Nigdy nie
byłem poranną osobą, ale dzisiaj wstałem o brzasku, przesypiając tylko parę
godzin. Podczas gdy Ollie wciąż leżał nieprzytomny na kanapie, twarzą w dół,
jedno ramię leżało na podłodze, ja ugotowałem cztery jajka, zjadłem je i
wziąłem trochę ciastek na drogę.
Ollie nadal
nie poruszył się, kiedy trzasnąłem za sobą drzwiami.
Przybyłem
do kampusu, dziwnie wcześnie prawdopodobnie po raz pierwszy w moim życiu i
skierowałem się do Budynku Roberta Byrda. Znajdując się już w klasie
astronomicznej, mój wzrok od razu zaczął skanować pomieszczenie.
Gdybym był
Cukierkiem, to gdzie bym usiadł? Zapewne na tyle klasy.
Odszukałem
znajomą pochyloną głowę. W słabo oświetlonej klasie jej włosy nie były tak rude
jak w świetle słonecznym. Czemu w ogóle to zauważyłem było poza moim pojęciem.
A dlaczego poszedłem prosto do niej było jeszcze bardziej niezrozumiałe.
W gimnazjum
byłem zadurzony w jednej dziewczynie z mojej klasy. Była bardzo podobna do
Cukierka – mała, rzadko mówiła, nerwowa tak jak te małe pieski, które cały czas
trzęsły się. Ale kiedy uśmiechała się, wydawało się, że wznosi się pieprzone
słońce. Nigdy nie poświęciła mi uwagi, ale jak prostak każdego dnia nie mogłem
doczekać się zobaczenia jej. W liceum okazało się, że lubiła dziewczyny nie
chłopaków, co zapewne wyjaśniało, dlaczego nie miała we mnie absolutnie żadnego
zainteresowania.
Przesuwając
ręką po pasku mojej torby na książki, łatwo mogłem przyznać, że byłoby
cholernie rozczarowujące, gdyby tak samo było z Cukierkiem.
Podszedłem
do Avery, a ona nie miała bladego pojęcia, że tam byłem. Ramiona wysunięte do
przodu, prawa ręka bawiąca się bransoletką na jej lewym nadgarstku. Patrzyła
prosto przed siebie, napięty wyraz jej twarzy mówił mi, że mogła być fizycznie
obecna, ale nie była w tym pomieszczeniu.
Czy
Cukierek była kiedykolwiek zrelaksowana? Nie wyglądało na to.
Zerknąłem
na przód klasy, gdzie siedziało kilka osób, które znałem. Powinienem pójść tam.
Zamiast tego wszedłem w rząd miejsc. Cukierek nadal nie zauważyła, że tam
byłem.
- Dobry, kochanie
– odezwałem się, postanawiając najpierw usiąść.
Cukierek
drgnęła jak przestraszona kotka, obracając się na siedzeniu. Opadła jej
szczęka, gdy jej wzrok spotkał się z moim. Nic nie powiedziała, jak usiadłem
obok niej.
- Wyglądasz
dziś rano trochę marnie – skomentowałem.
Zacisnęła
wargi. – Dzięki.
- Nie ma za co. Cieszę się widząc, że
dotarłaś na czas do klasy. – Zniżyłem się, podnosząc stopy na siedzenie przede
mną. - Choć trochę brakuje mi tego całego wpadania na siebie. Zapewniało dużo
ekscytacji.
- Ja za tym
nie tęsknię. – Zaczęła grzebać w swojej torbie, wyciągając zeszyt w
nieskazitelnym stanie. Nie mogłem sobie przypomnieć ostatniego razu, kiedy
kupiłem na zajęcia nowy zeszyt. Byłem zwolennikiem ich przetwarzania. – To było
naprawdę żenujące.
- Nie
powinno być.
- Łatwo ci
mówić. To w ciebie wpadnięto. To ja wpadłam.
Otworzyłem
usta, czując narastający w gardle śmiech, ale wtedy mój mózg przetworzył słowo
„wpadłam” i musiałem rozchylić trochę uda, żeby było mi wygodnie. Wiele rzeczy
mogłem zrobić z tym komentarzem. Wszystkie stanęła na końcu mojego języka.
Niektóre spaliłby uszy striptizerek, ale jedno spojrzenie na Cukierka
powiedziało mi, że nie wyszłoby to na dobre.
