26.10.13

Trzy

Nigdy nie byłem poranną osobą, ale dzisiaj wstałem o brzasku, przesypiając tylko parę godzin. Podczas gdy Ollie wciąż leżał nieprzytomny na kanapie, twarzą w dół, jedno ramię leżało na podłodze, ja ugotowałem cztery jajka, zjadłem je i wziąłem trochę ciastek na drogę.
Ollie nadal nie poruszył się, kiedy trzasnąłem za sobą drzwiami.
Przybyłem do kampusu, dziwnie wcześnie prawdopodobnie po raz pierwszy w moim życiu i skierowałem się do Budynku Roberta Byrda. Znajdując się już w klasie astronomicznej, mój wzrok od razu zaczął skanować pomieszczenie.
Gdybym był Cukierkiem, to gdzie bym usiadł? Zapewne na tyle klasy.
Odszukałem znajomą pochyloną głowę. W słabo oświetlonej klasie jej włosy nie były tak rude jak w świetle słonecznym. Czemu w ogóle to zauważyłem było poza moim pojęciem. A dlaczego poszedłem prosto do niej było jeszcze bardziej niezrozumiałe.
W gimnazjum byłem zadurzony w jednej dziewczynie z mojej klasy. Była bardzo podobna do Cukierka – mała, rzadko mówiła, nerwowa tak jak te małe pieski, które cały czas trzęsły się. Ale kiedy uśmiechała się, wydawało się, że wznosi się pieprzone słońce. Nigdy nie poświęciła mi uwagi, ale jak prostak każdego dnia nie mogłem doczekać się zobaczenia jej. W liceum okazało się, że lubiła dziewczyny nie chłopaków, co zapewne wyjaśniało, dlaczego nie miała we mnie absolutnie żadnego zainteresowania.
Przesuwając ręką po pasku mojej torby na książki, łatwo mogłem przyznać, że byłoby cholernie rozczarowujące, gdyby tak samo było z Cukierkiem.
Podszedłem do Avery, a ona nie miała bladego pojęcia, że tam byłem. Ramiona wysunięte do przodu, prawa ręka bawiąca się bransoletką na jej lewym nadgarstku. Patrzyła prosto przed siebie, napięty wyraz jej twarzy mówił mi, że mogła być fizycznie obecna, ale nie była w tym pomieszczeniu.
Czy Cukierek była kiedykolwiek zrelaksowana? Nie wyglądało na to.
Zerknąłem na przód klasy, gdzie siedziało kilka osób, które znałem. Powinienem pójść tam. Zamiast tego wszedłem w rząd miejsc. Cukierek nadal nie zauważyła, że tam byłem.
- Dobry, kochanie – odezwałem się, postanawiając najpierw usiąść.
Cukierek drgnęła jak przestraszona kotka, obracając się na siedzeniu. Opadła jej szczęka, gdy jej wzrok spotkał się z moim. Nic nie powiedziała, jak usiadłem obok niej.
- Wyglądasz dziś rano trochę marnie – skomentowałem.
Zacisnęła wargi. – Dzięki.
- Nie ma za co. Cieszę się widząc, że dotarłaś na czas do klasy. – Zniżyłem się, podnosząc stopy na siedzenie przede mną. - Choć trochę brakuje mi tego całego wpadania na siebie. Zapewniało dużo ekscytacji.
- Ja za tym nie tęsknię. – Zaczęła grzebać w swojej torbie, wyciągając zeszyt w nieskazitelnym stanie. Nie mogłem sobie przypomnieć ostatniego razu, kiedy kupiłem na zajęcia nowy zeszyt. Byłem zwolennikiem ich przetwarzania. – To było naprawdę żenujące.
- Nie powinno być.
- Łatwo ci mówić. To w ciebie wpadnięto. To ja wpadłam.
Otworzyłem usta, czując narastający w gardle śmiech, ale wtedy mój mózg przetworzył słowo „wpadłam” i musiałem rozchylić trochę uda, żeby było mi wygodnie. Wiele rzeczy mogłem zrobić z tym komentarzem. Wszystkie stanęła na końcu mojego języka. Niektóre spaliłby uszy striptizerek, ale jedno spojrzenie na Cukierka powiedziało mi, że nie wyszłoby to na dobre.
Jej twarz była tak czerwona, jak okładka zeszytu, na który obecnie patrzyła. Ta laska… cholera, była taka niezręczna – ujmująco niezręczna. Zastanawiałem się czy była uczona w domu podczas liceum.
Gdy jej niezręczność była cholernie urocza i ujmująca, poszukałem czegoś poza tematem. - Rafael ma się świetnie, tak w ogóle.
Mały uśmiech pojawił się na tych ładnych ustach. - Dobrze słyszeć. Nasikał ci na rękę?
- Nie, ale było blisko. Przyniosłem ci coś.
- Siki żółwia?
Roześmiałem się, rozbawiony jej szybkością i wyciągnąłem program nauczania, dostrzegając ciasteczka, które wziąłem ze sobą. - Przykro mi cię zawieść, ale nie. To program nauczania. Wiem. Ekscytujące gówno, ale pomyślałem, że skoro nie przyszłaś na zajęcia w poniedziałek, to będziesz tego potrzebować, więc wziąłem to od profesora.
- Dziękuję. To bardzo życzliwe.
- Cóż, przygotuj się. W tym tygodniu jestem bardzo życzliwy. Przyniosłem ci coś jeszcze.
Zaczęła przygryzać koniec długopisu, jak wyciągnąłem serwetkę. - Ciasteczko dla ciebie. Ciasteczko dla mnie.
Powoli upuszczając długopis, potrząsnęła głową. – Nie musiałeś tego robić.
Nie przyniosłem jej złotego pierścionka. – To tylko ciasteczko, kochanie.
Raz jeszcze pokręciła głową, wpatrując się we mnie. Pomyślałby kto, że dawałem jej narkotyki czy coś. Wzdychając, zakryłem jedno ciasteczko serwetką i bezceremonialnie upuściłem je na jej zeszyt. - Wiem, że mówią, iż nie powinno brać się cukierków od nieznajomych, ale to ciasteczko, nie cukierek i technicznie ja nie jestem nieznajomym.
Gapiła się na mnie bez słowa.
Obserwując ją spod rzęs, ugryzłem drugie ciastko i zamknąłem oczy. Odchyliłem głowę, jak pokryte czekoladą orzechy włoskie zatańczyły na moich kubkach smakowych. Jęknąłem, dokładnie wiedząc, co robiłem. Moje ciasteczka były cholernie dobre, więc następny dźwięk, który wydałem nie był przesadą.
- Czy naprawdę jest takie dobre? – zapytała.
- O tak, jest najlepsze. Mówiłem ci ostatniej nocy. Byłoby lepsze, gdybym miał mleko. – Wziąłem kolejny gryz. – Mmm, mleko.
W nadchodzącej ciszy, uchyliłem jedno oko, powstrzymując uśmiech. Obserwowała mnie z lekko rozchylonymi ustami. - To połączenie orzechów i czekolady. Mieszasz to razem i jest to jak wybuch seksu w twoich ustach, ale nie tak brudny. Jedyną lepszą rzeczą byłyby te maleńkie Reese’s Cups. Kiedy ciasto jest ciepłe, wrzucasz to… W każdym razie, musisz go spróbować. Weź mały gryz.
Opuściła wzrok na ciastko leżące na jej kolanach i wypuściła cichy oddech. Podnosząc ciasteczko, odgryzła kawałek.
Nie mogłem przestać na nią patrzeć. – Dobre? Prawda?
Potaknęła.
- Cóż, mam ich całą tonę w domu. Tylko mówię… - Moje spojrzenie było w niej utkwione. Kto wiedział, że patrzenie jak dziewczyna je ciastko może być takie interesujące? Gdy otarła swoje smukłe palce, ruszyłem się bez namysłu.
Ciepło mojego kolana muskającego jej przesunęło się wzdłuż mojej nogi, kiedy odwróciłem się w miejscu, wyciągnąłem rękę i zabrałem od niej serwetkę. – Okruch.
- Co?
Pustą ręką przeciągnąłem kciukiem po jej dolnej wardze. Coś strzeliło wzdłuż mojego ramienia, kierując się prosto do mojego penisa. Znieruchomiała, jej klatka piersiowa uniosła się gwałtownie, a oczy rozszerzyły. Moja dłoń pozostała dłużej niż powinna, ale nie tak długo jak chciałem. Jej warga była miękka pod moim palcem, broda gładka przy wnętrzu mojej ręki. Zmusiłem się do cofnięcia.
Na jej wardze nie było żadnego okrucha. Byłem kłamcą. Ale chciałem jej dotknąć.
- Mam go. – Uśmiechnąłem się.
Wyglądała na podenerwowaną. Nie zdenerwowaną, ale wytrąconą z równowagi. Próbowałem poczuć jakieś poczucie winy za dotknięcie jej, ale nie potrafiłem. Nie byłem pewien, co to o mnie mówiło.
Ale wtedy profesor Drage w końcu wkroczył do klasy. Drage był dziwnym facetem. Zielony poliestrowy garnitur był podstawą. Kiedy brałem te zajęcia po raz pierwszy, zdarzało mi się łączyć swój ubiór z pomarańczowym kolorem. Vansy i krawat w kratkę nie zmieniały się od lat.
Przesunąłem się w miejscu, spoglądając na Cukierka. Jej mina była bezcenna. Zachichotałem. - Profesor Drage jest bardzo… wyjątkowym człowiekiem.
- Widzę – mruknęła.
Profesor Drage rozpoczął wykład. Nie byłem pewien na jaki temat. Szczerze, to nie zwracałem uwagi. Większość z tych rzeczy już znałem, a słuchanie tych bzdur raz jeszcze przypomniało mi mój pierwszy rok studiów, coś o czym nie lubiłem myśleć.
Jedna noc całkowicie spieprzyła ścieżkę mojego życia.
Wyrzucając to z głowy, zacząłem szkicować. Nim się zorientowałem, zdołałem narysować Wielką Stopę, a zajęcia dobiegały końca w typowym stylu Drage’a.
Zaczął rozdawać mapy gwiazd. - Wiem, że dziś jest dopiero środa, ale tu jest wasze pierwsze zadanie na weekend. Niebo ma być czyste jak pupa niemowlaka w sobotę.
- Czyste jak pupa niemowlaka? – wymamrotała Avery.
Zachichotałem.
- Chcę, żebyście znaleźli Coronę Borealis na niebie – prawdziwym, najprawdziwszym, nocnym niebie – wytłumaczył profesor Drage. - Nie będziecie potrzebować teleskopu. Użyjcie swoich oczu, okularów, soczewek, czegokolwiek. Możecie ją zobaczyć w piątkową lub sobotnią noc, ale pogoda wygląda pobieżnie w piątek, więc wybierzcie mądrze.
- Chwila – powiedział ktoś z przodu. – Jak używa się tej mapy?
Podałem Cukierkowi mapę i kartki w kratkę.
Profesor Drage zatrzymał się i przeszył dzieciaka wzrokiem, które pytało „jesteś głupi?”. – Patrzy się na nią.
Student nachmurzył się. - Wiem, ale podnosimy ją do nieba czy coś?
- Pewnie. Możecie to zrobić. Albo możecie popatrzeć na każdą z konstelacji, zobaczyć jak one wyglądają, a potem użyć własnych oczu i mózgów, żeby znaleźć ją na niebie. – Drage zamilkł. – Lub użyć Google. Chcę, żebyście wszyscy zaczęli zaznajamiać się z obserwowaniem gwiazd… - Przestałem słuchać w połowie tego, o czym mówił, wracając na koniec. - Więc spotkajcie się ze swoim partnerem i wybierzcie czas. Kartka ma być do mnie zwrócona w poniedziałek. To wszystko na dziś. Powodzenia i niech moc wszechświata będzie dzisiaj z wami.
- Partnerem? – Avery gorączkowo rozejrzała się po klasie. - Kiedy wybieraliśmy partnerów?
- W poniedziałek – wyjaśniłem, wsadzając zeszyt do plecaka. – Nie było cię tutaj.
Cukierek wyglądała jakby miała zemdleć, jak pochyliła się do przodu na siedzeniu. – Avery?
