25.11.13

Osiemnaście

W chwili, kiedy zdałem sobie sprawę, że Avery już nigdy nie wróci na zajęcia astronomii, dosłownie nie mogłem w to uwierzyć. Ale musiała to być prawda. Od drogi powrotnej z domu moich rodziców w piątek po Dziękczynieniu, nic od niej nie usłyszałem. Nie odpowiadała na moje telefony ani wiadomości. Gdy pukałem do jej drzwi nigdy mi nie otworzyła, chociaż jej samochód stał na parkingu.
Nawet nie otworzyła drzwi na jajka.
Kiedy weekend znowu nastąpił i minął następny poniedziałek bez Avery na astronomii, wiedziałem, że wzięła niedokończenie.
Pierdolone niedokończenie.
To było z jej strony szalone, żeby tak daleko zajść, aby mnie unikać i za co? Bo zobaczyłem jej bliznę? Nie rozumiałem i nie byłem głupi. Wyraźnie była zawstydzona i zadała sobie wiele trudu, żeby ukryć bliznę, ale nie była świeża. Było to coś, co zrobiła kilka lat temu, więc dlaczego teraz się przede mną ukrywała?
Rozmawiałem z Brittany i nawet Jacobem, ponieważ Avery nie pokazywała się w Den na lunchu. Żadne z nich nie wiedziało, co się działo z Avery. Nie wspominałem o bliźnie. Nigdy bym tego nie zrobił, ale miałem nadzieję, że o czymś wiedzieli. Nie wiedzieli.
Doprowadzało mnie to do szału – milczenie i dezorientacja. A im bardziej się to dłużyło, tym więcej kwasu zdawało zbierać się w dole mojego żołądka i tym gorsze stawały się węzły i bóle w mojej klatce piersiowej.
Poza biwakowaniem przed jej drzwiami mało mogłem zrobić, ale byłem zdeterminowany, aby z nią porozmawiać. Stało się to w ostatni dzień egzaminów końcowych i na początku ferii zimowych. Jak totalny prześladowca gapiłem się przez okno, czekając aż Ollie wróci z pizzą, kiedy zobaczyłem ją jak przechodziła przez parking z rękami pełnymi zakupów.
Gdy usłyszałem ciche kroki na korytarzu, otworzyłem drzwi. Avery stała przed swoimi drzwiami, jej włosy były zebrane w rozczochranym kucyku, a ciężar jej toreb obciążał jej ramiona. Nie było żadnych wątpliwości, że próbowała wejść niezauważalnie do mieszkania zanim bym ją zobaczył.
To bolało.
I cholernie mnie wkurzyło.
- Avery.
Jej plecy zesztywniały, jakby były ze stali. Nie odwróciła się do mnie ani nie odezwała, a kiedy przyjrzałem jej się dostrzegłem jej różowe czubki palców od toreb, które nosiła. Trochę pary uciekło z mojego gniewu.
Westchnąłem. – Pozwól mi sobie pomóc.
- Mam to.
- Nie wygląda na to. – Zbliżyłem się. – Twoje palce purpurowieją.
- To nic.
Weszła do mieszkania, a ja wystrzeliłem do przodu. Nie ma do diabła mowy. Nie ucieknie mi.
Zabrałem od niej torbę, a ona drgnęła jak wstrząśnięta. Upuściła torbę. Rozsypały się rzeczy. – Cholera – wymamrotała, schylając się.
Kucnąłem, podnosząc przedmioty, których tak naprawdę nie widziałem. Jej głowa była pochylona, jak złapała butelkę odżywki do włosów i nagle uniosła brodę. Spotkały się nasze spojrzenia. Ciemne worki zakwitły pod jej oczami, smugi, których wcześniej tam nie było. Sypiała w ogóle? Co robiła przez ten czas? Czy tęskniła za mną tak bardzo, jak ja za nią?
Avery odwróciła wzrok, zabierając ode mnie pudełko tamponów. - Jeśli się zaśmiejesz, walnę cię w brzuch.
- Nie ośmieliłbym się pomyśleć o śmianiu.
Nie było również mowy, abym oddał jej resztę rzeczy, ponieważ miałem zamiar wejść do tego mieszkania, a ona będzie ze mną rozmawiała.
Chyba wyczuwając, że nie pozbędzie się mnie, westchnęła ciężko, jakby cały świat miał się na nią zawalić i poszła do kuchni.
Położyła torby na blacie, wyciągając z nich rzeczy. – Nie musiałeś pomagać, ale dziękuję. Naprawdę muszę…
 - Poważnie myślisz, że pozbędziesz się mnie tak łatwo, teraz, gdy już tutaj jestem?
- Mogę mieć tylko nadzieję. – Zatrzasnęła drzwiczki zamrażarki.
- Ha. Zabawne. – Patrzyłem jak wraca do blatu. - Musimy porozmawiać.
Wyciągnęła mrożone dania i wróciła do zamrażarki, zanim powiedziała. – Nie musimy porozmawiać.
- Tak, musimy.
- Nie, nie musimy. – Ani razu na mnie nie spojrzała. -  Jestem zajęta. Jak widzisz, muszę odłożyć zakupy i…
- Okej, mogę pomóc. – Ruszyłem do przodu, kierując się do blatu. – I możemy porozmawiać, kiedy będę ci pomagał.
- Nie potrzebuję twojej pomocy.
- Tak, myślę że tak jakby potrzebujesz.
Zostawiając otwarte drzwiczki zamrażarki, odwróciła się gwałtownie. Zmrużyła oczy, gdy rozchodziło się po kuchni zimne powietrze. – Co to miało znaczyć?
Skąd się to do diabła wzięło? - Nie znaczy to tego, o czym myślisz, Avery. Jezu. Chcę tylko z tobą pogadać. Tylko to próbowałem zrobić.
- Widocznie ja nie chcę rozmawiać z tobą – warknęła, podnosząc paczkę mięsa do hamburgera i wrzuciła ją do zamrażarki. – A ty wciąż tutaj jesteś.
Hola. Gniew swędział moją skórę, jak starałem się utrzymać pod kontrolą mój temperament. – Słuchaj, rozumiem, że się nie cieszysz, ale musisz mi powiedzieć co zrobiłem, żeby tak cię wkurzyć, że nie chcesz ze mną rozmawiać czy nawet…
- Nic nie zrobiłeś, Cam! Po prostu nie chcę z tobą rozmawiać. – Obróciła się, zmierzając do drzwi wejściowych. – Okej?
- Nie, nie jest okej. – Poszedłem za nią do salonu. – Tak ludzie się nie zachowują, Avery. Nie rzucają po prostu osoby czy się przed nią ukrywają. Jeśli jest…
- Chcesz wiedzieć, jak ludzie się nie zachowują? – Wzdrygnęła się i przez moment nic nie powiedziała. – Ludzie również ciągle nie wydzwaniają i nie nękają ludzi, którzy najwyraźniej nie chcą ich widzieć! Co ty na to?
- Nękam cię? To robiłem? – Zaśmiałem się ochryple, nie mogąc pojąć gdzie zaszła ta rozmowa. – Cholernie sobie ze mnie żartujesz? Martwienie się o ciebie jest nękaniem?
Cofnęła się o krok z powiększonymi oczami. – Nie powinnam była tego powiedzieć. Nie nękasz mnie. Po prostu… - urwała, przesuwając rękami po czubku głowy. – Sama nie wiem.
Przyśpieszył mi rytm serca, jak wpatrywałem się w nią. – Chodzi o to, co zobaczyłem, prawda? – Wskazałem na jej ramię. – Avery, możesz…
- Nie. – Jej prawa dłoń od razu objęła bransoletkę, jakby jakoś chciała ukryć to, o czym już wiedziałem. – Nie chodzi o to. Nie chodzi o nic. Po prostu nie chcę tego robić.
Moja cierpliwość dobiegała końca. - Czego robić?
- Tego! – Zamknęła na chwilę oczy, a kiedy je otworzyła był w nich połysk. – Nie chcę robić tego.
Powietrze wyleciało z moich płuc, jakbym został walnięty. - Dobry Boże, kobieto, próbuję tylko z tobą porozmawiać!
Powoli pokręciła głową. – Nie ma o czym rozmawiać, Cam.
- Avery, daj spokój… - Chciałem zbliżyć się do niej, ale zatrzymałem się, kiedy odsunęła się ode mnie. Wyraz, który przeszedł po jej twarzy był po części strachem, a po części dezorientacją, ale to ten strach mnie zatrzymał.
Nie mogłem uwierzyć w to co widziałem. Niemożliwe, żeby mnie się bała, ale wyraz jej twarzy sprawił uczucie, jakbym został postrzelony w serce karabinem.
Ta reakcja była zabójcza. Skrzywdziłem ją w jakiś sposób? Te pytanie na krótko zawitało w moich myślach i znałem odpowiedź. Nie skrzywdziłem jej.
Avery pochyliła brodę, odwracając wzrok.
Moja cierpliwość pękła. - Dobra, wiesz co? Nie zamierzam być objeżdżanym. Pieprzyć to.
W chwili kiedy te słowa wyszły z moich ust, część mnie chciała je wycofać. Druga część chciała wykrzyczeć je znowu z całych sił. Skierowałem się do drzwi i zatrzymałem, przeklinając pod nosem. To co powiedziałem kazało mi się zastanawiać czy byłem cierpiętnikiem.
- Słuchaj, jadę do domu na przerwę zimową. Będę tam i z powrotem, więc jeśli będziesz czegoś potrzebowała... – Dalej patrzyła na mnie tak jak wcześniej i raz jeszcze się zaśmiałem, zdając sobie sprawę, że robiłem z siebie kompletnego dupka. – Ta, niczego nie potrzebujesz.
Wyszedłem na korytarz, a wtedy moje ciało zdawało się zażądać, żebym zrobił z siebie jeszcze większego dupka. Odwróciłem się do niej. Avery nie ruszyła się z miejsca.
- Zostajesz tutaj całkiem sama na całą przerwę, tak? – zapytałem. - Nawet Boże Narodzenie?
Objęła się ramionami i nic nie powiedziała.
Poruszyłem szczęką, powstrzymując się od powiedzenia wielu rzeczy, które nie pomogłyby tej sytuacji. Ale to był koniec. Wtedy zdałem sobie z tego sprawę. Nic nie mogło pomóc tej sytuacji. Nie chodziło o to, że się nie starałem. Avery była w moim życiu w pewnym momencie, a w następnym zniknęła, jakby nigdy jej tam nie było. I tyle.
Ból wybuchł w mojej klatce piersiowej i z zaskakującą jasnością był prawdziwy. Zbyt prawdziwy. – Nieważne – powiedziałem ochryple. – Dobrych świąt, Avery.

Nigdy tak bardzo nie chciałem opuścić domu i wrócić do mojego mieszkania, jak w Boże Narodzenie. Normalnie zostawałem aż do rozpoczęcia wiosennego semestru, ale nie mogłem znieść tych wszystkich pytań.
Gdzie jest Avery?
Jak się ma?
Czy pojechała do domu?
Zadawali te pytania bez końca i ja zastanawiałem się nad tym samym setki razy podczas przerwy. Nie miałem odpowiedzi, a za każdym razem jak podnosiłem telefon, żeby do niej napisać, to powstrzymywałem się. Wyraziła się tak jasno jak to ludzko możliwe, że nie chciała mieć ze mną nic wspólnego.
Cokolwiek mieliśmy, jak krótkie to było, teraz się skończyło.
Dzień po Nowym Roku mój humor wahał się pomiędzy gównianym a gównastycznym. Tego ranka wcześnie spakowałem swoje rzeczy i byłem już przy samochodzie, kiedy Teresa wyszła za mną na zewnątrz.
Zatrzymując się przy masce auta, otuliła się mocniej ciężkim swetrem, gdy wiatr przedzierał się pomiędzy domem a garażem. Sen zamglił jej niebieskie oczy. – Wyjeżdżasz bez pożegnania?
Wzruszyłem ramionami, zamykając drzwi pasażerskie. – Nie chciałem ich budzić.
Odsunęła się, gdy okrążyłem samochód. – Nigdy wcześniej cię to nie zatrzymało.
Nic nie powiedziałem.
- Co się z tobą dzieje, Cam? – zapytała.
- Nie wiem o czym mówisz. – Zerknąłem na nią. – Nie powinnaś mieć butów? Na dworze jest lodowato.
- Klapki są butami. – Zakołysała się na piętach, ściskając mocno swoje ramiona. – A ty nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Ściągając czapkę, przejechałem ręką po włosach i założyłem czapkę z powrotem. Otworzyłem usta i nie miałem pojęcia co zamierzałem powiedzieć, ale okazało się, że nie mam słów. Pustota w moim brzuchu, puste, obolałe uczucie urosło i drżało z taką intensywnością, że nie można go było zignorować.
Moja siostra podniosła wzrok, mrużąc powieki w ostrym, zimnym słońcu. – To Avery, prawda? W ogóle o niej nie mówiłeś. A mama naprawdę myślała, że przyjedzie z tobą do domu, skoro…
- Nie chcę o tym gadać – przerwałem jej, a ona wytrzeszczała oczy. Ostatnią rzeczą, o której chciałem myśleć był fakt, że Avery spędziła Boże Narodzenie – Boże Narodzenie, na miłość boską – samotnie. Nie chciałem jej współczuć. Nic nie chciałem czuć. – Słuchaj, przepraszam. Nie chciałem na ciebie warczeć. Po prostu muszę wrócić do szkoły.
- Po co? – zapytała, marszcząc brwi. – Do rozpoczęcia szkoły masz jeszcze kilka dni.
- Wiem. – Podszedłem do przodu, przytulając ją. Przez chwilę nie poruszała się, po czym odwzajemniła uścisk. Gdy cofnąłem się i otworzyłem drzwi, spojrzałem na nią przez ramię. – Powiedz rodzicom, że później napiszę albo zadzwonię.
Nie odpowiedziała od razu, ale potem potaknęła. – Nic ci nie będzie? Prawda?
Wsiadłem do samochodu, parskając krótkim śmiechem. Oczywiście, że nic mi nie było. Przecież nie mieliśmy z Avery długiej historii i nie miałem względem niej silnych uczuć. Moja atrakcja do niej musiała być zauroczeniem, bo była czymś nowym. Była czymś innym. To wszystko.
- Ta – powiedziałem, uśmiechając się w sposób, który sprawił, że moje usta czuły się dziwnie. – Nic mi nie jest.
Teresa patrzyła na mnie spojrzeniem mówiącym, że wcale mi nie uwierzyła, a ja tak naprawdę nie wierzyłem samemu sobie.

Dopiero co wyszedłem spod prysznica i założyłem parę spodni, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi wejściowych. Wiedząc, że nie mógł być to Ollie, bo nadal przebywał w domu, spodziewałem się zobaczyć Jase’a albo kogoś innego, gdy otworzyłem drzwi.
Stała tam Brittany, jej blond włosy były ściągnięte w krótkiego kucyka, a ręce zaciśnięte pod brodą. Wyglądało na to jakbym przerwał jej modlitwę czy coś.
- Cześć – odezwałem się, nie potrafiąc ukryć zdziwienia. Zastanawiałem się skąd wiedziała, które to moje mieszkanie, a potem przypomniałem sobie, że była tutaj już raz z Olliem, jak połowa damskiej populacji college’u. – Co jest?
Przygryzła dolną wargę, spoglądając za siebie w stronę mieszkania Avery i zacisnęły się więzły w moim brzuchu. Wiedziałem, że Avery była w domu. Jej samochód był na zewnątrz i nie odjechał odkąd wróciłem.
- Nie chciałabym ci przeszkadzać i wyglądasz na… um, zajętego. – Przeciągnęła wzrokiem po moim nagim torsie, a ja uniosłem brwi. – Ale potrzebuję twojej pomocy. Cóż, Avery potrzebuje twojej pomocy.
Poczułem ostre mrowienie rozchodzące się na karku, jak zrobiłem krok do przodu. – Co masz na myśli, że Avery potrzebuje mojej pomocy?
- Jest naprawdę chora. Myślę, że ma grypę – wyjaśniła prędko. – Nie odpowiadała na moje telefony, więc sprawdziłam co u niej i znalazłam ją nieprzytomną w kuchni i…
- Co? – Przeszedłem obok niej, kierując się do drzwi Avery. – Dzwoniłaś po pogotowie?
- Nie. – Brittany pośpieszyła za mną. – To tylko grypa i muszę iść do domu po jakieś lekarstwa, ale nie mogę zanieść jej do łóżka. Jest za ciężka. Więc miałam nadzieję, że ty mógłbyś ją zanieść i może…
Tak naprawdę już jej nie słuchałem. Byłem skupiony tylko na Avery, gdy wszedłem do jej mieszkania. Smród choroby był silny – za silny – i mogłem dostrzec jej okryte dżinsami nogi i bose stopy.
Rzucając się do kuchni, wciągnąłem gwałtownie powietrze. Avery leżała na boku w pozycji embrionalnej z policzkiem przyklejonym do podłogi. Ciemne, spocone włosy czepiały się boku jej twarzy. Co kilka sekund jej ciało drżało i wydobywał się z niej maleńki, ochrypły jęk. Poczułem przypływ niepokoju.
Brittany westchnęła. – Posadziłam ją, zanim wyszłam.
- Jesteś pewna, że nie potrzebujemy pogotowia? – zapytałem, kucając. Ostrożnie zgarnąłem z jej twarzy kosmyki mokrych włosów. Jej rzęsy zadrgały, ale nie otworzyła oczu.
- Dzwoniłam do mojej mamy – jest pielęgniarką. Powiedziała mi, że Avery powinno nic nie być, jak tylko gorączka spadnie i będzie wlewało się w nią płyny, ale muszę iść po jakieś leki.
- Zostanę z nią, kiedy pójdziesz.
Brittany powiedziała coś jeszcze, ale nie słyszałem tego. Ledwo zdawałem sobie sprawę z Brittany biorącej swoją torebkę z kanapy, jak wsunąłem ramię pod Avery.
- Nie – jęknęła, słabo przekręcając się w stronę podłogi. – Zimno… tak dobrze…
- Wiem, ale nie możesz spać na podłodze. – Podniosłem ją, krzywiąc się, kiedy jej gorący policzek wylądował na mojej klatce piersiowej. Boże, była rozpalona. Odwróciłem się, trzymając ją w ramionach, orientując się, że Brittany już wyszła.
Avery wymamrotała coś, odwracając twarz, ale słowa były dla mnie za ciche i zbyt bełkotliwe, żebym zrozumiał.
- Wszystko w porządku – powiedziałem jej, bo nie miałem pojęcia co powiedzieć. – Za niedługo poczujesz się lepiej.
Nie odpowiedziała, gdy zaniosłem ją do jej łóżka. Kiedy ją położyłem, usiadłem i przyjrzałem się bluzce, którą miała na sobie. Obszary wilgotnego materiału kleiły się jej skóry. Były skrawki, które były podejrzliwe i dały mi do myślenia o smrodzie choroby.
- Cholera – powiedziałem.
Rozejrzałem się po pokoju, znajdując parę spodni od pidżamy i bluzkę do spania złożone na komodzie. Rzucając na nią jedno spojrzenie, podjąłem decyzję.
Wiele razy odkąd poznałem Avery wyobrażałem sobie rozbieranie jej. Sama fantazja tego robienia nie dawała mi spać przez wiele nocy. Nie cierpiałem przyznawać, że wciąż tak było, chociaż wiedziałem, że nigdy to się nie wydarzy, przynajmniej nie w sposób, który chciałem.
Rozbieranie jej ze zrujnowanego ubrania wydarzyło się szybciej niż atak serca i nie było fajne. Szczególnie biorąc pod uwagę, że była głównie nieprzytomna i nie była niczym innym jak nieruchomym ciężarem.
Nie zerkałem. Dobra. Mogłem zerknąć na jej różowy, koronkowy biustonosz, ale było to krótkim i zupełnie niewinnym wypadkiem.
Kiedy przebrałem ją już w świeże ubrania, wsunąłem jej nogi pod kołdrę. Dopiero kiedy dostrzegłem bransoletkę, to przypomniałem sobie, że nie spała z nią. Chcąc, żeby było jej wygodnie, zsunąłem ją z jej nadgarstka i położyłem na szafce nocnej.
Wziąłem dwie mokre szmatki z łazienki i namoczyłem je zimną wodą. Gdy wróciłem, nie poruszyła się, ale wciągnęła gwałtownie oddech, jak przytknąłem szmatkę do jej czoła.
Nie wiem ile minęło czasu, ale pierwsza szmatka rozgrzała się i zastąpiłem ją drugą. Avery obróciła się na bok, oplatając ramieniem moje ramię. Tak jakby przytrzymywała mnie tam, lecz dziewczyna miała gorączkę i miała urojenia. Nie wiedziała, co robiła. Kilkanaście razy wymamrotała rzeczy, których nie mogłem zrozumieć. W pewnej chwili uśmiechnęła się, a mnie ścisnęło w piersi.
- Brakuje mi tego – powiedziałem ochryple.
Przysunęła się bliżej i przesunąłem mokry ręcznik na jej policzek. Gdy uśmiech zniknął z jej ust, rozluźniły się więzły w mojej klatce piersiowej.
Brittany wróciła i we dwoje skłoniliśmy Avery do połknięcia leków na grypę i wody. Nie było to ładne. Chora Avery tworzyła niezwykle nieposłuszną Avery.
- Pójdę pootwierać okna i wywietrzyć smród. Posprzątam kuchnię i w ogóle. – Brittany zatrzymała się przy drzwiach. – Nie musisz zostawać, wiesz, jeżeli nie chcesz.
Nie powinienem zostawać. Zrobiłem dobry uczynek dnia, a gdyby Avery się obudziła i zobaczyła mnie tutaj, to zapewne oskarżyłaby mnie o bycie dziwakiem. Przygryzając wnętrze powietrza, jak jeszcze jeden cichy jęk dosięgnął moich uszu, odwróciłem się do niej. Pod szybko rozgrzewającą się szmatką, jej czoło zmarszczone było w dyskomforcie. Jej ciało nadal opierało się o moje, a te jedno ramię nadal obejmowało moje ramię.