Jej twarz
była tak czerwona, jak okładka zeszytu, na który obecnie patrzyła. Ta laska…
cholera, była taka niezręczna – ujmująco niezręczna. Zastanawiałem się czy była
uczona w domu podczas liceum.
Gdy jej
niezręczność była cholernie urocza i ujmująca, poszukałem czegoś poza tematem.
- Rafael ma się świetnie, tak w ogóle.
Mały
uśmiech pojawił się na tych ładnych ustach. - Dobrze słyszeć. Nasikał ci
na rękę?
- Nie, ale było blisko. Przyniosłem ci
coś.
- Siki żółwia?
Roześmiałem
się, rozbawiony jej szybkością i wyciągnąłem program nauczania, dostrzegając
ciasteczka, które wziąłem ze sobą. - Przykro mi cię zawieść, ale nie. To program nauczania. Wiem.
Ekscytujące gówno, ale pomyślałem, że skoro nie przyszłaś na zajęcia w
poniedziałek, to będziesz tego potrzebować, więc wziąłem to od profesora.
- Dziękuję.
To bardzo życzliwe.
- Cóż, przygotuj się. W tym tygodniu
jestem bardzo życzliwy. Przyniosłem ci coś jeszcze.
Zaczęła przygryzać koniec długopisu,
jak wyciągnąłem serwetkę. - Ciasteczko dla ciebie. Ciasteczko dla mnie.
Powoli
upuszczając długopis, potrząsnęła głową. – Nie musiałeś tego robić.
Nie
przyniosłem jej złotego pierścionka. – To tylko ciasteczko, kochanie.
Raz jeszcze
pokręciła głową, wpatrując się we mnie. Pomyślałby kto, że dawałem jej
narkotyki czy coś. Wzdychając, zakryłem jedno ciasteczko serwetką i
bezceremonialnie upuściłem je na jej zeszyt. - Wiem, że mówią, iż nie powinno brać się cukierków od
nieznajomych, ale to ciasteczko, nie cukierek i technicznie ja nie jestem
nieznajomym.
Gapiła się
na mnie bez słowa.
Obserwując
ją spod rzęs, ugryzłem drugie ciastko i zamknąłem oczy. Odchyliłem głowę, jak
pokryte czekoladą orzechy włoskie zatańczyły na moich kubkach smakowych.
Jęknąłem, dokładnie wiedząc, co robiłem. Moje ciasteczka były cholernie dobre,
więc następny dźwięk, który wydałem nie był przesadą.
- Czy naprawdę jest takie dobre? –
zapytała.
- O tak, jest najlepsze. Mówiłem ci
ostatniej nocy. Byłoby lepsze, gdybym miał mleko. – Wziąłem kolejny gryz. –
Mmm, mleko.
W
nadchodzącej ciszy, uchyliłem jedno oko, powstrzymując uśmiech. Obserwowała
mnie z lekko rozchylonymi ustami. - To połączenie orzechów i czekolady. Mieszasz to razem i jest
to jak wybuch seksu w twoich ustach, ale nie tak brudny. Jedyną lepszą rzeczą
byłyby te maleńkie Reese’s Cups. Kiedy ciasto jest ciepłe, wrzucasz to… W
każdym razie, musisz go spróbować. Weź mały gryz.
Opuściła
wzrok na ciastko leżące na jej kolanach i wypuściła cichy oddech. Podnosząc
ciasteczko, odgryzła kawałek.
Nie mogłem
przestać na nią patrzeć. – Dobre? Prawda?
Potaknęła.
- Cóż, mam ich całą tonę w domu. Tylko
mówię… - Moje spojrzenie było w niej utkwione. Kto wiedział, że patrzenie jak
dziewczyna je ciastko może być takie interesujące? Gdy otarła swoje smukłe
palce, ruszyłem się bez namysłu.
Ciepło mojego kolana muskającego jej
przesunęło się wzdłuż mojej nogi, kiedy odwróciłem się w miejscu, wyciągnąłem
rękę i zabrałem od niej serwetkę. – Okruch.
- Co?