Nabrała kilka głębokich oddechów, tak jakby powstrzymywała atak paniki.
Wygiąłem brew. – Avery.
Rzuciła spojrzenie na drzwi, za którymi zniknął Drage. Jej knykcie były blade od mocnego uchwytu na jej zeszycie.
- Avery.
- Co? – zapytała gniewnie, przenosząc wzrok na mnie.
- Jesteśmy partnerami.
Głęboka szczelina utworzyła się między jej brwiami. – Co?
- Jesteśmy. Partnerami. – Westchnąłem. - Drage kazał klasie wybrać sobie partnerów na samym początku zajęć w poniedziałek. Wszedłem po tym i na koniec powiedział mi, że mam wybrać sobie partnera z kimkolwiek kto dołączy na zajęcia w środę albo będę sam. A skoro nie lubię pomysłu bycia bez partnera, ty i ja jesteśmy partnerami.
Gapiła się na mnie, jakbym mówił po łacinie. - Mamy wybór żeby robić to samemu?
- Ta, ale kto chce iść patrzeć na niebo w nocy samemu? – Wstając, zarzuciłem torbę przez ramię i wyszedłem z rządu. – W każdym razie, znam idealne miejsce, gdzie możemy zrobić nasze zadanie. Musi to być w sobotę, bo mam plany w piątek.
Do bani, denerwujące jak cholera plany w piątek.
- Poczekaj. – Pośpieszyła za mną. – Ja tak.
- Masz plany w sobotę? – Chwila. Co mogłaby robić w sobotni wieczór? Nie mogę opuścić piątkowych planów, ale… – Cóż, mogę…
- Nie. Nie mam planów w sobotę, ale nie musimy być partnerami. Mogę to zrobić sama.
Zatrzymałem się przed drzwiami, niepewny czy dobrze ją usłyszałem. - Dlaczego chciałabyś robić całe zadania – a jeśli spojrzysz na jego zakres zajęć, jest ich dużo – całkiem sama?
Cofnęła się trochę. - Cóż, tak naprawdę nie chcę. Ale nie musisz być moim partnerem. Nie jesteś mi nic winien ani nic.
- Nie rozumiem o czym mówisz. – Szczerze, poważnie, na sto procent, nie rozumiałem o czym mówiła.
- Mówię o tym, że… - Urwała, jej brwi znowu utworzyły głębokie V. - Dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
Moje usta uformowały się wokół słów „co do cholery”. – Czy to poważne pytanie?
Cukierek spuściła wzrok. – Tak.
Wpatrywałem się w nią, czekając aż powie, że żartuje, ale tego nie zrobiła. W mojej piersi utworzył się węzeł, pojawiając się nie wiadomo skąd. Niespodziewanie było to dla mnie boleśnie oczywiście, naprawdę boleśnie. Cukierek nie była tylko niezręczna, wyraźnie była też po stronie braku przyjaciół i nie wiem dlaczego tak to na mnie zadziałało. Nie powinno było. Ledwo co znałem tę dziewczynę, a wprowadzanie jej do rozmowy było tak proste jak rozbrajanie bomby zębami, ale naprawdę mnie to obchodziło.
Syndrom odrzuconych istot znowu atakuje.
Wziąłem głęboki wdech. - Dobra, sądzę, że jestem po prostu miłym facetem. A ty jesteś oczywiście nowa – studentka pierwszego roku. Wydawałaś się trochę zagubiona w poniedziałek a potem uciekłaś, nawet nie chciałaś wejść do klasy, a ja…
- Nie chcę twojej litości. – Wciągnęła przenikliwy odgłos.
Skrzywiłem się gniewnie na tę insynuację. - Nie masz mojej litości, Avery. Mówię tylko, że wydawałaś się być zagubiona w poniedziałek i pomyślałem, że będziemy partnerami.
Zwątpienie przeszło po jej rysach.
– Widzę, że mi nie wierzysz. Może to ciasteczko? Odmówiłaś spróbowania moich ciasteczek ostatniej nocy i szczerze zamierzałem zjeść drugie ciasteczko, ale wyglądałaś na tak zmęczoną i smutną siedząc tam, że pomyślałem, że ty potrzebujesz ciasteczka bardziej niż ja.
