokiem, jej twarz była pobladła, gdy podniosła na mnie wzrok.
O wiele inny rodzaj bólu przeciął moją klatkę piersiową, tworząc tam ten węzeł na czyste zdezorientowanie oraz strach w jej oczach. Strach. Nie pojmowałem tego. Czy ja jej to zrobiłem? Nie. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie po tym jak na mnie zareagowała. Zobaczyłem to w jej oczach. Chciała, żebym ją pocałował, pewnie tak bardzo jak ja chciałem ją pocałować, ale odsunęła się, ponieważ… szczerze nie wiedziałem.
Wsunąłem rękę do włosów, odsuwając je z czoła. – Umów się ze mną.
- Nie – szepnęła.
Uśmiechnąłem się lekko, a jej klatka piersiowa opadła, barki się rozluźniły, jakby potrzebowała to właśnie usłyszeć. – Zawsze jest jeszcze jutro.
Podążyła za mną w górę schodów. - Jutro niczego nie zmieni.
- Zobaczymy.
- Nie ma nic do zobaczenia. Marnujesz swój czas.
- Kiedy chodzi o ciebie, to nigdy marnowanie mojego czasu.
A to była cholerna prawda.



[1] Cytat z Hamleta Williama Szekspira. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz