19.11.13

Czternaście

Zamierzałem złamać temu sukinsynowi twarz. Po prostu. Dotykał ją i oczywiste było dla każdego z mózgiem wielkości orzeszka, że ona nie chciała być dotykana.
Uderzając go ręką w klatkę piersiową, rzuciłem go na ścianę, drugą dłoń zaciskając w pięść. - Co do cholery, człowieku? Masz pieprzony problem ze słuchem?
- Przepraszam. – Tony uniósł ręce, trzęsąc się. – Tylko tańczyliśmy. Nic innego nie chciałem.
- Cam – zawołała Avery.
Pchnąłem Tony’ego, jak zaczął znowu coś mówić i nagle Jase stał za moimi plecami, chwytając mnie. Odciągnął mnie, a Tony osunął się po ścianie.
- Musisz się, do cholery, wyluzować – powiedział Jase.
Próbowałem wyrwać się z uścisku Jase’a. – Puść mnie, do cholery, Jase.
- Do diabła, nie. – Stanął przede mną, trzymając ręce na moim torsie. – Nie potrzebujesz tego, pamiętasz? Wdanie się w bójkę jest ostatnią rzeczą, której teraz cholernie potrzebujesz. Więc wycofaj się.
Krew gotowała mi się z potrzeby uderzenia faceta pięścią w twarz, ale Jase… szlag, Jase miał rację. Nie mogłem wdać się w bójkę. Moja kuratela zostanie anulowana, a nie mogłem przeprowadzać przez to mojej rodziny ani Avery.
Avery.
Obróciłem się. Zebrał się między nami tłum i stała z Brittany, jej twarz była blada a oczy błyszczały od niewylanych łez. Ruszyłem do niej, ale Jase mnie zablokował.
- Musisz się uspokoić, zanim cokolwiek zrobisz.
Ollie pojawił się u mojego boku, wpychając piwo do mojej ręki. – Jase mówi prawdę, człowieku. Avery nic nie będzie, ale ty… - Choć raz poważny, potrząsnął głową. – Musisz przez chwilę się wyluzować.
Pozwoliłem im skierować mnie do drzwi, a kiedy podniosłem wzrok, nie mogłem znaleźć Avery w tłumie. Zniknęła.

Siadając na brzegu łóżka, w którym Jase spał kiedykolwiek zostawał w tym domu, wyciągnąłem komórkę, wysyłając Avery szybką wiadomość. Jase trzasnął drzwiami, ale zignorowałem to, czekając na odpowiedź. Nie powinienem był im pozwolić aby zaciągnęli mnie tutaj. W tej chwili Ollie stał na zewnątrz, udając ochroniarza. Powinienem być z Avery, upewnić się, że z nią wszystko w porządku.
- Co do cholery w ciebie wstąpiło, człowieku?
Spojrzałem na Jase’a. – Ona kiedyś tańczyła.
Uniósł wysoko brwi. – Co do cholery? – zapytał raz jeszcze. – Co to ma wspólnego?
Opuszczając głowę na ręce, wzruszyłem ramionami. Nie miałem pojęcia co to, do diabła, miało wspólnego z czymkolwiek, ale miałem te przeczucie, że tańczenie dla Avery – żeby to zrobiła – było wielką sprawą.
Jase przeklął, obracając się, po czym odwrócił się z powrotem do mnie. – Co się z tobą dzieje, Cam? Nie wkurzasz się ot tak. Nie wściekasz się przez…
- Nie waż się powiedzieć, że przez nic. – Podniosłem brodę, mrużąc oczy na Jase’a, gdy furia przesuwała się przeze mnie z rykiem jak wymknięty spod kontroli pociąg towarowy. – On ją dotykał, Jase. Obłapiał ją i… - przerwałem, zanim powiedziałbym słowa, których nie chciałem.
- No i?
- Jesteś pieprzenie poważny? – Wyrwałem się do przodu, ale Jase nie cofnął się. Staliśmy twarzą w twarz. – No i? Nie przeszkadza ci facet…
- Do diabła, to nie tak, ale Jezu Chryste, Cam, to był jakiś pijany student pierwszego roku, a ty i ja widzieliśmy o wiele gorsze rzeczy. – Jego oczy błysnęły tym intensywnym srebrem, jasny znak, że blisko mu było do stracenia cierpliwości. Dobrze. Mnie też. Znowu. – A zanim powiesz, że w tamtych sytuacjach też interweniowałeś, to ja to wiem. Oboje interweniowaliśmy, ale nigdy nie próbowałeś urwać kolesiowi głowy.
Miał rację. Nieważne do cholery. – To coś innego.
- Bo to ona?
Sposób w jakim powiedział „ona” sprawił, że chciałem przebić pięścią ścianę. – Lepiej bardzo uważaj, stary, na swoje następne słowa.
Jego źrenice się rozszerzyły, gdy podniósł ręce. – Słuchaj, Avery wydaje się być miłą dziewczyną. Naprawdę, ale ostatnim razem jak sprawdzałem, to wy ze sobą nie chodziliście.
- No i? – Rzuciłem w niego jego własnymi słowami.   
Jase wyglądał, jakby chciał przebić jego pięścią mnie. – Ile razy dała ci kosza? Zachowujesz się jak wkurzony, zaborczy chłopak, a ostatnią rzeczą jaką potrzebujesz jest wdanie się w bójkę. Czy muszę ci przypomnieć, że jeśli to zrobisz, to złamiesz kuratelę i wylądujesz w więzieniu? Nie w areszcie tymczasowym, ale…
- Nie musisz mi przypominać. – Odwróciłem się, wsuwając ręce we włosy. – Nie rozumiesz.
Nie odpowiedział od razu. – Masz rację. Nie rozumiem jak ta dziewczyna zwodzi cię za kutasa. Czy kiedykolwiek brałeś pod uwagę, że bawi się tobą z jakiegoś popieprzonego powodu?
Rzuciłem się na niego, ręce zaciskając w pięści. Gdyby nie był moim najbliższym przyjacielem, tym, który wyciągnął mi głowę z tyłka, gdy byłem w areszcie domowym, to złamałbym mu szczękę. Wziąłem kilka głębokich wdechów zanim odpowiedziałem. – Ona taka nie jest, Jase. Wiem, że trudno ci w to uwierzyć. Rozumiem. Zostałeś oszukany w sposób, jaki nie mogę sobie nawet wyobrazić, ale ona taka nie jest.
Kręcąc głową, Jase odwrócił się i oparł o zamknięte drzwi. – Każdy facet tak mówi zanim zostanie wydymany po królewsku.
- Avery jest inna – powiedziałem, znowu wyciągając komórkę. Żadnej odpowiedzi. Kula niepokoju uformowała się w moim żołądku. – Nie znasz jej tak jak ja. W ogóle jej nie znasz.
Przyglądał mi się, pocierając ręką szczękę. – W tej chwili to ciebie nie znam.
Nie wiedziałem jak na to odpowiedzieć.
- Co w niej jest? – zapytał, brzmiąc jakby szczerze chciał zrozumieć pociąg, który ja ledwo co rozgryzłem. – Nie jest jak żadna inna dziewczyna, z którą byłeś. Jest piekielnie niezręczna i cicha. Jest ładna, ale…
- Ona jest cholernie piękna – wtrąciłem, wyzywając go, żeby się nie zgodził.
Nie zrobił tego. – Czy jest tego warta?
- Tak – odparłem, ponownie zerkając na telefon. Wciąż nic. – Tak, jest i muszę się upewnić, że nic jej nie jest.
- Cam…
- Wychodzę z tego pokoju w tej pieprzonej chwili i nie zatrzymasz mnie. – Gdy Jase się nie poruszył, przekląłem pod nosem i przypomniałem sobie, że robił to tylko dlatego, bo był moim przyjacielem. – Nikogo nie pobiję. Pójdę poszukać Avery. Teraz tylko na tym mi zależy.
Jase odwrócił wzrok, mięsień drgnął w jego szczęce i pokręcił głową. – Jestem pewien, że jest z nią dobrze, Cam.
- Ty nie… - urwałem, pocierając miejsce na klatce piersiowej, jak białe ściany pokoju wydawały się rozmazać. Ścisnęło mnie w piersi. – Nie rozumiesz, Jase. Sądzę… sądzę, że coś jej się kiedyś stało.
Zrozumienie pojawiło się na jego twarzy, a wtedy odsunął się na bok. – O cholera.
- Ta – mruknąłem, czując te okropne uczucie na karku. – Cholera.

Waliło mi głośno serce, gdy wpatrywałem się w Brittany. – Nie widziałaś jej?
- Nie. – Potrząsnęła głową, sprawiając, że jej skrzydła anielskie opadły. – Kiedy wszedłeś do środka z Jasem i Olliem, powiedziała, że idzie na dwór zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, ale nie wróciła.
- Szlag. – Spojrzałem na moją komórkę, raz jeszcze wybierając jej imię. Wychodząc na podjazd, znowu przekląłem, gdy nie odebrała. Nie widziałem Tony’ego w środku ani nigdzie indziej, ale wątpiłem, żeby poszedł za nią. Jase miał rację. Facet był po prostu pijanym idiotą, ale to nie mówiło mi, gdzie była Avery.
A szukałem wszędzie.
Brittany podążała za mną. – Nie odpowiedziała na moje telefony ani Jacoba. Nie sądzę, żeby w ogóle tutaj jeszcze była. – Zamilkła, odsuwając włosy z twarzy. – Pojadę do niej…
- Nie – powiedziałem, ściskając telefon. – Ja pojadę.
- Ale…
- Dam ci znać, jak ją znajdę. – Już szedłem, po czym zacząłem biec do miejsca, gdzie był zaparkowany mój samochód blisko ślepej uliczki.
Zamykając z trzaskiem drzwi, odpaliłem silnik i ruszyłem ulicą mieszkalną. Niepokój stworzył lodowatą kulę w dole mojego brzucha. Strach w jej głosie… była przerażona, kiedy Tony ją złapał. Powróciło szalone uczucie. Chociaż chciałem temu zaprzeczyć, wyrzucić to z myśli, już tego nie potrafiłem. Coś jej się przydarzyło. Nie miałem pewności, co dokładnie.
Próbowałem dodzwonić się do niej w drodze do domu, ale zgodnie z przewidywaniami nie odebrała. Ściskałem dłońmi kierownicę do chwili aż knykcie zrobiły się blade. Wjechałem na pierwsze miejsce parkingowe, które znalazłem przy University Heights i przebiegłem przez parking. Nie było sensu szukania jej auta. W ciemności byłoby to jak szukanie igły w pieprzonej stogu igieł.
Mój żołądek był splątany w supłach, kiedy dotarłem na nasze piętro i zastukałem knykciami w drzwi. Jeżeli by nie otworzyła, to wyważyłbym drzwi, a gdyby tam jej nie było, to przeczesałbym te cholerne hrabstwo w jej poszukiwaniu.
Wtedy drzwi się otworzyły i stała tam Avery z opuchniętymi i czerwonymi oczami, tusz i łzy pozostawiły ślady na jej policzkach.
Ale była cała.
Nic jej nie było.
Z sercem w gardle, wszedłem do środka i otoczyłem ją ramionami, przyciągając do piersi. Przytuliłem ją mocno, kładąc brodę na czubku jej pochylonej głowy.
Początkowo nie ufałem swojemu głosowi, a kiedy w końcu się odezwałem, moje palce zacisnęły się na kosmykach jej włosów. - Jezu Chryste, czemu nie odbierałaś swojego cholernego telefonu?
Nie podniosła głowy, odpowiadając. - Myślę, że zostawiłam go w samochodzie.
- Niech to szlag, Avery. – Odsunąłem się, obejmując jej policzki. – Wydzwaniałem do ciebie – tak jak Jacob i Brittany.
- Przepraszam. Ja nie…
- Płakałaś. – Znowu poczułem gniew. – Cholernie płakałaś.
- Nie, nie płakałam.
- Patrzyłaś w lustro? – Gdy zaprzeczyła, zamknąłem za sobą drzwi i złapałem jej małą dłoń. – Chodź.
Przełknęła ciężko ślinę, ale pozwoliła mi pociągnąć ją za sobą. Zaprowadziłem ją do łazienki i zapaliłem światło. Wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy zobaczyła swoje odbicie. - O Boże… - Nasze spojrzenia spotkały się w lustrze, po czym schowała twarz w dłoniach. - Doskonale… Po prostu doskonale.
- Nie jest tak źle, kochanie. – Węzeł w mojej piersi bolał, jak łagodnie odciągnąłem jej ręce. – Usiądź.
Avery usiadła na opuszczonej desce klozetowej, wpatrując się w swoje palce. – Co tutaj robisz?
Biorąc myjkę, przesunąłem ją pod kranem, po czym kucnąłem przed nią. Przez chwilę niedowierzenie powstrzymywało mnie od mówienia. - Co ja tutaj robię? Czy to poważne pytanie?
- Chyba nie. – Nie podniosła wzroku.
- Spójrz na mnie. Do cholery, Avery, spójrz na mnie.
Uniosła brodę, mrużąc tak bardzo oczy, że widoczne były tylko wąskie paski brązu. – Zadowolony?
Trzeszczały mi zęby trzonowe, jak zaciskałem szczękę. – Czemu miałbym tutaj przyjść? Opuściłaś imprezę bez powiedzenia komukolwiek słowa.
- Powiedziałam…
- Powiedziałaś Brittany, że idziesz wziąć trochę świeżego powietrza. To było trzy godziny temu, Avery. Myśleli, że byłaś ze mną, ale kiedy później mnie zobaczyli, widzieli, że nie byłaś. Po tym co się zdarzyło z tym dupkiem, wystraszyłaś ich.
Zrzedła jej mina. – Nie chciałam tego. Po prostu zostawiłam telefon w aucie.
Milcząc, przeciągnąłem myjką pod jej policzkami, ścierając smugi makijażu. – Nie musiałaś wychodzić.
- Przesadziłam. Ten facet… naprawdę nie zrobił nic złego. Jedynie mnie zaskoczył, a ja przesadziłam. Zepsułam imprezę.
- Nie zepsułaś imprezy. A ten sukinsyn nie powinien cię obmacywać. Cholera. Słyszałem, jak mówiłaś „puść mnie” i cholernie dobrze wiem, że on też. Może nie powinienem zareagować tak… mocno, ale pieprzyć to. Obmacywał cię, a mnie się to nie podobało.
Jej ramiona opadły do przodu. - Nie musiałeś tutaj przychodzić. Powinieneś być na imprezie, dobrze się bawiąc.
Szczerze nie mogłem uwierzyć, że uważała, iż powinienem być na imprezie, podczas gdy ona tutaj płakała. Obserwowała mnie, jej rysy zmarszczone były w zdezorientowaniu. - Jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
- Tak.
- To właśnie robią przyjaciele. Sprawdzają czy u nich wszystko w porządku. Byliby tutaj Brittany i Jacob, ale namówiłem ich żeby tam zostali.
- Muszę iść po telefon i zadzwonić…
- Napiszę do Brittany. Mam jej numer. – Usiadłem prosto, przypatrując się jej. – Fakt, że nie spodziewałabyś się, aby ktoś sprawdził czy u ciebie wszystko w porządku jest… nawet nie wiem, co to jest.
Otworzyła usta, po czym potrząsnęła głową i zaczęła odwracać wzrok. Przycisnąłem dłoń do jej policzka, zatrzymując ją. Używając kciuka, przepędziłem ostatnią łzę. Uniosła mokre rzęsy i oddałbym wszystko, żeby cofnąć każdą wylaną łzę.
- Dlaczego płakałaś? – zapytałem. – Poczekaj. Czy ten skurwiel cię skrzywdził, bo pójdę…
- Nie! W ogóle.
- Więc dlaczego? – Powstrzymałem oddech, gdy wtuliła policzek w moją dłoń. – Porozmawiasz ze mną?
- Sama nie wiem. Chyba zachowałam się po prostu jak dziewczyna.
Podniosłem brwi wysoko. – Jesteś pewna, że to wszystko?
- Tak – szepnęła.
Kryło się w tym więcej, musiało, ale jak zadawało się takie pytanie? Nie wiedziałem. – Wszystko w porządku?
Cukierek potaknęła.
Zsunąłem rękę, przypadkowo muskając jej wargę, ale kiedy to zrobiłem, cicho wciągnęła powietrze. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Uderzyło mnie w pierś te same uczucie, które miałem, jak byliśmy na imprezie. Chciałem ją pocałować. Chciałem, żeby zapomniała o Tonym, imprezie i tych wszystkich łzach. Ale nie chciałem, żeby przy naszym pierwszym pocałunku czuła własne łzy.
Zmniejszając pomiędzy nami odstęp, przycisnąłem czoło do jej czoła, wypuszczając zmęczony oddech. - Czasami doprowadzasz mnie do pieprzonego szaleństwa.
- Przepraszam.
Odsunąłem się, przeszukując jej twarz. – Nie uciekaj tak znowu, dobrze? Cholernie się martwiłem, kiedy nie mogłem cię znaleźć i nikt nie wiedział, gdzie jesteś.
Cukierek patrzyła na mnie bez słowa, a potem pochyliła się do przodu, całując mnie w policzek i całkowicie mnie tym zaskoczyła. Rozszerzyłem oczy, odchylając się, nie potrafiąc oderwać od niej wzroku. Zaczynałem mówić sobie, że chrzanić teraz część z niecałowaniem, ale powstrzymałem się. – Avery?
- Cam?
Z wielką powagą, podtrzymywałem jej spojrzenie. – Umów się ze mną na randkę.
Była maleńka sekunda zawahania, gdzie rozchyliła usta i dwie różowe plamki rozkwitły na jej policzkach, ale wtedy się odezwała i początkowo myślałem, że źle ją usłyszałem, ale tak nie było.

- Tak – powiedziała. 

1 komentarz:

  1. Omnmnomnom *.* Zawsze ich kochałam, od pierwszej części :3 I perspektywa Cama jest taka... OMFG <3 To jak się o nią martwi i to wszystko jest takie, awww <3 Znajdę takiego męża, zobaczysz <3

    OdpowiedzUsuń