Co być może było kłamstwem. Była dobra szansa, że zabrałem dwa ciastka, ponieważ Cukierek mogła się pojawić. Jednak mogę doczytywać się w tym zbyt wiele.
Patrzyła na mnie, jakbym był zagadką, a szczerze to nie byłem tak skomplikowany.
- I jesteś ładna – dodałem.
Zamrugała. – Co?
Starając się i ponosząc porażkę w ukryciu mojego rozbawienia, obróciłem się i otworzyłem drzwi, wyprowadzając ją na korytarz. - Nie mów mi, że nie wiesz, że jesteś ładna. Jeśli tak, to stracę całą wiarę w ludzkość. Nie chcesz być za to odpowiedzialna.
- Wiem, że jestem ładna… to znaczy, nie o to mi chodziło. – Zamilkła, jęcząc. – Nie myślę, że jestem brzydka. O to mi…
- Dobrze. Teraz już to rozwiązaliśmy. – Pociągnąłem za jej torbę, prowadząc ją do schodów. – Uważaj na drzwi. Potrafią być podstępne.
- Co ten komentarz z ładnością ma z czymkolwiek wspólnego?
- Zapytałaś mnie, dlaczego jestem dla ciebie miły. Jest to wzajemnie korzystne.
Cukierek zatrzymała się za mną. - Jesteś dla mnie miły, bo myślisz, że jestem ładna?
- I dlatego, że masz brązowe oczy. Mam słabość do starych dużych brązowych oczu. – Zaśmiałem się. – Jestem bardzo płytkim chłopcem. Hej, to pomaga że jesteś ładna. Wyciąga to ze mnie miłego faceta. Sprawia, że chcę dzielić się z tobą ciasteczkami.
- Więc gdybym była brzydka, nie byłbyś dla mnie miły?
Obróciłem się do niej twarzą. - Wciąż byłbym dla ciebie miły, gdybyś była brzydka.
- Dobra.
Uśmiechnąłem się szeroko, jak schyliłem brodę, przybliżając nasze usta. - Tylko nie zaproponowałbym ci żadnych ciasteczek.
Założyła ramiona. - Zaczynam myśleć, że ciasteczka są słowem klucz na coś innego.
- Może są. – Znowu pociągnąłem za jej torbę, schodząc jeden stopień w dół. – I pomyśl o tym. Jeśli ciasteczko byłoby słowem klucz, cokolwiek to symbolizuje, było w twoich ustach, kochanie.
Patrzyła na mnie przez chwilę, po czym roześmiała się. Dźwięk ten był niewypróbowany i ochrypły, jakby nie często się śmiała, a to spowodowało, że ten dziwny węzeł w mojej klatce piersiowej zaczął pulsować. – Jesteś naprawdę…
- Zdumiewający? Niesamowity? – Chciałem znowu usłyszeć jej śmiech. – Cudowny?
- Zamierzałam powiedzieć dziwaczny.
- Cóż, do diabła, jeśli miałbym uczucia, to mogłoby zaboleć.
Uśmiechnęła się, a to znaczyło, że ponownie byliśmy blisko uśmiechania się. - Przypuszczam, że to dobrze, że nie masz tych uczuć, co?
- Tak sądzę. – Zeskoczyłem na półpiętro. - Lepiej się pospiesz albo spóźnisz się na swoje następne zajęcia.
Wytrzeszczała oczy i zaśmiałem się, odsuwając się z drogi, żeby Cukierek mnie nie potrąciła, jak rzuciła się w dół schodów. - Cholera, gdybyś tylko ruszała się tak szybko za moimi ciasteczkami, byłbym szczęśliwym facetem.
- Zamknij się!
- Hej! – Dotarłem do szczytu następnych schodów. – Nie chcesz wiedzieć, na co ciasteczka są słowem klucz?
- Nie! Dobry Boże, nie!
Odchyliłem głowę i roześmiałem się, gdy ostatnie kosmyki miedzianych włosów zniknęły mi z oczu. Nie wiedziałem co było takiego w Avery Morgansten, ale była lepsza od cichej dziewczyny w gimnazjum, która okazała się lubić dziewczyny.

O wiele lepsza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz