W
chwili, kiedy zdałem sobie sprawę, że Avery już nigdy nie wróci na zajęcia
astronomii, dosłownie nie mogłem w to uwierzyć. Ale musiała to być prawda. Od
drogi powrotnej z domu moich rodziców w piątek po Dziękczynieniu, nic od niej
nie usłyszałem. Nie odpowiadała na moje telefony ani wiadomości. Gdy pukałem do
jej drzwi nigdy mi nie otworzyła, chociaż jej samochód stał na parkingu.
Nawet
nie otworzyła drzwi na jajka.
Kiedy
weekend znowu nastąpił i minął następny poniedziałek bez Avery na astronomii, wiedziałem,
że wzięła niedokończenie.
Pierdolone
niedokończenie.
To
było z jej strony szalone, żeby tak
daleko zajść, aby mnie unikać i za co? Bo zobaczyłem jej bliznę? Nie rozumiałem
i nie byłem głupi. Wyraźnie była zawstydzona i zadała sobie wiele trudu, żeby
ukryć bliznę, ale nie była świeża. Było to coś, co zrobiła kilka lat temu, więc
dlaczego teraz się przede mną ukrywała?
Rozmawiałem
z Brittany i nawet Jacobem, ponieważ Avery nie pokazywała się w Den na lunchu.
Żadne z nich nie wiedziało, co się działo z Avery. Nie wspominałem o bliźnie.
Nigdy bym tego nie zrobił, ale miałem nadzieję, że o czymś wiedzieli. Nie
wiedzieli.
Doprowadzało
mnie to do szału – milczenie i dezorientacja. A im bardziej się to dłużyło, tym
więcej kwasu zdawało zbierać się w dole mojego żołądka i tym gorsze stawały się
węzły i bóle w mojej klatce piersiowej.
Poza
biwakowaniem przed jej drzwiami mało mogłem zrobić, ale byłem zdeterminowany,
aby z nią porozmawiać. Stało się to w ostatni dzień egzaminów końcowych i na
początku ferii zimowych. Jak totalny prześladowca gapiłem się przez okno,
czekając aż Ollie wróci z pizzą, kiedy zobaczyłem ją jak przechodziła przez
parking z rękami pełnymi zakupów.
Gdy
usłyszałem ciche kroki na korytarzu, otworzyłem drzwi. Avery stała przed swoimi
drzwiami, jej włosy były zebrane w rozczochranym kucyku, a ciężar jej toreb
obciążał jej ramiona. Nie było żadnych wątpliwości, że próbowała wejść
niezauważalnie do mieszkania zanim bym ją zobaczył.
To
bolało.
I
cholernie mnie wkurzyło.
-
Avery.
Jej
plecy zesztywniały, jakby były ze stali. Nie odwróciła się do mnie ani nie
odezwała, a kiedy przyjrzałem jej się dostrzegłem jej różowe czubki palców od
toreb, które nosiła. Trochę pary uciekło z mojego gniewu.
Westchnąłem.
– Pozwól mi sobie pomóc.
- Mam to.
- Nie wygląda na to. – Zbliżyłem się.
– Twoje palce purpurowieją.
- To nic.
Weszła do mieszkania, a ja
wystrzeliłem do przodu. Nie ma do diabła mowy. Nie ucieknie mi.
Zabrałem od niej torbę, a ona drgnęła
jak wstrząśnięta. Upuściła torbę. Rozsypały się rzeczy. – Cholera – wymamrotała,
schylając się.
Kucnąłem, podnosząc przedmioty,
których tak naprawdę nie widziałem. Jej głowa była pochylona, jak złapała
butelkę odżywki do włosów i nagle uniosła brodę. Spotkały się nasze spojrzenia.
Ciemne worki zakwitły pod jej oczami, smugi, których wcześniej tam nie było.
Sypiała w ogóle? Co robiła przez ten czas? Czy tęskniła za mną tak bardzo, jak
ja za nią?
Avery odwróciła wzrok, zabierając ode
mnie pudełko tamponów. - Jeśli się zaśmiejesz, walnę cię w brzuch.
- Nie ośmieliłbym się pomyśleć o śmianiu.
Nie było również mowy, abym oddał jej
resztę rzeczy, ponieważ miałem zamiar wejść do tego mieszkania, a ona będzie ze
mną rozmawiała.
Chyba wyczuwając, że nie pozbędzie
się mnie, westchnęła ciężko, jakby cały świat miał się na nią zawalić i poszła
do kuchni.
Położyła torby na blacie, wyciągając
z nich rzeczy. – Nie musiałeś pomagać, ale dziękuję. Naprawdę muszę…
- Poważnie myślisz, że pozbędziesz się mnie tak
łatwo, teraz, gdy już tutaj jestem?
- Mogę mieć tylko nadzieję. –
Zatrzasnęła drzwiczki zamrażarki.
- Ha. Zabawne. – Patrzyłem jak wraca
do blatu. - Musimy porozmawiać.
Wyciągnęła mrożone dania i wróciła do
zamrażarki, zanim powiedziała. – Nie musimy porozmawiać.
- Tak, musimy.
- Nie, nie musimy. – Ani razu na mnie
nie spojrzała. - Jestem zajęta. Jak
widzisz, muszę odłożyć zakupy i…
- Okej, mogę pomóc. – Ruszyłem do
przodu, kierując się do blatu. – I możemy porozmawiać, kiedy będę ci pomagał.
- Nie potrzebuję twojej pomocy.
- Tak, myślę że tak jakby
potrzebujesz.
Zostawiając otwarte drzwiczki zamrażarki,
odwróciła się gwałtownie. Zmrużyła oczy, gdy rozchodziło się po kuchni zimne
powietrze. – Co to miało znaczyć?
Skąd się to do diabła wzięło? - Nie
znaczy to tego, o czym myślisz, Avery. Jezu. Chcę tylko z tobą pogadać. Tylko
to próbowałem zrobić.
- Widocznie ja nie chcę rozmawiać z
tobą – warknęła, podnosząc paczkę mięsa do hamburgera i wrzuciła ją do
zamrażarki. – A ty wciąż tutaj jesteś.
Hola. Gniew swędział moją skórę, jak
starałem się utrzymać pod kontrolą mój temperament. – Słuchaj, rozumiem, że się
nie cieszysz, ale musisz mi powiedzieć co zrobiłem, żeby tak cię wkurzyć, że
nie chcesz ze mną rozmawiać czy nawet…
- Nic nie zrobiłeś, Cam! Po prostu
nie chcę z tobą rozmawiać. – Obróciła się, zmierzając do drzwi wejściowych. –
Okej?
- Nie, nie jest okej. – Poszedłem za
nią do salonu. – Tak ludzie się nie zachowują, Avery. Nie rzucają po prostu
osoby czy się przed nią ukrywają. Jeśli jest…
- Chcesz wiedzieć, jak ludzie się nie
zachowują? – Wzdrygnęła się i przez moment nic nie powiedziała. – Ludzie
również ciągle nie wydzwaniają i nie nękają ludzi, którzy najwyraźniej nie chcą
ich widzieć! Co ty na to?
- Nękam cię? To robiłem? – Zaśmiałem
się ochryple, nie mogąc pojąć gdzie zaszła ta rozmowa. – Cholernie sobie ze
mnie żartujesz? Martwienie się o ciebie jest nękaniem?
Cofnęła się o krok z powiększonymi
oczami. – Nie powinnam była tego powiedzieć. Nie nękasz mnie. Po prostu… - urwała,
przesuwając rękami po czubku głowy. – Sama nie wiem.
Przyśpieszył mi rytm serca, jak
wpatrywałem się w nią. – Chodzi o to, co zobaczyłem, prawda? – Wskazałem na jej
ramię. – Avery, możesz…
- Nie. – Jej prawa dłoń od razu
objęła bransoletkę, jakby jakoś chciała ukryć to, o czym już wiedziałem. – Nie
chodzi o to. Nie chodzi o nic. Po prostu nie chcę tego robić.
Moja cierpliwość dobiegała końca. -
Czego robić?
- Tego! – Zamknęła na chwilę oczy, a
kiedy je otworzyła był w nich połysk. – Nie chcę robić tego.
Powietrze wyleciało z moich płuc,
jakbym został walnięty. - Dobry Boże, kobieto, próbuję tylko z tobą
porozmawiać!
Powoli pokręciła głową. – Nie ma o
czym rozmawiać, Cam.
- Avery, daj spokój… - Chciałem
zbliżyć się do niej, ale zatrzymałem się, kiedy odsunęła się ode mnie. Wyraz, który przeszedł po jej
twarzy był po części strachem, a po części dezorientacją, ale to ten strach
mnie zatrzymał.
Nie mogłem uwierzyć w to co
widziałem. Niemożliwe, żeby mnie się bała, ale wyraz jej twarzy sprawił
uczucie, jakbym został postrzelony w serce karabinem.
Ta reakcja była zabójcza.
Skrzywdziłem ją w jakiś sposób? Te pytanie na krótko zawitało w moich myślach i
znałem odpowiedź. Nie skrzywdziłem jej.
Avery pochyliła brodę, odwracając
wzrok.
Moja cierpliwość pękła. - Dobra,
wiesz co? Nie zamierzam być objeżdżanym. Pieprzyć to.
W chwili kiedy te słowa wyszły z
moich ust, część mnie chciała je wycofać. Druga część chciała wykrzyczeć je
znowu z całych sił. Skierowałem się do drzwi i zatrzymałem, przeklinając pod
nosem. To co powiedziałem kazało mi się zastanawiać czy byłem cierpiętnikiem.
- Słuchaj, jadę do domu na przerwę
zimową. Będę tam i z powrotem, więc jeśli będziesz czegoś potrzebowała... – Dalej
patrzyła na mnie tak jak wcześniej i raz jeszcze się zaśmiałem, zdając sobie
sprawę, że robiłem z siebie kompletnego dupka. – Ta, niczego nie potrzebujesz.
Wyszedłem na korytarz, a wtedy moje
ciało zdawało się zażądać, żebym zrobił z siebie jeszcze większego dupka.
Odwróciłem się do niej. Avery nie ruszyła się z miejsca.
- Zostajesz tutaj całkiem sama na
całą przerwę, tak? – zapytałem. - Nawet Boże Narodzenie?
Objęła się ramionami i nic nie
powiedziała.
Poruszyłem szczęką, powstrzymując się
od powiedzenia wielu rzeczy, które nie pomogłyby tej sytuacji. Ale to był
koniec. Wtedy zdałem sobie z tego sprawę. Nic nie mogło pomóc tej sytuacji. Nie
chodziło o to, że się nie starałem. Avery była w moim życiu w pewnym momencie,
a w następnym zniknęła, jakby nigdy jej tam nie było. I tyle.
Ból wybuchł w mojej klatce piersiowej
i z zaskakującą jasnością był prawdziwy. Zbyt prawdziwy. – Nieważne –
powiedziałem ochryple. – Dobrych świąt, Avery.
Nigdy tak bardzo nie chciałem opuścić
domu i wrócić do mojego mieszkania, jak w Boże Narodzenie. Normalnie zostawałem
aż do rozpoczęcia wiosennego semestru, ale nie mogłem znieść tych wszystkich
pytań.
Gdzie jest Avery?
Jak się ma?
Czy pojechała do domu?
Zadawali te pytania bez końca i ja
zastanawiałem się nad tym samym setki razy podczas przerwy. Nie miałem
odpowiedzi, a za każdym razem jak podnosiłem telefon, żeby do niej napisać, to
powstrzymywałem się. Wyraziła się tak jasno jak to ludzko możliwe, że nie
chciała mieć ze mną nic wspólnego.
Cokolwiek mieliśmy, jak krótkie to
było, teraz się skończyło.
Dzień po Nowym Roku mój humor wahał
się pomiędzy gównianym a gównastycznym. Tego ranka wcześnie spakowałem swoje
rzeczy i byłem już przy samochodzie, kiedy Teresa wyszła za mną na zewnątrz.
Zatrzymując się przy masce auta,
otuliła się mocniej ciężkim swetrem, gdy wiatr przedzierał się pomiędzy domem a
garażem. Sen zamglił jej niebieskie oczy. – Wyjeżdżasz bez pożegnania?
Wzruszyłem ramionami, zamykając drzwi
pasażerskie. – Nie chciałem ich budzić.
Odsunęła się, gdy okrążyłem samochód.
– Nigdy wcześniej cię to nie zatrzymało.
Nic nie powiedziałem.
- Co się z tobą dzieje, Cam? –
zapytała.
- Nie wiem o czym mówisz. – Zerknąłem
na nią. – Nie powinnaś mieć butów? Na dworze jest lodowato.
- Klapki są butami. – Zakołysała się
na piętach, ściskając mocno swoje ramiona. – A ty nie odpowiedziałeś na moje
pytanie.
Ściągając czapkę, przejechałem ręką
po włosach i założyłem czapkę z powrotem. Otworzyłem usta i nie miałem pojęcia
co zamierzałem powiedzieć, ale okazało się, że nie mam słów. Pustota w moim
brzuchu, puste, obolałe uczucie urosło i drżało z taką intensywnością, że nie
można go było zignorować.
Moja siostra podniosła wzrok, mrużąc
powieki w ostrym, zimnym słońcu. – To Avery, prawda? W ogóle o niej nie
mówiłeś. A mama naprawdę myślała, że przyjedzie z tobą do domu, skoro…
- Nie chcę o tym gadać – przerwałem
jej, a ona wytrzeszczała oczy. Ostatnią rzeczą, o której chciałem myśleć był
fakt, że Avery spędziła Boże Narodzenie – Boże Narodzenie, na miłość boską –
samotnie. Nie chciałem jej współczuć. Nic
nie chciałem czuć. – Słuchaj, przepraszam. Nie chciałem na ciebie warczeć.
Po prostu muszę wrócić do szkoły.
- Po co? – zapytała, marszcząc brwi.
– Do rozpoczęcia szkoły masz jeszcze kilka dni.
- Wiem. – Podszedłem do przodu,
przytulając ją. Przez chwilę nie poruszała się, po czym odwzajemniła uścisk.
Gdy cofnąłem się i otworzyłem drzwi, spojrzałem na nią przez ramię. – Powiedz
rodzicom, że później napiszę albo zadzwonię.
Nie odpowiedziała od razu, ale potem
potaknęła. – Nic ci nie będzie? Prawda?
Wsiadłem do samochodu, parskając
krótkim śmiechem. Oczywiście, że nic mi nie było. Przecież nie mieliśmy z Avery
długiej historii i nie miałem względem niej silnych uczuć. Moja atrakcja do
niej musiała być zauroczeniem, bo była czymś
nowym. Była czymś innym. To wszystko.
- Ta – powiedziałem, uśmiechając się
w sposób, który sprawił, że moje usta czuły się dziwnie. – Nic mi nie jest.
Teresa patrzyła na mnie spojrzeniem
mówiącym, że wcale mi nie uwierzyła, a ja tak naprawdę nie wierzyłem samemu
sobie.
Dopiero co wyszedłem spod prysznica i
założyłem parę spodni, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi wejściowych. Wiedząc,
że nie mógł być to Ollie, bo nadal przebywał w domu, spodziewałem się zobaczyć
Jase’a albo kogoś innego, gdy otworzyłem drzwi.
Stała
tam Brittany, jej blond włosy były ściągnięte w krótkiego kucyka, a ręce
zaciśnięte pod brodą. Wyglądało na to jakbym przerwał jej modlitwę czy coś.
-
Cześć – odezwałem się, nie potrafiąc ukryć zdziwienia. Zastanawiałem się skąd
wiedziała, które to moje mieszkanie, a potem przypomniałem sobie, że była tutaj
już raz z Olliem, jak połowa damskiej populacji college’u. – Co jest?
Przygryzła
dolną wargę, spoglądając za siebie w stronę mieszkania Avery i zacisnęły się
więzły w moim brzuchu. Wiedziałem, że Avery była w domu. Jej samochód był na
zewnątrz i nie odjechał odkąd wróciłem.
-
Nie chciałabym ci przeszkadzać i wyglądasz na… um, zajętego. – Przeciągnęła
wzrokiem po moim nagim torsie, a ja uniosłem brwi. – Ale potrzebuję twojej
pomocy. Cóż, Avery potrzebuje twojej pomocy.
Poczułem
ostre mrowienie rozchodzące się na karku, jak zrobiłem krok do przodu. – Co masz
na myśli, że Avery potrzebuje mojej pomocy?
-
Jest naprawdę chora. Myślę, że ma grypę – wyjaśniła prędko. – Nie odpowiadała
na moje telefony, więc sprawdziłam co u niej i znalazłam ją nieprzytomną w
kuchni i…
-
Co? – Przeszedłem obok niej, kierując się do drzwi Avery. – Dzwoniłaś po
pogotowie?
-
Nie. – Brittany pośpieszyła za mną. – To tylko grypa i muszę iść do domu po
jakieś lekarstwa, ale nie mogę zanieść jej do łóżka. Jest za ciężka. Więc
miałam nadzieję, że ty mógłbyś ją zanieść i może…
Tak
naprawdę już jej nie słuchałem. Byłem skupiony tylko na Avery, gdy wszedłem do
jej mieszkania. Smród choroby był silny – za silny – i mogłem dostrzec jej
okryte dżinsami nogi i bose stopy.
Rzucając
się do kuchni, wciągnąłem gwałtownie powietrze. Avery leżała na boku w pozycji
embrionalnej z policzkiem przyklejonym do podłogi. Ciemne, spocone włosy
czepiały się boku jej twarzy. Co kilka sekund jej ciało drżało i wydobywał się
z niej maleńki, ochrypły jęk. Poczułem przypływ niepokoju.
Brittany
westchnęła. – Posadziłam ją, zanim wyszłam.
-
Jesteś pewna, że nie potrzebujemy pogotowia? – zapytałem, kucając. Ostrożnie zgarnąłem
z jej twarzy kosmyki mokrych włosów. Jej rzęsy zadrgały, ale nie otworzyła
oczu.
-
Dzwoniłam do mojej mamy – jest pielęgniarką. Powiedziała mi, że Avery powinno
nic nie być, jak tylko gorączka spadnie i będzie wlewało się w nią płyny, ale
muszę iść po jakieś leki.
-
Zostanę z nią, kiedy pójdziesz.
Brittany
powiedziała coś jeszcze, ale nie słyszałem tego. Ledwo zdawałem sobie sprawę z
Brittany biorącej swoją torebkę z kanapy, jak wsunąłem ramię pod Avery.
- Nie
– jęknęła, słabo przekręcając się w stronę podłogi. – Zimno… tak dobrze…
- Wiem,
ale nie możesz spać na podłodze. – Podniosłem ją, krzywiąc się, kiedy jej
gorący policzek wylądował na mojej klatce piersiowej. Boże, była rozpalona. Odwróciłem
się, trzymając ją w ramionach, orientując się, że Brittany już wyszła.
Avery
wymamrotała coś, odwracając twarz, ale słowa były dla mnie za ciche i zbyt
bełkotliwe, żebym zrozumiał.
- Wszystko
w porządku – powiedziałem jej, bo nie miałem pojęcia co powiedzieć. – Za niedługo
poczujesz się lepiej.
Nie
odpowiedziała, gdy zaniosłem ją do jej łóżka. Kiedy ją położyłem, usiadłem i
przyjrzałem się bluzce, którą miała na sobie. Obszary wilgotnego materiału
kleiły się jej skóry. Były skrawki, które były podejrzliwe i dały mi do
myślenia o smrodzie choroby.
-
Cholera – powiedziałem.
Rozejrzałem
się po pokoju, znajdując parę spodni od pidżamy i bluzkę do spania złożone na
komodzie. Rzucając na nią jedno spojrzenie, podjąłem decyzję.
Wiele
razy odkąd poznałem Avery wyobrażałem sobie rozbieranie jej. Sama fantazja tego
robienia nie dawała mi spać przez wiele nocy. Nie cierpiałem przyznawać, że
wciąż tak było, chociaż wiedziałem, że nigdy to się nie wydarzy, przynajmniej nie
w sposób, który chciałem.
Rozbieranie
jej ze zrujnowanego ubrania wydarzyło się szybciej niż atak serca i nie było
fajne. Szczególnie biorąc pod uwagę, że była głównie nieprzytomna i nie była
niczym innym jak nieruchomym ciężarem.
Nie
zerkałem. Dobra. Mogłem zerknąć na jej różowy, koronkowy biustonosz, ale było
to krótkim i zupełnie niewinnym wypadkiem.
Kiedy
przebrałem ją już w świeże ubrania, wsunąłem jej nogi pod kołdrę. Dopiero kiedy
dostrzegłem bransoletkę, to przypomniałem sobie, że nie spała z nią. Chcąc,
żeby było jej wygodnie, zsunąłem ją z jej nadgarstka i położyłem na szafce
nocnej.
Wziąłem
dwie mokre szmatki z łazienki i namoczyłem je zimną wodą. Gdy wróciłem, nie
poruszyła się, ale wciągnęła gwałtownie oddech, jak przytknąłem szmatkę do jej
czoła.
Nie
wiem ile minęło czasu, ale pierwsza szmatka rozgrzała się i zastąpiłem ją
drugą. Avery obróciła się na bok, oplatając ramieniem moje ramię. Tak jakby
przytrzymywała mnie tam, lecz dziewczyna miała gorączkę i miała urojenia. Nie
wiedziała, co robiła. Kilkanaście razy wymamrotała rzeczy, których nie mogłem
zrozumieć. W pewnej chwili uśmiechnęła się, a mnie ścisnęło w piersi.
- Brakuje
mi tego – powiedziałem ochryple.
Przysunęła
się bliżej i przesunąłem mokry ręcznik na jej policzek. Gdy uśmiech zniknął z
jej ust, rozluźniły się więzły w mojej klatce piersiowej.
Brittany
wróciła i we dwoje skłoniliśmy Avery do połknięcia leków na grypę i wody. Nie
było to ładne. Chora Avery tworzyła niezwykle nieposłuszną Avery.
-
Pójdę pootwierać okna i wywietrzyć smród. Posprzątam kuchnię i w ogóle. – Brittany
zatrzymała się przy drzwiach. – Nie musisz zostawać, wiesz, jeżeli nie chcesz.
Nie
powinienem zostawać. Zrobiłem dobry uczynek dnia, a gdyby Avery się obudziła i
zobaczyła mnie tutaj, to zapewne oskarżyłaby mnie o bycie dziwakiem. Przygryzając
wnętrze powietrza, jak jeszcze jeden cichy jęk dosięgnął moich uszu, odwróciłem
się do niej. Pod szybko rozgrzewającą się szmatką, jej czoło zmarszczone było w
dyskomforcie. Jej ciało nadal opierało się o moje, a te jedno ramię nadal
obejmowało moje ramię.
Poprawiając
szmatkę, wiedziałem, że nigdzie się nie wybieram. – Zostanę.