Poprawiając szmatkę, wiedziałem, że nigdzie się nie wybieram. – Zostanę.

Siedemnaście

Początkowo patrzenie na Avery z moją siostrą było bolesne. Cukierek była niemal nieznośnie nieśmiała, a moja siostra, niech ją Bóg błogosławi, musiała przeprowadzać ją przez niemal każdą rozmowę, łagodnie ją wprowadzając. Ale ostatecznie się zrelaksowała, rozmawiając z Teresą o tańcu i nawet zgłosiła się do pomocy mojej siostrze w przygotowaniu obiadu.
W chwili kiedy zostaliśmy z tatą sami, odwrócił się do mnie na leżance, uśmiechając się lekko. – To dobra dziewczyna, Cameronie.
- Wiem.
- Naprawdę dobrą dziewczyną.
Zerknąłem na niego, unosząc brwi. – Wiem.
Tata przyglądał mi się, ten dziwny uśmiech dalej tańczył na jego ustach. – Umówiła się z tobą w końcu?
Zadrgały mi usta. – A jak myślisz?
- Myślę, że znam odpowiedź. – Tata odchylił głowę. – Spotykacie się ze sobą?
- Nie. Powiedziałem tobie i mamie prawdę. Ona nie jest moją dziewczyną. – Zamilkłem, myśląc o rozmowie, którą podsłuchałem dzisiejszego poranka między mamą i Avery. Mógłbym przywieźć ją tutaj na Boże Narodzenie i mogłaby już wtedy być moją dziewczyną. – Jeszcze.
Tata wyglądał, jakby miał się zaśmiać, ale tego nie zrobił. Otwierając oczy, odwrócił głowę i spojrzał na mnie. – Powiedziałeś jej o tym, co się stało?
Zacisnęły się mięśnie w moim brzuchu. Wiedziałem o czym mówił, ale nie odpowiedziałem.
Tata westchnął. – Chłopcze, wiesz jak czuję się z tym co się stało. Czy koniecznie to właśnie trzeba było zrobić? Nie. Ale gdybyś ty tego nie zrobił, to byłbym to ja. Lecz musisz jej powiedzieć, jeżeli masz co do niej poważne zamiary. Tajemnice są… cóż, czasami są konieczne, a czasami zabijają rzeczy zanim te mają szanse wyrosnąć. Rozumiesz, co mówię?
Pokiwałem głową, ale patrząc w miejsce, gdzie zniknęły Avery i moja siostra, poczułam zaciskające się węzły niepokoju w brzuchu. Wiedziałem, że nie tylko ja miałem tajemnice.

Brakowało mi dziesięciu sekund do zabrania komórki mojej siostry i rzucenia nią przez pokój podczas obiadu Dziękczynnego. Nałożyłem na swój talerz kolejną porcję ziemniaków. – Do kogo wciąż piszesz?
Teresa uśmiechnęła się ironicznie. – Nie twoja sprawa.
Wygiąłem brew. - Jestem twoim bratem, to moja sprawa. Mamo… - urwałem, patrząc przez stół. - Powinnaś powiedzieć swojej córce, że niegrzecznie jest pisać przy stole.
Mama posłała mi oschłe spojrzenie. – Nikogo to nie boli.
Cóż, to była żadna pomoc. Szturchnąłem kolanem Cukierka i nie po raz pierwszy. – Boli moją duszę – mruknąłem do niej.
Avery przewróciła oczami, odpychając moją nogę.
- Smutne. – Teresa położyła komórkę na swoich kolanach.. – Więc, Avery, jak znalazłaś się w Zachodniej Wirginii?
Przekopała łyżką swoje puree ziemniaczane. - Chciałam pojechać do innego miejsca. Moja rodzina pochodzi z Ohio, więc Zachodnia Wirginia zdawała się dobrym miejscem.
- Muszę być szczera, ja bym wybrała Nowy Jork albo Florydę, albo Wirginię, lub Maryland, lub… - Opuściła wzrok, kiedy jej telefon zaćwierkał i wzięła go w dłoń.
Zmrużyłem oczy, szturchając kolano Avery. Ciekawy z kim mogła gawędzić moja siostra, udałem, że sięgam po indyka, ale zamiast tego złapałem komórkę.
- Hej! – krzyknęła Teresa. – Oddaj ją!
Unikając jej łapczywych rąk, pochyliłem się do Avery, przesuwając spojrzeniem po ekranie. Murphy? Co do cholery? – Kim jest Murphy?
- To nie twoja sprawa! Boże. – Teresa wyciągała rękę po telefon. – Oddaj mój telefon.
- Oddam, kiedy powiesz mi kim jest Murphy? Chłopak?
Czerwone policzki były wystarczającą odpowiedzią. Przyznaję, że nie oczekiwałem, iż moja siostra będzie na zawsze singielką, ale nie była z nikim na poważnie od tamtego gnojka.
Usiadła gwałtownie na miejscu, zakładając ramiona. – Mamo.
- Cam, oddaj jej telefon – rozkazała, a kiedy nie ustąpiłem, jej uśmiech napiął się w sposób, w który był dla niej rzadki. – Poznaliśmy Murphy’ego. Jest naprawdę dobrym chłopcem.
Byłem pewien, że tak wszyscy mówili o gnojku.
- Jest naprawdę miły i lubię go – powiedziała cicho Teresa.
Prychnąłem. – To nic nie mówi…
- Nie jest Jeremym – wtrącił tata. – Oddaj jej telefon.
Avery wpatrywała się w swój talerz, a gdy jej dłoń wylądowała na moim udzie, nagle nie myślałem już o Jeremym Gnojku czy telefonie Teresy.
Jej ręka była na moim udzie, tak blisko miejsca, gdzie chciałem aby była i w tej chwili, nazwijcie mnie jak chcecie, ale nie obchodziło mnie, że to był obiad Dziękczynny. Gdyby tylko przesunęła rękę w…
Avery wyrwała mi z rąk komórkę.
A niech ją szlag. – Hej, to było nie fair.
Uśmiechnęła się do mnie, wyciągając się obok mnie i podając komórkę Teresie. – Sorki.
- Dziękuję – powiedziała, uśmiechając się do Cukierka jakby była mesjaszem telefonów komórkowych.
Rzuciłem jej bardzo obiecujące spojrzenie i odwróciłem się do Teresy. - Chcę poznać tego Murphy’ego.
Moja siostra westchnęła, ale ustąpiła. – Dobrze. Daj mi znać kiedy.
Nie miałem pojęcia, co myślała o tym Cukierek i dopiero jak wróciła rozmowa wiedziałem, że ta cała sytuacja musiała być dla niej dziwna. Pomyślałem o tym co tata powiedział o tajemnicach i dzisiaj było mnóstwo momentów, żeby poruszyć ten temat, ale żaden z nich nie wydawał się właściwy.
Jak wyjaśniasz dziewczynie, z którą umówienie zajęło ci kilka miesięcy, że pobiłeś nastolatka do śpiączki? Tego nie poruszało się na obiedzie.
Ale tata miał rację. Musiałem jej powiedzieć.
Musiałem.

Kiedy opuściłem moją sypialnię tego wieczora, żeby iść do Avery, to naprawdę miałem zamiar z nią porozmawiać. Czułem się tak jak kiedyś, kiedy grałem w piłkę nożną, gdy tuż przez rozpoczęciem meczu mój żołądek mieścił się gdzieś między moimi kolanami a tyłkiem.
Zamykając za sobą drzwi mojej sypialni tak cicho jak cholerna mysz w wigilię, podskoczyłem dobry metr, jak usłyszałem swoje imię.
- Cam – szepnęła Teresa, wysuwając głowę zza drzwi kilka metrów dalej w korytarzu. – Masz chwilę?
- Jasne. – Zerknąłem na drzwi Cukierka, po czym zmusiłem się do odsunięcia się od nich. – Co jest?
- Chcę ci tylko powiedzieć, że Murphy nie jest moim chłopakiem. – Teresa założyła ramiona na brzuchu. – Jest tylko dobrym przyjacielem i byliśmy na kilku randkach, ale to nie tak.
Zalała mnie ulga. Chciałem, żeby Teresa poczekała do trzydziestki i wiedziała jak poradzić sobie z naładowanym pistoletem zanim zaczęłaby znowu się umawiać. – Cieszę się to słyszeć.
Skinęła głową, wypuszczając cichy oddech. – Ale jeśli wciąż chcesz go poznać, to mogę to zorganizować.
- Chciałbym. – Nie ma powodu, żeby nie napędzić stracha „dobremu przyjacielowi”.
Kołysała się na piętach okrytych skarpetkami, wpatrując się we mnie. – Tak w ogóle, to naprawdę lubię Avery. Jest taka słodka i śliczna. I mądra, co sprawia, że mam wątpliwości, dlaczego jest tutaj z tobą. – Błysnęła szybkim uśmiechem. – Naprawdę ją lubię.
Zadowoliła mnie zmiana tematu. – Jest taka. Cieszę się, że ją lubisz.
- Tak więc ma moją aprobatę. – Teresa wróciła do swojej sypialni, zatrzymując się. Wyglądała jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale pokręciła głową. – Dobranoc.
Czekałem, dopóki nie byłem niemal 100 procentowo pewien, że moja młodsza siostra nie przyłapie mnie na wkradaniu się do pokoju Cukierka, po czym zapukałem do jej drzwi tak cicho jak mogłem i otworzyłem do połowy drzwi.
Wszystkie myśli o nocnym wyznaniu wyleciały przez okno.
Podpierając się na łokciach Avery Morgansten była pieprzenie niezapomnianym widokiem. Włosy spływały po jej ramionach, a twarz przechylała się na bok. Było coś figlarnego w spojrzeniu, które mi wysłała, po części uwodzicielskość, a po części naiwność. Wiedziałem, że nie miała pojęcia jak cholernie dobrze wyglądała tam leżąc, co robiło z niej jeszcze seksowniejszą.
- Hej – powiedziałem.
- Cześć. – Jej głos był ledwie głośniejszy od szeptu.
- Chciałem powiedzieć dobranoc. – Kompletna nieprawda, ale nie mogłem sobie przypomnieć dlaczego tutaj przyszedłem poza tym, że chciałem ją zobaczyć.
Zacisnęła ręce na kołdrze. – Już powiedziałeś mi dobranoc.
- Powiedziałem. – Wsunąłem się do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Ciągnęło mnie do niej jak ołówek do papieru. – Ale nie powiedziałem. Nie w sposób, w który chcę powiedzieć dobranoc.
O mój Boże, miej nade mną litość…
Jej cichy wydech był moją zgubą, ale kiedy podszedłem do jej łóżka i usiadłem obok niej, wiedziałem, że zawsze będę przy niej zgubiony. A ona nie miała bladego pojęcia.
Przesunąłem wzrokiem po jej uniesionej twarzy, pochłaniając jej lekko zarumienione policzki i rozchylone usta, w dół do miękkich krągłości pod cienką koszulką, którą miała na sobie. – Cieszę się, że zdecydowałaś się tutaj przyjechać.
Jej oczy były niewiarygodnie rozszerzone, kiedy spotkały się z moimi. – Ja też.
- Naprawdę? – Pochyliłem się nad nią, kładąc rękę po drugiej stronie jej bioder. – Czy właśnie to przyznałaś?
Jej usta uniosły się w kącikach. - Ta, tak jakby.
Moje ciało podążyło za tym leciutkim uśmiechem, przyciągając mnie do niej, aż zwisała nad nią górna połowa mojego ciała. - Chciałbym mieć telefon by móc nagrać ten moment.
Jej klatka piersiowa uniosła się gwałtownie, jak podniosła spojrzenie do moich oczu. – Ja… cudownie się bawiłam.
- Ja również. – Wziąłem oddech, którego nie potrzebowałem. – Więc jak myślisz, co będziesz robić na przerwie zimowej?
Oblizała dolną wargę, a mnie przeszyła dzika strzała pożądania. – Nie wiem. Myślałam, żeby pojechać do D.C. w jeden dzień. Chcę zobaczyć Smithsonian i National Mall. Nigdy tam nie byłam.
- Hmm, mogłoby być fajnie. – W moim umyśle pojawiało się wiele innych pomysłów, które również mogłyby być fajne. - Mogę być twoim przewodnikiem.
Uśmiech powiększył się o ciupkę. – Byłoby… byłoby fajnie.
- Byłoby. – Nieświadomie przysunąłem się na tyle blisko, że mój oddech drażnił jej zaczerwieniony policzek. – Wybierz datę.
- Teraz?
- Teraz.
- Drugi stycznia – powiedziała od razu i z jakiegoś powodu ten jej rumieniec jeszcze bardziej się pogłębił. – Będziesz wtedy dostępny?
Uniosłem usta. - Będę dostępny kiedykolwiek będziesz chciała. – Serce zaczęło walić w mojej piersi, gdy jej uśmiech się rozszerzył, stając się olśniewającym. Wiedziałem, że nie przyszedłem tutaj po to, ale zamierzałem ją pocałować. Nic mnie nie zatrzyma. - Zgadnij co, Avery?
- Co?
- Pamiętasz jak powiedziałaś, że dobrze się bawiłaś? – Przekrzywiłem głowę tak, że moje usta zawisły nad jej wargami. – Będzie lepiej.
- Tak? – szepnęła.
Nosem musnąłem jej nos. – O tak.
- Zamierzasz znowu mnie nie pocałować?
- Właśnie to zamierzam zrobić.
Długie rzęsy upstrzone czerwienią opadły, gdy dotknąłem wargami jej ust. Był to taki delikatny pocałunek, ale w moich żyłach był jak trzask pioruna. Opuszczając swój ciężar na drugie ramię, rozłożyłem palce na jej policzku, przyciskając pocałunek do kącika jej ust, a potem drugiego.
Przesuwając dłonią po jej szyi, posmakowałem skóry jej szczęki, ciała pod uchem. Przeszedł przeze mnie głęboki chichot, kiedy zadrżała. Gdy raz jeszcze przycisnąłem wagi do miejsca pod jej uchem, poruszając językiem, wydała dźwięk, który wyrzucił myśli z mojej głowy.
- Dobranoc, Avery.
Pocałowałem ją, naciskając wargami na jej usta, dopóki ich nie otworzyła, wpuszczając mnie do środka. Smak jej skóry zapoczątkował głęboko we mnie ogień ale uczucie ciepłego wnętrza jej ust rozpaliło szalejący ogień. Nie miałem dość jej ust, jej pocałunków czy cichy, ochrypłych dźwięków, które wydawała.
Jęknąłem, wysuwając spod niej rękę i układając ją na plecach. Jej ciało od razu zesztywniało i wiedziałem, że muszę zwolnić. Ostatniej rzeczy, jakiej chciałem to żeby ją przestraszyć.
Boże, to była ostatnia rzecz.
Obejmując jej policzek, delikatnie ją całowałem, dopóki jej ciało się nie rozluźniło a wtedy, cholernie mnie szokując, jej mała ręka wylądowała pod moją koszulką, przyciskając się do nagiej skóry mięśni.
Tak jakbym został napiętnowany.
Żar przepłynął moimi żyłami, gdy ciało drgnęło odruchowo. Powietrze wyleciało z moich płuc. Chciała mnie dotykać? Cholera jasna, mogła mnie dotykać. Odsunąłem się i zdjąłem bluzkę przez głowę.
Usta Avery rozchyliły się i przesunęła spojrzeniem po moim torsie, tatuażu, a potem w dół. To był jak dotyk, ale jeszcze lepsze. Paliło mnie ciało, żeby jej dotknąć.
Zsunąłem z niej kołdrę i położyłem ręce po obu stronach jej głowy, wsuwając je do jej włosów. Jakaś prymitywna część przejęła nade mną kontrolę, kiedy przycisnęła ręce do mojego brzucha. Napięło się całe moje ciało.
Opuściłem czoło na jej czoło. – Nie masz pojęcia, co mi robisz.
Wciągnęła głęboki wdech, jak opuściłem na nią ciężar. Uczucie jej miękkości pode mną przyspieszyło moje tętno jakbym przebiegł kilometr po piasku. Zacisnąłem szczękę, gdy przesunęła się pode mną, rozchylając uda i pozwalając naszym ciałom się spotkać.
- Cholera – warknąłem, czując wstrząsający mną dreszcz.
Łapiąc jej usta w pocałunku, który przypalił mi skórę, powoli przycisnąłem do niej biodra. Cholera przyjemność przeszła po moim kręgosłupie. Chciałem się w niej zatopić, całkowicie się w niej zatracić. Jej ręce złapały mnie po bokach, kiedy przywierałem do niej biodrami, sunąc dłonią po jej szyi, kształcie piersi i niżej. Zahaczyłem jej udo o moje biodro, przyciskając się do niej głębiej. Nasze ciała się poruszały i jej słodki, cichy jęk odbijał się echem w mojej głowie.
- Lubię ten dźwięk. – Pchnąłem biodrami do przodu, a ona znowu jęknęła. – Poprawka. Uwielbiam ten pieprzony dźwięk.
Nie wiem co w niej takiego było, może wszystko, ale nigdy wcześniej z nikim nie było to takie przyjemne, takie silne i intensywne. Nawet nie mój pierwszy raz, kiedy czułem się jakbym zeskoczył ze stupiętrowego budynku.
Splotłem z nią palce, jak jej język otarł się o mój własny, zabierając mnie do prawie bolesnego punktu, gdzie była dobra szansa, że zaraz się ośmieszę. Wiedząc o tym, dalej nie mogłem przestać. Przesunąłem dłonią po jej ręce, wsuwając się pod rękaw po delikatnej skórze i…
Moja ręka znieruchomiała, gdy palce dotknęły skrawka szorstkiej, wypukłej skóry. Połowa mojego mózgu istniała na poziomie penisa, ale przejęła kontrolę ta druga. Podążyłem tą ścieżką skóry, w osłupieniu orientując się, że tworzyła cienką, prostą linię do środka jej nadgarstka – nadgarstka, którego zawsze zakrywała bransoletką.
Nie. Cholernie niemożliwe.
Moje serce dosłownie się zatrzymało, kiedy podniosłem głowę, patrząc w jej nieskupione oczy.
- Cam? – zapytała cicho, wiercąc się pode mną.
Odwróciłem jej ramię i na nie spojrzałem. Nie można było pomylić głębokiej blizny, która przebiegała kilka cali wzdłuż jej żyły. Przesunąłem po niej kciukiem, zdając sobie sprawę, że te nacięcie – o Boże, te nacięcie – musiało być poważne.
Ból powstał w mojej klatce piersiowej, wlewając się w żyły. Napięły mi się mięśnie. Chciałem zetrzeć tę bliznę, zetrzeć cokolwiek ją spowodowało, ponieważ wiedziałem, że to ona musiała ją sobie zrobić.
- Avery…? – Spojrzałem jej w oczy. Ledwo co mogłem oddychać. – Och, Avery, co to jest?
Minęła chwila albo dwie, kiedy wpatrywała się we mnie, krew odpływała z jej twarzy i nagle wyrwała mi ramię. Wysunęła się spode mnie, zsuwając rękaw z taką siłą, iż myślałem, że go rozedrze.
- Avery… - Odwróciłem się do niej, wyciągając rękę.
- Proszę – wyszeptała, przesuwając się na koniec łóżka. – Proszę wyjdź.
Odsunąłem rękę z okropnym uczuciem w żołądku. – Avery, porozmawiaj ze mną.
Jej całe ciało drżało, jak potrząsnęła głową.
- Avery…
- Wyjdź! – Zeskoczyła z łóżka, cofając się jak ranne, uwięzione zwierzę. – Po prostu wyjdź.
Każdy instynkt domagał się abym nie wychodził, ale nie potrafiłem znieść dzikiego, przerażonego spojrzenia w jej oczach. Podszedłem do drzwi i zatrzymałem się, próbując raz jeszcze. - Avery, możemy porozmawiać…
- Wyjdź. – Jej głos się załamał. – Proszę.
Napięły się mięśnie moich pleców na załamany dźwięk jej głosu. Zrobiłem to, o co prosiła. Nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że tego chciała ona.

Wyszedłem.

Szesnaście

- Dziewczyna?
Gapiłem się na sufit mojej sypialni. – Tak, mamo, dziewczyna.
Nastało milczenie po drugiej stronie połączenia. – Dama?
- Tak.                     
- Prawdziwa, żywa kobieta? – zapytała.
- Przeciwna sztucznej, martwej kobiecie?
Mama mnie uciszyła. – Naprawdę przywieziesz dziewczynę do domu?
Zacząłem marszczyć brwi. – Dlaczego brzmisz na taką zszokowaną?
- Nigdy nie przywozisz dziewczyny do domu, Cameronie. Ty… poczekaj. Kochanie! – Przerwał jej szelest, a potem. – Kochanie, Cameron przywozi na Dziękczynienie prawdziwą, żywą dziewczynę! Możesz w to uwierzyć? Nie. Nie mogę – co…?
- O mój Boże – jęknąłem, zamykając oczy. Może to nie był dobry pomysł.
Jej głos był bliżej słuchawki. – Twój ojciec chce wiedzieć czy jej imię to Avery?
Położyłem rękę na oczach. – Tak, jest, ale ona jest tylko przyjaciółką. Naprawdę, mamo. Jest jedynie przyjaciółką, więc nie zachowuj się jak dziwak, kiedy ją poznasz i nie zacznij planować naszego ślubu.
- To trochę obraźliwe. – Fuknęła. – Nie zaczęłabym planować waszego ślubu, dopóki nie przywiózłbyś ją do domu na Boże Narodzenie.
Zaśmiałem się. – Zapamiętam to.
Po absurdalnej ilości czasu przekonywania mamy, a potem taty, że Avery naprawdę była tylko przyjaciółką i zmuszania się, żeby nie popełnić rodzicobójstwa, rozłączyłem się i rzuciłem telefon na poduszkę obok mnie.
Wolny uśmiech rozciągnął moje usta, jak wyobraziłem sobie Cukierka w domu z moimi rodzicami.
Wysokie chichoty dochodziły z salonu mieszając się z szorstkim, niskim śmiechem Olliego. Nawet nie musiałem zgadywać co tam się działo.
Jęcząc, wyciągnąłem poduszkę spod głowy i przyłożyłem ją do twarzy, próbując zagłuszyć dźwięk. Było wystarczająco źle, że byłem w ciągłym stanie twardości. Nie potrzebowałem amatorskiego porno, które miało zajść w salonie.
Byłem jej pierwszym pocałunkiem.
Duma powiększyła się w mojej piersi, a inne części ciała podążały za tą reakcją, co nie pomagało. Po naszej randce spędziłem większość nocy z ręką zaciśniętą na penisie. Właściwie to każdej następnej nocy. Bycie przy niej niczego nie ułatwiało, ale nie mogłem trzymać się od niej z daleka. Doprowadzało mnie do szaleństwa nie pocałowanie jej znowu.
Jak tylko uspokoiło się trochę w salonie, wysunąłem głowę spod poduszki. Naprawdę miałem nadzieję, że to co Ollie robił z tym kimś nie działo się na kanapie.
Musiałem siedzieć na tej rzeczy.
Obracając się na bok, wziąłem telefon. Kazałem sobie tego nie robić, ponieważ zobaczę ją jutro, kiedy wyjedziemy do mojego domu, ale byłem frajerem, dlatego też nie mogłem się powstrzymać i do niej napisałem.
Hej.
Odpowiedź była niemal natychmiastowa. Hej tobie.
Moje usta uniosły się w kącikach. Co porabiasz?
Czytam twoją wiadomość. Po chwili przyszła następna wiadomość. Również czytam na przód historię.
Parsknąłem śmiechem. Głupek.
Dupek.
Kładąc się na plecach, wysłałem jej kolejną wiadomość. Przyznaj to.
Przyznać co?
Jesteś podekscytowana jutrem.
Minęła jakaś minuta i usiadłem, marszcząc czoło. Nareszcie nadeszła odpowiedź. Jestem.
Zabrało ci to tak długo? Odesłałem. Wstyd.
LOL. Sorki. Pomyślałam, że trochę cię podręczę.
Potrząsając głową, zsunąłem nogi z łóżka i podszedłem do drzwi sypialni, zerkając na zewnątrz. Salon był ciemny, ale nie pusty. Dwa kształty leżały splątane na prowizorycznym posłaniu zrobionym z poduszek i koców. Krzywiąc się, okrążyłem ich.
Wysłałem jej jeszcze jedną wiadomość. Puk. Puk.
Gęsia skórka pojawiła się na mojej nagiej klatce piersiowej, jak wyszedłem na korytarz. Moja komórka zadzwoniła i spojrzałem na nią. Westchnienie. Kto tam?
Uśmiechając się jak idiota, pośpieszyłem do jej drzwi i zastukałem w nie knykciami.
Jakieś dziesięć sekund później drzwi otworzyły się szeroko. Stała tam Avery z iPhone’em ściśniętym w prawej ręce. Otworzyła usta, po czym zamknęła je i zacisnęła wargi.
Oparłem się o framugę, uśmiechając się bezwstydnie, gdy jej wzrok przesunął się po moich mięśniach brzucha, a potem klatce piersiowej, zatrzymując się na tatuażu słońca. – Hej, dziewczyno, hej…
Wybuchła śmiechem, cofając się o krok. – Jesteś… o mój Boże.
- Jestem seksowną bestią, wiem. W każdym razie jest jeszcze coś, co chcę abyś przyznała.
Obejmując się swoim sweterkiem, wpatrywała się we mnie, przyciskając do siebie stopy zakryte skarpetkami. – Nie jest ci zimno?
- Jestem zbyt gorący, żeby było mi zimno.
Wywróciła oczami. – Co chcesz, żebym przyznała?
Błysnąłem szybkim uśmiechem, po czym wystrzeliłem do przodu, poruszając się prędko. Jej pierś uniosła się gwałtownie, a usta rozchyliły, jakby oczekiwała pocałunku. Zbliżając się zobaczyłem jej opadające rzęsy i wezbrał się we mnie głód.
Ale nie pocałowałem jej ust. Cholera, w tej chwili chciałem tego bardziej niż czegokolwiek, lecz wiedziałem, że nie mogę się śpieszyć z moim małym Cukierkiem.
Więc pocałowałem ją w czubek nosa.
Avery odsunęła się, otwierając oczy i szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz. Wydobył się z niej cichy, lekki chichot i wiedziałem, że zrobiłbym mnóstwo okropnych rzeczy, aby znowu usłyszeć ten dźwięk.
- Przyznaj – powiedziałem ochryple. – Podobało ci się to.
Z tańczącymi oczami i zarumienionymi policzkami, przekrzywiła głowę na bok. – Podobało.
Dopiero kiedy wróciłem do własnego łóżka, zdałem sobie sprawę, że bransoletka którą zawsze nosiła na lewym nadgarstku była nieobecna.

Chichocząca dziewczyna z wczoraj dzisiaj zniknęła. Przez ostatnią godzinę naszej podróży obgryzała paznokcia tak długo, że zastanawiałem się ile z niego pozostało.
- Jesteś pewien, że twoim rodzicom nie będzie to przeszkadzać? – zapytała po raz setny i przytaknąłem po raz setny. - Zadzwoniłeś do nich i zapytałeś, prawda?
Rzucając jej spojrzenie z ukosa, nie mogłem się powstrzymać, żeby nie podroczyć się z nią. – Nie.
- Cam! – pisnęła.
Roześmiałem się. – Żartuję. Wyluzuj, Avery. Powiedziałem im dzień po tym jak powiedziałaś, że pojedziesz. Wiedzą, że przyjedziesz i są podekscytowani żeby cię poznać.
Spiorunowała mnie wzrokiem, znowu zaczynając obgryzać paznokieć kciuka. – To nie było zabawne.
- Tak, było.
- Dupek – mruknęła.
- Głupek.
Uniósł się jeden kącik jej ust. – Palant.
- O. – Gwizdnąłem. – Walka na słowa. Trzymaj tak dalej i zawrócę auto.
- Brzmi jak dobry pomysł.
- Byłabyś zrozpaczona i we łzach. – Wyciągnąłem rękę, odciągając jej dłoń od ust. – Przestań to robić.
- Sorry. To zły nawyk.
- Prawda. – Splotłem palce z jej palcami i położyłem nasze złączone dłonie na moim udzie, trzymając je tam.
Żeby odwrócić jej uwagę, zacząłem mówić o recitalu, który miała dzisiaj moja siostra. Teresy nie będzie w domu do jutrzejszego poranka. Zmiana tematu wydawała się zadziałać. Prawdę powiedziawszy, jak dotarliśmy do wąskich uliczek mojego rodzinnego miasta, to ja byłem zdenerwowany.
Nie przyprowadziłem dziewczyny do domu od liceum i szczerze, tamte razy się nie liczyły. Nie w taki sposób.
Zerknąłem na Avery, gdy stanęliśmy na czerwonym świetle. Patrzyła na trzepoczącą na wietrze flagę WVU, jej ręka nadal była ukryta w mojej.
- Trzymasz się tam? – spytałem, ściskając jej dłoń.
- Tak. – Odwzajemniła uścisk.
Miałem sucho w gardle, dojeżdżając do prywatnej drogi prowadzącej do mojego domu. Kątem oka obserwowałem jej reakcję.
Jej oczy powiększyły się, jak uwolniła rękę i pochyliła się do przodu. Mama już zdążyła wyciągnąć niektóre dekoracje świąteczne. Duże zielone wieńce wisiały na drzwiach wejściowych i oknach na drugim i trzecim piętrze.
Zaparkowałem obok garażu i odwróciłem się do Cukierka, uśmiechając się lekko. – Gotowa?
Krótki przebłysk paniki na jej twarzy spowodował, że obawiałem się, iż ucieknie do lasu, ale wtedy skinęła głową i wysiadła. Gdy sięgnęła do tyłu, żeby wziąć swoją torbę, ja ją wziąłem.
- Mogę ją nieść – powiedziała.
Spojrzałem na torbę, którą przerzuciłem przez ramię. - Poniosę ją. Poza tym myślę, że wzór różowych i niebieskich kwiatów wygląda na mnie wspaniale.
Zaśmiała się nerwowo. - Jest na tobie bardzo twarzowy.
- Tak myślałem. – Poczekałem, aż Cukierek do mnie podejdzie i skierowałem się kamienną ścieżką. Weszliśmy na przykryte patio, mijając wiklinowy mebel, którego tata jeszcze nie schował. Jedno spojrzenie na Avery i skrzywiłem się. – Wyglądasz, jakbyś miała dostać ataku serca.
- Tak źle?
- Blisko. – Zbliżając się do niej, odsunąłem samotny kosmyk włosów i pochyliłem się, podchwycając jej spojrzenie. – Nie masz żadnego powodu, żeby być zdenerwowaną, dobrze? Obiecuję.
Jej wzrok przeskoczył z moich oczu do ust. – Dobrze.
Trudno było oprzeć się pragnieniu, aby nakryć jej usta i posmakować słodyczy, która była u niej unikalna, ale to zrobiłem. Odwracając się, otworzyłem drzwi i spotkałem się z zapachem jabłek. Zaburczało mi w brzuchu. Lepiej, żebym wyczuwał ciasto.
Poprowadziłem zdumioną Avery pomiędzy stołem do bilardu i cymbergajem do schodów. Jej spojrzenie rzucało się wszędzie, nie omijając żadnej rzeczy. Miałem nadzieję, że podobało jej się to, co widziała, co było dziwne, bo nic z tego nie było moje.
- Oto jaskinia człowieka – powiedziałem jej, prowadząc ją do schodów. - Tata spędza tutaj na dole dużo czasu. Tu jest stół do pokera, przy którym skopał mi tyłek.
Uśmiechnęła się nieznacznie. – Podoba mi się tutaj.
- Mi również. – Zawahałem się u podnóża stopni. – Mama i tata pewnie są na górze…
Potaknęła, cicho podążając na mnie po schodach i przez liceum. Na stoliku porozrzucane były czasopisma. Zapewne niedawno Teresa zaprosiła tutaj przyjaciół.
- Salon – powiedziałem, przechodząc pod sklepionym przejściem. – A to jest drugi salon albo jakiś pokój, w którym nikt nie siedzi. Może to pokój dzienny? Kto wie? A to formalna jadalnia, której nigdy nie używamy, ale ma…
- Używamy jadalni! – krzyknęła mama. – Może raz czy dwa w roku, kiedy mamy towarzystwo.
- I rozbijamy „dobre naczynia” – powiedziałem, spoglądając na Avery.
Stanęła jak wryta przy końcu stolika z pobladłą twarzą. Obróciłem się, chcąc jej to ułatwić, ale nie byłem pewien jak, a wtedy mama weszła do pokoju, wsuwając kosmyk włosów z powrotem do kucyka.
Mama ruszyła prosto w moim kierunku, łapiąc mnie w uścisku, zanim mógłbym się ruszyć. – Nawet nie wiem gdzie są „dobre naczynia”, Cameronie.
Zaśmiałem się. – Gdziekolwiek są, pewnie ukrywają się przed papierowymi talerzami.
Mama roześmiała się, odsuwając się i przytrzymała się moich ramion. – Dobrze mieć cię w domu. Twój ojciec zaczyna działać mi na nerwy z całą swoją gadaniną o polowaniu. – Jej wzrok przeniósł się na Avery i jej uśmiech się powiększył. – A to musi być Avery?
- O Boże, nie – powiedziałem. – To jest Candy, mamo.
Kolor rozszedł się po jej policzkach, jak cofnęła się, opuszczając ręce. – Uch, ja…
- Jestem Avery – odezwała się Cukierek, rzucając mi miażdżące spojrzenie, które sprawiło, że zachciałem ją pocałować. – Dobrze pani zapamiętała.
Mama obróciła się, waląc mnie w ramię. Zakłuła mnie skóra. – Cameron! O mój Boże, myślałam… - Raz jeszcze mnie walnęła i zaśmiałem się. – Jesteś okropny. – Kręcąc głową, odwróciła się do Avery. – Musisz być cierpliwą młodą damą, żeby przetrwać podróż z tym idiotą.
Cukierek zamrugała, po czym parsknęła śmiechem. Oczywiście, że śmiała się z tego. – Nie było tak źle.
- Och. – Mama spojrzała na mnie przez ramię. – I jest dobrze wychowana. To nic. Wiem, że mój syn jest… niesforny. Przy okazji, możesz mówić do mnie Dani. Wszyscy tak robią.
Mama przytuliła Cukierka zanim biedna dziewczyna mogłaby zorientować się co ją czeka i nie wiem dlaczego, ale widzenie je razem zrobiło coś dziwnego z moją klatką piersiową. Serce zaczęło mi głośno walić, kiedy Avery zdawała się rozluźnić, oplatając ramionami moją mamę.
- Dziękuję za pozwolenie mi na przyjazd – powiedziała Cukierek.
- To żaden problem. Uwielbiamy mieć towarzystwo. Chodź, poznasz faceta, który myśli, że jest moją lepszą połówką. I dobry Boże, z góry przepraszam, jeśli zacznie z tobą rozmawiać o tym ile jeleni planuje upolować w ten weekend.
Patrzyłem jak mama przejęła kontrolę, oprowadzając Cukierka po domu, a moje serce nadal nie przestało walić jak młotek w uparty gwóźdź.
Cukierek spojrzała przez ramię, odnajdując mój wzrok i uśmiechnęła się, jak spotkały się nasze spojrzenia. Puściłem oko i…

I jej uśmiech się powiększył.

Piętnaście


Kiedy Brittany osaczyła mnie na zewnątrz zarządzania sportem w następną środę, naprawdę nie miałem pojęcia, czego chciała.
- Możemy pogadać? – zapytała, okryta neonoworóżową bluzą z kapturem. Krótkie kosmyki blond włosów obramowały jej twarzy.
- Jasne. – Zaprowadziłem ją do jednej z pustych ławek. – Z Avery wszystko okej?
Jej usta uniosły się w kącikach, jak pochyliła się do przodu. Słaby zapach dymu pozostawał na jej ubraniach. Obróciła zapalniczką w ręce. – Jest tak okej, jak może być Avery.
Odwróciłem do niej głowę, lekko marszcząc brwi. – Co to znaczy?
Spojrzała na mnie. – Daj spokój, Cam. Przy takiej ilości czasu, jaką spędzasz z Avery… - urwała, potrząsając głową i zaciskając usta. – W każdym razie, powiedziała mi, że nareszcie powiedziała ci tak? Że umówi się z tobą?
Zmarszczka zniknęła, ale nie miałem pojęcia, gdzie zmierzała ta rozmowa. – Tak, powiedziała. Wychodzimy w sobotni wieczór. – Albo przynajmniej tak sądziłem. – No chyba że zmieniła zdanie i planuje mnie wystawić.
Brittany pokręciła głową. – Nie. Nie sądzę, że cię wystawi.
- Sądzisz?
Roześmiała się. – Cóż, z nią nigdy nie wiadomo.
- To prawda. – Zamilkłem, odwracając się do niej. – Wątpię, że chciałaś potwierdzić jej zgodę.
- Nie. – Wzięła głęboki wdech, wyprostowując się i przekręciła między palcami niebieską zapalniczką. – Będę z tobą szczera, okej?
- Okej.
Podniosła wzrok, jej jasne oczy wylądowały na moich i powstrzymałem uśmiech, widząc powagę na jej twarzy. – Avery naprawdę cię lubi. Wiem, że prawdopodobnie tego nie pokazuje, ale tak jest.
Rozluźniłem się. – Wiem, że tak jest.
Wygięła brew. – Ale czy ty ją lubisz? – Wyszła kolejna klasa i tłum ludzi wypełnił przejście, blokując wiatr. – Bo wiem, jaki byłeś w liceum i poważnie mógłbyś mieć tutaj każdą dziewczynę, ale pragniesz tej, która cię odrzuciła.
- No i? – Założyłem ramiona. – Co to ma do rzeczy?
- Czy to dlatego, że ona jest dla ciebie wyzwaniem? – zapytała, nie odwracając wzroku. – Bo jeśli umawiasz się z nią dlatego, że nie jest łatwa, to przysięgam na Boga, że cię potnę.
Wybuchłem śmiechem. – Potniesz mnie?
Zmrużyła oczy. – Nie żartuję.
Zmuszając się do zaprzestania śmiechu, potaknąłem i mam nadzieję, że przybrałem poważną minę. – Wierzę ci.
- Dobrze. – Skinęła głową. – Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Zagryzłem wnętrze policzka. – Lubię ją, Brittany. Nie ma to nic wspólnego z wyzwaniem czy czymś takim. I wyraźne jest, że już nie jestem taki jaki byłem w szkole. – Wziąłem głęboki wdech, powoli go wypuszczając. – I wiem, że ona jest… inna.
Brittany znowu potaknęła i nic na to nie powiedziała. Część mnie cieszyła się, że kto inny zauważył kilka zachować Avery albo że mogła komuś się zwierzyć, ale druga część była niespokojna. Zerknąłem na nią. – Powiedziała ci coś?
- O tobie?                                     
- Nie – zaśmiałem się. – Czy powiedziała ci…? – Nie miałem pojęcia jak zadać te pytanie. Na szczęście Brittany zrozumiała to, czego nie chciałem mówić.
- To przez to jak zachowywała się na imprezie, więc następnego dnia ją o to zapytałam. – Brittany wstała, wsuwając zapalniczkę do kieszeni spodni. Ścisnęło mnie w brzuchu, jak czekałem. Złapała za pasek swojej torby. – Powiedziała mi, że nic jej się nie stało.
Powietrze zatrzymało się gdzieś w moim gardle. – Wierzysz jej?
Cofnęła się o krok, po czym zrobiła krok do przodu, zniżając głos. – Spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała, że nic się nie stało. Nie wiem w co wierzyć. A ty?
- Nie wiem, ale jesteś jej przyjaciółką, powiedziałaby ci. – Miałem nadzieję, że tak było. – Prawda?
- Tak sądzę – odparła, uśmiechając się nieznacznie. – Muszę lecieć zanim spóźnię się na historię. Yay.
- Hej. – Wstałem.
Brittany odwróciła się. – Co?
- Jesteś dobrą przyjaciółką.
Uśmiechnęła się, wyciągając papierosa z torby. – Wiem.

Pewne podenerwowanie trzymało mnie w napięciu, gdy założyłem przez głowę czarny sweter, a potem poszedłem poszukać butów. Nie mogłem sobie przypomnieć ostatniego razu, kiedy byłem tak zdenerwowany, ale to miało sens. Jak wiele tygodni – do diabła, miesięcy – zajęło mi przekonanie Cukierka do powiedzenia tak? Miałem powód, żeby się denerwować.
Wyszedłem z mieszkania zanim mógłby pojawić się Ollie. Serce biło mi o wiele zbyt szybko, a głowa zbyt pełna, żeby mierzyć się z przemądrzałymi komentarzami, które mógłbym od niego usłyszeć.
Gdy zapukałem do drzwi Cukierka, otworzyły się niemal od razu, a nerwowość zmieniła się w coś całkowicie innego, kiedy mój wzrok wylądował na Avery.
Ciemnozielona bluzka, którą miała na sobie mieszała się z powabem jej włosów i cery. Część mnie nie mogła nawet uwierzyć, że to zauważyłem i zamierzała zacząć tworzyć poetyczne wersy w mojej głowie. Zawsze obecna bransoletka była na miejscu. Przesunąłem spojrzeniem po obcisłych dżinsach wepchniętych w czarne botki, a potem uniosłem wzrok, błąkając się nim tam, gdzie miękkie rude fale zakręcały się nad jej piersiami.
Odchrząknąłem. – Wyglądasz… naprawdę świetnie.
Pochyliła brodę, jak wszedłem do jej mieszkania. - Dziękuję. Ty również.
Uśmiechając się, oparłem się o oparcie jej kanapy. - Gotowa? Masz kurtkę?
Cukierek obróciła się, praktycznie rzucając się do korytarza. Powróciła z czarnym płaszczem, ruszając do drzwi. Podniosłem jej torebkę i podałem ją jej.
- Dziękuję. – Jej policzki płonęły, a potem dodała bez tchu. – Gotowa.
- Jeszcze nie całkiem. – Zatrzymałem ją, przerzucając jej włosy za ramiona i zacząłem zapinać jej płaszcz. – Na dworze jest zimno.
Cukierek wpatrywała się we mnie, jak zapinałem, wsuwając guziki na miejsce. Moje knykcie ocierały się o miejsca, gdzie jej płaszcz uroczo się wybrzuszał i zadrżała w sposób, który sprawił, że chciałem przyciągnąć ją do siebie.
- Idealnie – mruknąłem, zmuszając się do opuszczenia rąk. – Teraz jesteśmy gotowi.
Przytrzymałem otwarte drzwi, a w chwili kiedy wyszliśmy na korytarz, Ollie wypadł z naszego mieszkania z komórką w jednej ręce i wiercącym się Rafaelem w drugiej.
Co do…?
- Uśmiech! – Ollie pstryknął zdjęcie. – To tak jakby moja dwójka dzieci szła na bal.
O. Mój. Boże.
- Umieszczę to w moim albumie z wycinkami. Dobrej zabawy! – Uśmiechając się szeroko, Ollie wskoczył z powrotem do mieszkania, zamykając za sobą drzwi.
Cukierek spojrzała na mnie. - Um…
Roześmiałem się głośno. – O Boże, to było dziwne.
- Nie robi tego normalnie?
- Nie. – Położyłem rękę na jej plecach. – Chodźmy stąd, zanim spróbuje iść z nami.
Uśmiechnęła się. – Z Rafaelem?
- Rafael byłby mile widziany. Jednakże Ollie nie. – Uśmiechnąłem się, kiedy dotarliśmy do schodów. – Ostatnią rzeczą, którą chciałbym dla ciebie, to żebyś była rozpraszana na tej randce.

- Dlaczego ja? – wyskoczyła z pytaniem Avery, po czym zacisnęła powieki. – Okej. Nie odpowiadaj na to.
Mała świeczka na pokrytym płótnem stoliku zamigotała w przestrzeni między nami. Złożyliśmy już zamówienia u kelnera, a Avery nerwowo przeskakiwała z tematu na temat, skubiąc swój chleb.
To co spowodowało te pytanie było prawdą. Powiedziałem jej, że nie musiała martwić się zaimponowaniem mi. A ona popatrzyła na mnie jak na ćpuna i zadała te pytanie.
Nie mogłem nawet uwierzyć, że je zadała. Czasami ta kobieta wprawiała mnie w osłupienie.
Kelner przybył z naszym jedzeniem, powstrzymując mnie na około dwie minuty. Odpowiem na to pytanie.
Skrzywiła się. – Nie musisz.
Podniosłem moją szklankę, spoglądając na nią nad brzegiem. - Nie, sądzę, że muszę.
- Wiem, że to głupie pytanie, ale ty jesteś wspaniały, Cam. Jesteś miły i zabawny. Jesteś mądry. Odrzucałam cię przez dwa miesiące. Mogłeś umówić się z kimś innym, lecz jesteś tutaj ze mną.
Uśmiech rozciągnął moje wargi. - Tak, jestem.
- Z dziewczyną, która nigdy wcześniej nie była na randce. – Podniosła wzrok, patrząc mi w oczy. – Po prostu nie wydaje się to prawdziwe.
- Dobra. Jestem tutaj z tobą, bo chcę tego – bo cię lubię. Ach… daj mi skończyć. – Zwątpienie pojawiające się na jej twarzy było wyraźne. - Już ci powiedziałem. Jesteś inna – w dobry sposób, więc przestań tak patrzeć.
Przymrużyła oczy.
- Przyznam się, czasami kiedy cię pytałem, wiedziałem, że się nie zgodzisz. I może kiedy nie zawsze byłem poważny, gdy to robiłem, to zawsze mówiłem poważnie o chęci umówienia się z tobą. Rozumiesz? I lubię spędzać z tobą czas. – Wrzuciłem kawałek steka do buzi. – I hej, myślę, że jestem całkiem dobrą partią na twoją pierwszą randkę.
- O mój Boże. – Roześmiała się, marszcząc skórę wokół oczu.. – Nie mogę uwierzyć, że właśnie powiedziałeś, iż jesteś dobrą partią.
Wzruszyłem ramionami. – Jestem. Teraz zjedz kurczaka, zanim ja to zrobię.
I zabrała się do jedzenia.
Co ważniejsze, nareszcie rozluźniła się na tyle, żeby dobrze się bawić. A czy to nie był cały sens randki? Lubiłem tak myśleć.
- Więc co robisz na Święto Dziękczynienia? – zapytałem. - Jedziesz do Teksasu?
Zrobiła minę. – Nie.
- Nie jedziesz do domu?
Cukierek dokończyła ostatni kawałek kurczaka. – Zostaję tutaj. Ty jedziesz do domu?
- Jadę do domu, ale jeszcze nie jestem pewien kiedy. – Nie podobało mi się wyobrażenie, że miałaby być tutaj sama. – Poważnie nie jedziesz do domu? To więcej niż tydzień – dziewięć dni. Masz czas.
- Moi rodzice… podróżują, więc zostaję tutaj. – Odwróciła spojrzenie. – Twoi rodzice robią duże obiady na Święto Dziękczynienia?
- Ta – odparłem, rozproszony.
Gdy dostaliśmy rachunek i wyszliśmy na chłodne nocne powietrze, otoczyłem ramieniem jej barki, przyciągając ją do siebie, jak przeszliśmy przez ciemny parking. Nie opierała się, przyciskając się do mojego boku.
- Miałaś dobrą kolację? – zapytałem już w samochodzie, pocierając razem ręce.
- Tak. I dziękuję za jedzenie. To znaczy, kolację. Dziękuję. – Zamknęła oczy i choć było zbyt ciemno, żebym zobaczył, to wiedziałem, że zaczerwieniła się. – Dziękuję.
- Nie ma za co. – Uśmiechnąłem się. – Dziękuję, że w końcu zgodziłaś się na randkę.
Rzuciła mi niepewny uśmiech i zapadła między nami komfortowa cisza, co było dobre. Moje myśli wciąż wracały do faktu, że nie robiła nic na Dziękczynienie. Spędzanie świąt samemu wydawało się złe, samotne i jeszcze jakieś sto inne rzeczy. Pojawił się pomysł w mojej głowie, taki, który wątpiłem, aby spodobał się Avery, ale musiałem spróbować.
Kiedy dotarliśmy do University Heights, zatrzymaliśmy się przed jej drzwiami i miał stać się najbardziej niezręczny moment randki. Po części nie mogłem się doczekać jak ona zamierza sobie z tym poradzić.
Cukierek odwróciła się do mnie, skupiając wzrok na moim torsie i bawiąc się paskiem torebki.
- Więc… - przeciągnąłem słowo, modląc się cicho, żeby się nie żegnała.
- Chciałbyś wejść? – zapytała, a ja w duchu wyrzuciłem pięść w powietrze. - Żeby czegoś się napić? Mam kawę albo gorącą czekoladę. Nie mam żadnego piwa czy czegoś innego…
- Gorąca czekolada byłaby dobra. – Wystarczałaby woda z kranu. – Tylko jeśli masz taką z tymi małymi piankami.
Szeroki uśmiech Cukierka zrobił coś śmiesznego z moją klatką piersiową. – Mam.
- Zatem prowadź, kochanie.
Gdy ona skierowała się do kuchni, ja poszedłem do salonu. Dołączyła do mnie na kanapie z dwoma kubkami gorącej czekolady. Ściągnęła buty i wsunęła pod siebie nogi. Stwierdziłem, że nie ma nikogo słodszego od niej. Nikogo.
- Dziękuję. – Wziąłem jeden kubek, patrząc na kłąbek pary wydobywający się góry. – Mam dla ciebie pytanie.
- Okej.
Pianki otarły się o moje wargi, gdy upiłem łyka. – Opierając się na doświadczeniu twojej pierwszej randki, poszłabyś na drugą?
Uśmiechnęła się lekko. – Drugą, ogólnie mówiąc?
- Ogólnie mówiąc.
- Cóż, to była bardzo dobra pierwsza randka. Jeśli drugie randki takie są, to sądzę że mogłabym.
- Hmm. – Przyjrzałem jej się. - Z kimkolwiek czy…?
Opuściła rzęsy. – Nie z kimkolwiek.
- Więc musiałby być to ktoś szczególny? – zapytałem.
- Myślę, że tak.
- Interesujące. – Kiedy podniosła na mnie wzrok, jej oczy były łagodne i niekończące się. – Czy ten ktoś szczególny będzie musiał czekać kolejne dwa miesiące, jeśli będzie chciał się z tobą umówić?
Jej uśmiech uformował się wokół brzegu jej kubka. – Zależy.
- Od?
- Mojego humoru.
Zaśmiałem się. – Przygotuj się.
- Dobra.
- Mam zamiar znowu się z tobą umówić – nie na kolację, bo lubię zmieniać rzeczy. Na kino.
Postukała palcem w policzek. – Kino?
- Ale to kino dla zmotoryzowanych, jedno z ostatnich.
- Na zewnątrz? – Podekscytowanie zamigotało w jej oczach.
- Tak. Nie martw się. Ogrzeję cię.
Potrząsnęła głową z uśmiechem. – Okej.
- Okej na kino?
Przygryzając zębami dolną wargę, potaknęła.
Chwila. Co? Byłoby to takie łatwe? - Poważnie nie zajmie mi to kolejnych dwóch miesięcy?
Potrząsnęła głową na nie.
Zaśmiałem się pod nosem, wiedząc, że czekała mnie trudna część.. – Dobra. Co powiesz na środę?
- Następną środę? – zapytała.
- Nie.
Oparła się o kanapę. – Następującą środę?
- Tak.
Zmarszczyła brwi. – Chwila. To środa przed Świętem Dziękczynienia.
- Tak.
- Cam, nie jedziesz do domu?
- Jadę.
- Kiedy? – zapytała. - Po kinie w środku nocy czy w poranek Dziękczynienia?
- Widzisz, kino dla zmotoryzowanych jest niedaleko mojego miasta. Około dziesięciu mil.
Avery gapiła się na mnie powiększającymi się oczami. – Nie rozumiem.
Wypijając resztę gorącej czekolady, odstawiłem kubek na bok i przysunąłem się tak, że dzieliła nas bardzo mała odległość. – Jeśli pójdziesz ze mną na tę randkę, będziesz musiała pojechać ze mną do domu.
- Co? – Przekłuła moją błonę bębenkową, siadając prosto. – Jechać z tobą do domu?
Żeby powstrzymać śmiech, zacisnąłem usta i potaknąłem.
- Jesteś poważny?
- Poważny jak moja przekłuta błona bębenkowa – powiedziałem jej. – Jedź ze mną do domu. Będzie fajnie.
- Jechać z tobą do domu… to domu twoich rodziców? W zasadzie na Święto Dziękczynienia? – Skinąłem głową, a ona walnęła mnie w ramię. – Nie bądź głupi, Cam.
- Nie jestem głupi. Jestem poważny. Moi rodzice nie będą mieli nic przeciwko. – Pomyślałem o tym, co powiedziałem ojcu. – Tak naprawdę, pewnie będą się cieszyć widząc kogoś innego niż mnie. A moja mama lubi gotować o wiele za dużo jedzenia. Im więcej buzi, tym lepiej.
Dalej patrzyła na mnie z otwartą buzią.
Nie wyglądało to dobrze. - Możemy wyjechać kiedy tylko będziesz chciała, ale oczywiście przed środowym popołudniem. Kończysz resztę swojej czekolady? – Wziąłem jej kubek, gdy zaprzeczyła. – I w każdej chwili możemy wrócić.
Avery patrzyła jak wypijam jej czekoladę. – Nie mogę z tobą jechać.
- Czemu nie?
- Z setki oczywistych powodów, Cam. Twoi rodzice pomyślą…
- Nic nie pomyślą. – Zapewne było to kłamstwo, ale nie musiała o tym wiedzieć. Westchnąłem. - Dobra. Spójrz na to w ten sposób. To lepsze niż siedzenie samej w domu przez cały tydzień. Co będziesz robić? Siedzieć i czytać? I tęsknić za mną, bo będziesz za mną tęsknić. A wtedy ja spędzę większość czasu pisząc do ciebie i czując się źle, że siedzisz całkiem sama w domu i nawet nie możesz zjeść McDonalda, bo są zamknięci w Dziękczynienie.
- Nie chcę, żebyś się nade mną użalał. To nic wielkiego. Nie mam problemu z pozostaniem tutaj.
- Nie chcę, żebyś siedziała tutaj sama, a ty robisz z tego wielką sprawę. Jestem przyjacielem proszącym przyjaciółkę żeby pojechała spędzić ze mną czas podczas przerwy na Dziękczynienie.
- Jesteś przyjacielem, który właśnie zabrał przyjaciółkę na randkę! – zaprotestowała.
Postawiłem kubek obok mojego. – Ach, racja.
Podnosząc poduszkę, przytknęła ją do piersi jak tarczę. – Nie mogę tego zrobić. Odwiedzanie rodziny na święta? To zbyt…
- Szybkie?
- Tak. – Szybko pokiwała głową. - Zbyt szybkie.
- W takim razie myślę, iż dobrze że się nie spotykamy, bo tak, to byłoby zbyt szybkie, w takim wypadku.
Przekrzywiła głowę na bok. - Co, co?
Wyszarpnąłem jej poduszkę i schowałem ją za sobą. - Ty i ja jesteśmy dwójką przyjaciół, która poszła na jedną randkę. Może dwie, jeśli ze mną pojedziesz. Nie chodzimy ze sobą. Jesteśmy tylko przyjaciółmi, którzy mieli jedną randkę. Więc pojedziemy do mojego domu jako przyjaciele.
- Mówisz bez sensu.
- Mówię z idealnym sensem. Nawet się nie pocałowaliśmy, Avery. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Jej szczęka uderzyła w kanapę.
- Jedź ze mną do domu, Avery. Obiecuję ci, że to nie będzie niezręczne. Moi rodzice się ucieszą. Będziesz się dobrze bawić i będzie to lepsze niż to, co będziesz tutaj robić. I nic, absolutnie nic nie będzie od ciebie oczekiwanie. Dobra?
Słowo ‘nie’ łatwo kształtowało się na jej ustach, ale uciekła wzrokiem, odwracając się i spojrzała na puste kubki na stole. Minęło kilka chwil, po czym obróciła się do mnie, unosząc rzęsy. Przełknęła ślinę. - Twoim rodzicom naprawdę nie będzie to przeszkadzać?
Nie mówiła mi nie. To było coś. – Już wcześniej zabierałem przyjaciół do domu.
- Dziewczyny? – Kiedy pokręciłem głową, ścisnęła razem dłonie. - A twoi rodzice poważnie będą myśleć, że jesteśmy tylko przyjaciółmi?
- Czemu miałbym mieć powód, by powiedzieć im że się nie umawiamy, gdyby tak było? Jeśli powiem, że jesteśmy przyjaciółmi, to właśnie tak pomyślą. – Spotkałem jej spojrzenie i wstrzymałem oddech.
- Dobra. Pojadę z tobą do domu – powiedziała w pośpiechu. – To szalony pomysł.
Przez moment nie mogłem pojąć niczego poza faktem, że się zgodziła. - To doskonały pomysł. – Skoro była w takim cudownie akceptowalnym nastroju... – Przytulmy się na to.
Zmarszczyła czoło. - Co?
- Przytulmy się na to. Kiedy się na to przytulisz, nie możesz tego wycofać.
Avery wywróciła oczami. - O mój Boże, mówisz poważnie?
- Bardzo poważnie.
Burknęła, podnosząc się na kolana i wyciągnęła ramiona. – W porządku, przytulmy się na przypieczętowanie naszej umowy, zanim zmienię…
Objąłem ją w talii i przyciągnąłem do siebie. Jej noga wylądowała pomiędzy moimi, jak ją przytulałem. W ciągu kilku sekund otoczył mnie jej zapach. – Umowa przypieczętowana, kochanie. Święto Dziękczynienia u Hamiltonów.
Wymamrotała coś niespójnego, unosząc głowę. Nasze usta zrównały się i zrozumienie mignęło na jej twarzy. – Ty…
Zachichotałem, gdy jej usta się rozchyliły. – Płynny ruch, co? Udało mi się cię tu przenieść. Musiałem mieć na to twoje słowo.
- Tak bardzo się mylisz. – Jej oczy zabłyszczały i poczułem napływające wyczekiwanie.
- Mylę się we wszystkich dobrych sposobach. Muszę coś przyznać. – Zniżając głowę, przesunąłem ustami po jej gładkim, miękkim policzku, na krótko przymykając oczy na słodkie uczucie promieniujące z moich ust. – Skłamałem wcześniej.
- Na temat?
Bardzo ostrożnie, żeby nie posłać jej z krzykiem w góry, powoli przesunąłem ręce na dół jej pleców. – Kiedy powiedziałem, że wyglądasz świetnie? Nie byłem do końca szczery.
- Nie myślisz, że wyglądam świetnie?
- Nie. – Przeciągnąłem dłonią po jej kręgosłupie, zatrzymując się tuż pod włosami, przyciskając skroń do jej skroni. – Wyglądasz dzisiaj pięknie.
Ogrzał mnie jej miękki oddech. – Dziękuję.
Pocałowanie jej prawdopodobnie było naciskaniem na moje szczęście, ale była tak blisko i nie odsuwała się. Czekałem wieczność, żeby posmakować jej ust. Moje serce waliło, poganiając gorącą krew przez żyły.
Avery napięła się, kiedy przejechałem ustami po zagłębieniu jej policzka, a wtedy położyła ręce na moich bicepsach. Zbliżając się do jej warg, niemal mogłem poczuć smak czekolady, która wiedziałam, że na nich pozostała. - Avery?
- Co?
Moje tętno waliło w kilku częściach mojego ciała. - Nigdy wcześniej nie byłaś całowana, nie?
- Nie – wyszeptała.
- Żeby było jasne. To nie jest pocałunek.
Zanim mogłaby coś powiedzieć, przesunąłem ustami po jej wargach. Ledwie był to pocałunek, bardziej krótkie spotkanie i powitanie, ale wstrząs, który przetoczył się przez mój system wyrzucił powietrze z moich płuc.
- Pocałowałeś mnie. – Palce Avery ściskały moje ramiona.
- To nie był pocałunek. – Zadrżała, jak musnąłem wargami jej ust. – Pamiętasz? Jeśli się pocałujemy, oznaczać to będzie, że jechanie ze mną do domu potencjalnie będzie znaczyć coś poważniejszego.
- Och – westchnęła. - Okej.
- To też nie jest pocałunek.
Tym razem pocałowałem ją naprawdę, śledząc kształt jej warg, nauczając się ich uczucia. Były miękkie, jak sądziłem, że będą, absolutnie idealne. Gdy oparła się o mnie, wydając cichutki ochrypły odgłos, uderzyło we mnie pożądanie napędzane przez coś jeszcze głębszego.
To był jej pierwszy – ja byłem jej pierwszym pocałunkiem. Nikt nie mógł nam tego odebrać. Bez względu na to, co stanie się za tydzień albo miesiąc, zawsze będziemy to mieli. Omiotła mnie czysta, męska duma.
Bliżej – potrzebowałem jej bliżej, poczuć jej ciało pod moim. Ułożyłem ją na plecach, przyciskając do niej tylko usta, a jej wargi poruszały się na moich. Odwzajemniała moje pocałunki, własnymi małymi pocałunkami, które były niezdarne, a jednak całkowicie seksowne w ich szczerości.
Wydobył się ze mnie dźwięk i ciało żądało, abym osunął się na nią, ale podpierałem się nad nią, nakłaniając jej usta do otwarcia. Zadrżała pode mną, a ja trząsłem się od potrzeby, której nigdy wcześniej nie czułem. Otworzyła usta i wsunąłem się do środka, muskając językiem jej język, pogłębiając pocałunek. Wygięła plecy i kiedy jej piersi otarły się o mój tors, musiałem wcisnąć hamulce.
Podniesienie głowy było najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Wydawało się być wbrew naturze, jeszcze trudniej było, jak jęknęła cicho, gdy przygryzłem jej dolną wargę.
Oddychała ciężko, tak jak ja, jej spojrzenie było nieskupione. – Wciąż nie pocałunek?
Siadając, uniosłem ją. Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, szukając jakiegoś znaku, że nie podobał jej się pocałunek. Znalazłem dokładne przeciwieństwo. Jej policzki były zarumienione, oczy rozpalone, a jej klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała.
Wyciągnąłem między nami rękę, przeciągnąłem kciukiem po jej dolnej wardze, pochylając się. – Nie, to nie był pocałunek. – Musnąłem jej usta, połykając jej słodkie westchnienie. – To było dobranoc.