Pustą ręką
przeciągnąłem kciukiem po jej dolnej wardze. Coś strzeliło wzdłuż mojego ramienia, kierując się prosto do mojego
penisa. Znieruchomiała, jej klatka piersiowa uniosła się gwałtownie, a oczy
rozszerzyły. Moja dłoń pozostała dłużej niż powinna, ale nie tak długo jak
chciałem. Jej warga była miękka pod moim palcem, broda gładka przy wnętrzu
mojej ręki. Zmusiłem się do cofnięcia.
Na jej
wardze nie było żadnego okrucha. Byłem kłamcą. Ale chciałem jej dotknąć.
- Mam go. –
Uśmiechnąłem się.
Wyglądała
na podenerwowaną. Nie zdenerwowaną, ale wytrąconą z równowagi. Próbowałem
poczuć jakieś poczucie winy za dotknięcie jej, ale nie potrafiłem. Nie byłem
pewien, co to o mnie mówiło.
Ale wtedy
profesor Drage w końcu wkroczył do klasy. Drage był dziwnym facetem. Zielony
poliestrowy garnitur był podstawą. Kiedy brałem te zajęcia po raz pierwszy,
zdarzało mi się łączyć swój ubiór z pomarańczowym kolorem. Vansy i krawat w
kratkę nie zmieniały się od lat.
Przesunąłem
się w miejscu, spoglądając na Cukierka. Jej mina była bezcenna. Zachichotałem.
- Profesor Drage jest
bardzo… wyjątkowym człowiekiem.
- Widzę –
mruknęła.
Profesor
Drage rozpoczął wykład. Nie byłem pewien na jaki temat. Szczerze, to nie
zwracałem uwagi. Większość z tych rzeczy już znałem, a słuchanie tych bzdur raz
jeszcze przypomniało mi mój pierwszy rok studiów, coś o czym nie lubiłem
myśleć.
Jedna noc
całkowicie spieprzyła ścieżkę mojego życia.
Wyrzucając
to z głowy, zacząłem szkicować. Nim się zorientowałem, zdołałem narysować
Wielką Stopę, a zajęcia dobiegały końca w typowym stylu Drage’a.
Zaczął
rozdawać mapy gwiazd. - Wiem,
że dziś jest dopiero środa, ale tu jest wasze pierwsze zadanie na weekend.
Niebo ma być czyste jak pupa niemowlaka w sobotę.
- Czyste jak pupa niemowlaka? –
wymamrotała Avery.
Zachichotałem.
- Chcę, żebyście znaleźli Coronę
Borealis na niebie – prawdziwym, najprawdziwszym, nocnym niebie – wytłumaczył
profesor Drage. - Nie będziecie potrzebować teleskopu. Użyjcie swoich oczu,
okularów, soczewek, czegokolwiek. Możecie ją zobaczyć w piątkową lub sobotnią
noc, ale pogoda wygląda pobieżnie w piątek, więc wybierzcie mądrze.
- Chwila – powiedział ktoś z przodu. –
Jak używa się tej mapy?
Podałem
Cukierkowi mapę i kartki w kratkę.
Profesor
Drage zatrzymał się i przeszył dzieciaka wzrokiem, które pytało „jesteś
głupi?”. – Patrzy się na nią.
Student
nachmurzył się. - Wiem,
ale podnosimy ją do nieba czy coś?
- Pewnie. Możecie to zrobić. Albo
możecie popatrzeć na każdą z konstelacji, zobaczyć jak one wyglądają, a potem
użyć własnych oczu i mózgów, żeby znaleźć ją na niebie. – Drage zamilkł. – Lub
użyć Google. Chcę, żebyście wszyscy zaczęli zaznajamiać się z obserwowaniem
gwiazd… - Przestałem słuchać w połowie tego, o czym mówił, wracając na koniec.
- Więc spotkajcie się ze swoim partnerem i wybierzcie czas. Kartka ma być do
mnie zwrócona w poniedziałek. To wszystko na dziś. Powodzenia i niech moc
wszechświata będzie dzisiaj z wami.
- Partnerem? – Avery gorączkowo
rozejrzała się po klasie. - Kiedy wybieraliśmy partnerów?
- W poniedziałek – wyjaśniłem,
wsadzając zeszyt do plecaka. – Nie było cię tutaj.
Cukierek wyglądała jakby miała
zemdleć, jak pochyliła się do przodu na siedzeniu. – Avery?
Nabrała kilka głębokich oddechów, tak
jakby powstrzymywała atak paniki.
Wygiąłem brew. – Avery.
Rzuciła spojrzenie na drzwi, za
którymi zniknął Drage. Jej knykcie były blade od mocnego uchwytu na jej
zeszycie.
- Avery.
- Co? – zapytała gniewnie, przenosząc
wzrok na mnie.
- Jesteśmy partnerami.
Głęboka szczelina utworzyła się
między jej brwiami. – Co?
- Jesteśmy. Partnerami. –
Westchnąłem. - Drage kazał klasie wybrać sobie partnerów na samym początku
zajęć w poniedziałek. Wszedłem po tym i na koniec powiedział mi, że mam wybrać
sobie partnera z kimkolwiek kto dołączy na zajęcia w środę albo będę sam. A
skoro nie lubię pomysłu bycia bez partnera, ty i ja jesteśmy partnerami.
Gapiła się na mnie, jakbym mówił po
łacinie. - Mamy wybór żeby robić to samemu?
- Ta, ale kto chce iść patrzeć na niebo
w nocy samemu? – Wstając, zarzuciłem torbę przez ramię i wyszedłem z rządu. – W
każdym razie, znam idealne miejsce, gdzie możemy zrobić nasze zadanie. Musi to
być w sobotę, bo mam plany w piątek.
Do bani,
denerwujące jak cholera plany w piątek.
- Poczekaj.
– Pośpieszyła za mną. – Ja tak.
- Masz plany w sobotę? – Chwila. Co
mogłaby robić w sobotni wieczór? Nie mogę opuścić piątkowych planów, ale… –
Cóż, mogę…
- Nie. Nie mam planów w sobotę, ale nie
musimy być partnerami. Mogę to zrobić sama.
Zatrzymałem
się przed drzwiami, niepewny czy dobrze ją usłyszałem. - Dlaczego chciałabyś robić całe
zadania – a jeśli spojrzysz na jego zakres zajęć, jest ich dużo – całkiem sama?
Cofnęła się
trochę. - Cóż, tak
naprawdę nie chcę. Ale nie musisz być moim partnerem. Nie jesteś mi nic winien ani
nic.
- Nie rozumiem o czym mówisz. –
Szczerze, poważnie, na sto procent, nie rozumiałem o czym mówiła.
- Mówię o tym, że… - Urwała, jej brwi
znowu utworzyły głębokie V. - Dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
Moje usta uformowały się wokół słów
„co do cholery”. – Czy to poważne pytanie?
Cukierek spuściła wzrok. – Tak.
Wpatrywałem się w nią, czekając aż
powie, że żartuje, ale tego nie zrobiła. W mojej piersi utworzył się węzeł,
pojawiając się nie wiadomo skąd. Niespodziewanie było to dla mnie boleśnie
oczywiście, naprawdę boleśnie.
Cukierek nie była tylko niezręczna, wyraźnie była też po stronie braku
przyjaciół i nie wiem dlaczego tak to na mnie zadziałało. Nie powinno było.
Ledwo co znałem tę dziewczynę, a wprowadzanie jej do rozmowy było tak proste
jak rozbrajanie bomby zębami, ale naprawdę mnie to obchodziło.
Syndrom
odrzuconych istot znowu atakuje.
Wziąłem
głęboki wdech. - Dobra,
sądzę, że jestem po prostu miłym facetem. A ty jesteś oczywiście nowa –
studentka pierwszego roku. Wydawałaś się trochę zagubiona w poniedziałek a
potem uciekłaś, nawet nie chciałaś wejść do klasy, a ja…
- Nie chcę
twojej litości. – Wciągnęła przenikliwy odgłos.
Skrzywiłem
się gniewnie na tę insynuację. - Nie masz mojej litości, Avery. Mówię tylko, że wydawałaś się
być zagubiona w poniedziałek i pomyślałem, że będziemy partnerami.
Zwątpienie przeszło po jej rysach.
– Widzę, że mi nie wierzysz. Może to
ciasteczko? Odmówiłaś spróbowania moich ciasteczek ostatniej nocy i szczerze
zamierzałem zjeść drugie ciasteczko, ale wyglądałaś na tak zmęczoną i smutną
siedząc tam, że pomyślałem, że ty potrzebujesz ciasteczka bardziej niż ja.
Co być może
było kłamstwem. Była dobra szansa, że zabrałem dwa ciastka, ponieważ Cukierek
mogła się pojawić. Jednak mogę doczytywać się w tym zbyt wiele.
Patrzyła na
mnie, jakbym był zagadką, a szczerze to nie byłem tak skomplikowany.
- I jesteś
ładna – dodałem.
Zamrugała.
– Co?
Starając
się i ponosząc porażkę w ukryciu mojego rozbawienia, obróciłem się i otworzyłem
drzwi, wyprowadzając ją na korytarz. - Nie mów mi, że nie wiesz, że jesteś ładna. Jeśli tak, to
stracę całą wiarę w ludzkość. Nie chcesz być za to odpowiedzialna.
- Wiem, że jestem ładna… to znaczy, nie
o to mi chodziło. – Zamilkła, jęcząc. – Nie myślę, że jestem brzydka. O to mi…
- Dobrze. Teraz już to rozwiązaliśmy.
– Pociągnąłem za jej torbę, prowadząc ją do schodów. – Uważaj na drzwi.
Potrafią być podstępne.
- Co ten komentarz z ładnością ma z
czymkolwiek wspólnego?
- Zapytałaś mnie, dlaczego jestem dla
ciebie miły. Jest to wzajemnie korzystne.
Cukierek zatrzymała się za mną. - Jesteś
dla mnie miły, bo myślisz, że jestem ładna?
- I dlatego, że masz brązowe oczy.
Mam słabość do starych dużych brązowych oczu. – Zaśmiałem się. – Jestem bardzo
płytkim chłopcem. Hej, to pomaga że jesteś ładna. Wyciąga to ze mnie miłego
faceta. Sprawia, że chcę dzielić się z tobą ciasteczkami.
- Więc gdybym była brzydka, nie
byłbyś dla mnie miły?
Obróciłem się do niej twarzą. - Wciąż
byłbym dla ciebie miły, gdybyś była brzydka.
- Dobra.
Uśmiechnąłem się szeroko, jak
schyliłem brodę, przybliżając nasze usta. - Tylko nie zaproponowałbym ci
żadnych ciasteczek.
Założyła ramiona. - Zaczynam myśleć,
że ciasteczka są słowem klucz na coś innego.
- Może są. – Znowu pociągnąłem za jej
torbę, schodząc jeden stopień w dół. – I pomyśl o tym. Jeśli ciasteczko byłoby
słowem klucz, cokolwiek to symbolizuje, było w twoich ustach, kochanie.
Patrzyła na mnie przez chwilę, po
czym roześmiała się. Dźwięk ten był niewypróbowany i ochrypły, jakby nie często
się śmiała, a to spowodowało, że ten dziwny węzeł w mojej klatce piersiowej
zaczął pulsować. – Jesteś naprawdę…
- Zdumiewający? Niesamowity? – Chciałem
znowu usłyszeć jej śmiech. – Cudowny?
- Zamierzałam powiedzieć dziwaczny.
- Cóż, do diabła, jeśli miałbym
uczucia, to mogłoby zaboleć.
Uśmiechnęła się, a to znaczyło, że
ponownie byliśmy blisko uśmiechania się. - Przypuszczam, że to dobrze, że nie
masz tych uczuć, co?
- Tak sądzę. – Zeskoczyłem na
półpiętro. - Lepiej się pospiesz albo spóźnisz się na swoje następne zajęcia.
Wytrzeszczała
oczy i zaśmiałem się, odsuwając się z drogi, żeby Cukierek mnie nie potrąciła,
jak rzuciła się w dół schodów. - Cholera, gdybyś tylko ruszała się tak szybko za moimi
ciasteczkami, byłbym szczęśliwym facetem.
- Zamknij
się!
- Hej! – Dotarłem do szczytu następnych
schodów. – Nie chcesz wiedzieć, na co ciasteczka są słowem klucz?
- Nie! Dobry Boże, nie!
Odchyliłem
głowę i roześmiałem się, gdy ostatnie kosmyki miedzianych włosów zniknęły mi z
oczu. Nie wiedziałem co było takiego w Avery Morgansten, ale była lepsza od
cichej dziewczyny w gimnazjum, która okazała się lubić dziewczyny.
O wiele
lepsza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz