26.10.13

Cztery

Istniały chwile w moim życiu, kiedy nie miałem pojęcia jak dostałem się tam, gdzie byłem. Co dokładnie stało się, żeby stworzyć sytuację, w której byłem?
Steph, mająca na sobie kolejną spódniczkę, która zaledwie zakrywała jej tyłek, przesunęła ręką po moim ramieniu. Powiedziała coś, szepnęła mi do ucha, ale tak naprawdę nie skupiałem na niej uwagi.
Przeniosłem wzrok z telewizora na gumkę do włosów leżącą na stoliku do kawy.
Och, tak to wszystko się zaczęło.
Wiadomość od Steph twierdzącej, że zostawiła w moim mieszkaniu coś „super ważnego” po imprezie. Gumkę do włosów. Gdybym tylko wiedział, że to tego szukała, poszedłbym do sklepu i kupił jej całą paczkę gumek do włosów.
- Chcesz, żebym przyniosła ci piwo z lodówki? – zapytała.
Naprawdę była idealną kobietą. – Nie. Nie trzeba.
Czułem jej wzrok na sobie, jak podniosłem szklankę wody i upiłem z niej. Piwo. Ja. Steph. Nikogo innego w mieszkaniu. Niedobre połączenie. Albo może dobre, zależy jak się na to patrzyło.
Przytulając się do mojego boku, jej pełne piersi przycisnęła się do mojego ramienia.
Musiałem popatrzyć na to jak na dobrą rzecz, zamiast zastanawiać się w jaki sposób kanapa, na której mogłem się rozłożyć, nagle była zbyt mała.
- Rozpoczynasz nowy rozdział życia czy coś? – zapytała, skupiając wzrok na telewizorze, gdy przesuwała paznokciami wzdłuż mojego ramienia. Oglądałem powtórkę boksu i wątpiłem, żeby była tym taka zainteresowana. – Już nie pijesz?
Zaśmiałem się cicho. – Nie. Po prostu dzisiaj tego nie czuję.
- Och. – Ręka Steph przesunęła się z mojego ramienia na środek torsu. – A co dzisiaj czujesz?
Podchwytliwe pytanie, więc nic nie powiedziałem, kiedy pokryta rękawicą pięść uderzyła w szczękę. Steph wzięła moje milczenie tak jak chciała, zsuwając dłoń po gołej skórze moich mięśni brzucha. Krew podążyła za koniuszkami jej palców, jak minęły pępek, sięgając paska moich spodenek.
Moje ciało było zainteresowane tym, co miało się stać, pogrubiając się i powiększając, rozciągając się, aby spotkać jej wędrowne palce. A moje ciało bardzo dobrze znało jej palce, pamiętały, jaka była zręczna. Ale moja głowa nie była nawet w tym samym miejscu co mój kutas.
Opierając głowę o kanapę, wolno wypuściłem powietrze. Nie było nic cholernie złego z tym, co się działo. Jej szybkie palce przemknęły po mojej bezwładnej ręce, przesuwając się po biodrze. Mięśnie podskoczyły w odpowiedzi. Tak jak coś innego.
Zamknąłem oczy, głęboko wdychając powietrze. Nie waliło mi mocno serce. Myślałem o spotkaniu, na którym będę musiał być obecny w piątkowy wieczór. I myślałem o sobotnim wieczoru i gwiazdach, kiedy jej dłoń objęła moje przyrodzenie, łapiąc mnie przez nylonowe szorty. Impuls wystrzelił w mój kręgosłup, jak poruszyła do góry ręką.
Przyjemność zawirowała w moim brzuchu i wiedziałem, że jeśli pozwolę jej kontynuować, to będzie mi się podobać. Już było to cholernie przyjemne. Zawsze było, ale ja nie odwzajemniłbym czynu. Kilka tygodni temu zrobiłbym to z samej zasady. Wziąć. Dać. Ale teraz nie miałem na tyle ochoty, żeby to zrobić, a to nie było w porządku.
- Hej – powiedziałem szorstkim głosem i delikatnie chwyciłem ją za ramię, odsuwając jej rękę.
Jej idealne wargi zrobiły idealne O. – Co?
- Nie czuję tego. – Podniosłem jej dłoń do ust i pocałowałem jej wnętrze, zanim położyłem ją na jej udzie. Mój penis już był miękki. – Okej?
Zdziwienie przeszło po jej twarzy, a część mnie była wstrząśnięta. Czy naprawdę właśnie jej odmówiłem? Naprawdę.
Róż pojawił się na jej opalonych policzkach, gdy odwróciła spojrzenie na telewizor, a ja, cóż, czułem się jak dupek. Szlag. Siadając prosto, położyłem ręce na kolanach. – Chcesz coś zjeść?
W milczeniu pokręciła głową.
Podwójny szlag. – Posłuchaj, Steph, to nie chodzi o ciebie i mówię poważnie. Po prostu czuję się dzisiaj dziwnie. W porządku?
Steph zerknęła na mnie i powoli potaknęła. – Dobrze.
Wypuściłem oddech z ulgą. Tak jak mówiłem wcześniej, Steph była dobrą dziewczyną i mieliśmy historię. Po prostu teraz było inaczej. Została jeszcze przez chwilę, a potem była gotowa pójść. Wstałem, żeby ją odprowadzić. Przy drzwiach odwróciła i stanęła na palcach, całując mnie w policzek.
Zaśmiałem się. – Za co to było?
Steph wzruszyła ramionami, jak zamknąłem za nami drzwi. – Idziesz na imprezę bractwa? – zapytała.
- Mam plany – powiedziałem jej.
Ładnie wydęła usta. – Nie możesz ich opuścić w piątkowy wieczór?
Wyciągając rękę, pociągnąłem za kosmyk miękkich, czarnych włosów. – Wiesz, że nie mogę, kochanie. Może następnym razem.
- Jesteś do bani. – Ale uśmiechnęła się, szturchając mnie biodrem.
- Prawda.
Skierowaliśmy się do jej samochodu, a kiedy potknęła się na ścieżce sypkiego żwiru, złapałem ją za ramię, podtrzymując ją. – Nie piłaś dzisiaj nic? – zapytałem, mrużąc oczy. – Prawda?
Światło księżyca przesunęło się po jej twarzy, jak odchyliła głowę i roześmiała się gardłowo. – Nie. – Walnęła mnie w klatkę piersiową. – A co, gdybym piła? Pozwolisz mi spędzić u siebie noc?
- Wsadziłbym cię do mojego auta i odwiózł do twojego akademika.
Wywróciła oczami. – To brzmi jak wielka zabawa.
Zatrzymaliśmy się za jej sedanem i przyciągnąłem ją na szybki uścisk. – Napisz do mnie, kiedy wrócisz do akademika.
Ponownie zaśmiała się, odsuwając. – Poważnie?
Rzuciłem jej spojrzenie. – Wiesz, że mówię poważnie. Jest późno. Wiele ludzi na świecie jest pieprzenie do bani, więc napisz do mnie.
- A co jeśli tego nie zrobię?
Zmrużyłem oczy. – Zrobisz.
- Okej. Zrobię. – Steph roześmiała się, idąc do drzwi od strony kierowcy. – Na razie, Cam.
Wycofując się, patrzyłem jak wyjeżdża z miejsca parkingowego, po czym odwróciłem się, kierując z powrotem do środka. W połowie drogi przez parking, spojrzałem w stronę mieszkania Cukierka. Nie było zapalonych świateł i mogłem się założyć, że już leżała w łóżku. Czy zakładała do łóżka bluzki z długim rękawem? Czy może spała nago?
Do głowy wtargnął mi obraz jej nagiej z miedzianymi włosami rozłożonymi wokół niej jak aureola.
Mój penis raz jeszcze obudził się do życia.
- Niech to szlag – mruknąłem.
To będzie długa noc.

Czwartkowy poranek był porankiem IHOP[1] albo przynajmniej za taki uznał go Ollie, kiedy wyszedł z łóżka i wpadł do mojego pokoju. Zabierając czapkę z podparcia kanapy, zobaczyłem gumkę do włosów Steph na stoliku do kawy i wywróciłem oczami.
Super ważna.
Ollie był już na zewnątrz, a gdy podszedłem do drzwi, wyłapałem w powietrzu zapach deszczu. Jak tylko zamknąłem za sobą drzwi, zorientowałem się, że nie był sam.
- Avery – powiedział Ollie. - Cam powiedział mi twoje imię.
Mentalna notatka dla siebie: potem kopnąć Olliego w jaja.
Była chwila ciszy, po czym. - Och. Więc… um, idziesz do…
- Ej, palancie, zostawiłeś otwarte drzwi! – Założyłem czapkę, omijając schody. Poniżej miałem widok na to jak niebieskie spodnie Avery obejmowały jej tyłek. Ładnie. – Hej, co robisz z moją dziewczyną?
Ollie uśmiechnął się do mnie, ale moja uwaga skupiona była na Cukierku. Ta dziewczyna musiała nosić mało makijażu albo w ogóle, bo jej twarz była… świeża. Naturalna. Podobało mi się to. Jej spojrzenie spotkało się z moim, po czym pomknęło w inną stronę.
- Tłumaczyłem jej, jak radzę sobie z dwoma imionami – powiedział Ollie.
- Naprawdę? – Dogoniłem ich, obejmując ramieniem jej barki. Potknęła się i napiąłem ramię, przyciągając ją do mojego boku. W głębi myśli myślałem, że idealnie tam pasuje. - Hola, kochanie, prawie cię tu straciłem.
- Spójrz na siebie. – Ollie zeskoczył ze schodów jak żaba. - Sprawiasz, że dziewczyna potyka się o własne nogi.
Zaśmiałem się, nie zabierając z niej ramienia i obróciłem moją czapkę do tyłu. - Nie mogę nic na to poradzić. To mój magnetyczny urok.
- Lub mógł być to twój zapach. – Ollie uśmiechnął się szeroko. - Nie jestem pewien czy słyszałem dziś rano prysznic.
Sapnąłem. - Czy ja źle pachnę, Avery?
- Pachniesz świetnie – odparła, a wtedy czerwony rumieniec pojawił się na jej policzkach. - To znaczy, nie pachniesz źle.
Instynkt podpowiedział mi, że miała na myśli coś zupełnie innego. - Zmierzasz na zajęcia?
Cukierek nic nie powiedziała, jak schodziliśmy po schodach, ale jej twarz była zmarszczona, jakby głęboko nad czymś myślała.
- Avery?
Wywinęła mi się i ja zmrużyłem oczy, kiedy pośpiesznie odeszła. - Tak, idę na sztukę. A co z wami?
Dogoniłem ją na trzecim piętrze, niech mnie szlag trafi, gdybym tak łatwo pozwolił jej uciec. - Idziemy na śniadanie. Powinnaś opuścić i do nas dołączyć.
Zacisnęła rękę na swojej torbie. - Sądzę, że już wystarczająco opuściłam w tym tygodniu.
- Ja opuszczam – oświadczył Ollie - ale Cam nie ma zajęć do południa, więc jest dobrym chłopcem.
- A ty jesteś złym chłopcem? – zapytała.
Szeroko uśmiechnął się do Cukierka, takim uśmiechem, który widziałem, jak dawał niezliczonej ilości dziewczyn. - Och, jestem bardzo złym chłopcem.
Mrowiła mnie skóra, jak posłałem Olliemu spojrzenie. - Ta, zły w pisowni, matematyce, angielskim, sprzątaniu po sobie, rozmawianiu z ludźmi i mógłbym tak dalej.
- Ale jestem dobry w rzeczach, które się liczą – odpowiedział Ollie.
- A co to są za rzeczy? – zapytałem, jak wyszliśmy pod chmury grube od deszczu. To będzie jeden z tych dni.
Ollie odwrócił się do nas, idąc tyłem. Czerwony wóz zaczął się wycofywać, ale on szedł dalej, zmuszając auto do zahamowania. Potrząsnąłem głową. Uniósł opaloną rękę i zaczął odhaczać palce. - Picie, przebywanie z ludźmi, snowboarding i piłka nożna – pamiętasz ten sport, Cam? Piłkę nożną?
Gapiłem się na niego. - Ta, pamiętam, dupku.
Ollie, prawdopodobnie nie mając pojęcia, co właśnie zrobił, obrócił się na pięcie i skierował do mojego samochodu. W mojej szczęce zaczął drgać mięsień. Wsadziłem ręce do spodni, zerkając na Cukierka. – Do zobaczenia, Avery.
Zostawiając ją, dołączyłem do Olliego przy moim aucie. Zamiast odblokować wszystkie drzwi, odblokowałem tylko moje i wsiadłem do środka, trzaskając za sobą drzwiami.
- Halo. – Usłyszałem stłumiony głos Olliego.
Ignorując go, odpaliłem samochód. Duża, gruba kropla deszczu roztrzaskała się o przednią szybę i uśmiechnąłem się, patrząc na niebo.
- Hej!
Powoli uniosłem rękę, pokazując mu palec.
Ollie podskoczył, kiedy niebo otworzyło się w ulewie, wyjąc jak ranne zwierzę. Dopiero kiedy miał przyklejone włosy do czaszki, odblokowałem jego drzwi.
Wsiadł do środka, drżąc. – Co do cholery, stary?
- Zasłużyłeś. – Zmieniłem na wsteczny bieg, wycofując. Jedno spojrzenie na zmarszczone czoło Olliego powiedziało mi, że dręczył swój mózg, zastanawiając się, co zrobił. Westchnąłem. – Naprawdę musisz odstawić trawkę.
- Gdybym usłyszał to raz, słyszałem to milion razy, ale Mary Jane kocha mnie i jest jedyną dziewczyną, którą kocham ja.
Przeciągając ręką po mojej bejsbolówce, pokręciłem głową. – Pieprzony hipis.
Ollie potrząsnął głową jak mokry pies, zalewając wnętrze kropelkami chłodnej wody. Musiał coś znaleźć w mózgu, bo opadł na siedzenie. – Cholera, stary. Nie myślałem.
Wykrztusiłem śmiech, wyjeżdżając z parkingu, jadąc jeden samochód za Cukierkiem. – Ogromna niespodzianka.
Ollie patrzył przed siebie, po jego normalnym uśmiechu nie było śladu. – Czasami zapominam, wiesz? Wydaje się, jakby to było wieki temu.
Szlag, chciałbym też zapomnieć, zwłaszcza teraz, gdy patrzyłem jak samochód Cukierka skręca w lewo, w kierunku kampusu.
Zerknął na mnie. – Przepraszam, stary. Naprawdę. Wiem, jak wiele znaczyła dla ciebie piłka nożna.
Z roztargnieniem kiwnąłem głową i skręciłem w prawo, kierując się do obwodnicy, która zabierze nas do Charles Town. Piłka nożna była moim życiem od chwili, kiedy tata zapisał mnie do miejscowej ligi dla maluchów i przez lata udoskonalałem moje umiejętności napastnika, środkowej pozycji strzeleckiej. Byłem też bardzo dobry i nie było tajemnicą, że kiedy zapisałem się do Shepherda i trzy lata temu utworzyłem ich zespół piłkarski, nie miałem żadnych planów, aby tutaj zostać. Czekałem na właściwy moment, żeby móc zdać pobory do D.C. United. Dzięki piłce nożnej poznałem Jase’a i Olliego. Piłka nożna była moim zdrowy rozsądkiem.
Ale teraz jedyną rzecz, jaką robiłem z piłką nożną było trenowanie letniego programu ligowego jak praca społeczna. Już nie będzie piłka nożnej. Co najmniej przez jakiś czas, a zapewnił to jeden akt gniewu.

Większość ludzi w moim wieku spędzało piątkowy wieczór na piciu i spędzaniu czasu z przyjaciółmi. Ja spędzałem mój piątkowy wieczór siedząc w kółku – tak, pieprzonym kółku – słuchając problemów ludzi. Niektórzy faceci w tej grupie nie byli źli. Na przykład Henry. Upił się jednej nocy i wdał się w bójkę w barze. Nie był psychopatą. Nie był nim również Aaron, który najwyraźniej miał jakieś problemy ze wściekłością. Nie byłem pewien co do paru innych facetów i takiej jednej laski z bladym makijażem i ciężką, czarną kredką do oczu. Byli trochę straszni.
Popieprzoną rzeczą było to, że nawet nie byłem tutaj najmłodszą osobą. Zdecydowanie nie.
Miałem tylko… jeszcze dziesięć pieprzonych miesięcy do końca.
Potrafię to zrobić.. Poważnie. Z łatwością to zrobię.
- Cameronie? – Odchrząknął doktor Bale, a ja chciałem uderzyć się w gardło. – Chciałbyś podzielić się czymś dzisiaj?
To była część, której nie potrafiłem zrobić. Bzdury z rozmawianiem-o-sobie przy obserwującej mnie grupie nieznajomych. Podniosłem wzrok, a współczucie przemknęło po twarzy Henry’ego zanim odwrócił spojrzenie.
- Nie – odparłem. – Nie bardzo.
Gotka – która podobno miała szczególne upodobanie do noży – oparła się o swoje krzesło, krzyżując ramiona pokryte czarnymi tatuażami. – On nigdy niczym się nie dzieli.
Zacisnąłem usta, żeby nie zostać pchnięty nożem.
- To prawda. – Doktor Bale poprawił swoje druciane okulary. – Ledwo co wnosisz do grupy, Cameronie.
Wzruszając ramionami, wyprostowałem się i zsunąłem niż bejsbolówkę. – Po prostu wszystko zapamiętuję.
Na szczęście Henry wkroczył do akcji, odwracając uwagę i płynąłem pod radarem do końca sesji, ale kiedy wstałem, żeby wyjść, wezwał mnie doktor Bale.
Świetnie.
Jak wszyscy wyszli z pokoju, opadłem na metalowe, składane krzesło i pochyliłem się do przodu, opierając łokcie na kolanach. – Co jest?
Doktor Bale schylił się, wyciągając folder z plastikowego pojemnika obok siebie. – Chciałem się upewnić, że wynosisz coś z tych spotkań, Cameronie.
Uch. Nie. Nie, nic nie wynosiłem. – Tak.
Przyjrzał mi się, zahaczając nogę o kolano i oparł się o krzesło. – Mało co powiedziałeś o wydarzeniu.
- Nie ma nic do powiedzenia.
- Jest wiele do powiedzenia. – Uśmiechnął się, urywając, a skóra wokół jego oczu zmarszczyła się. - Wiem, że na początku trudno jest mówić przed ludźmi, ale masz z nimi wspólne rzeczy.
Zesztywniałem. – Nie wiem czy mam z nimi wiele wspólnego.
- Jesteś tego pewien?
Wzdychając, popatrzyłem na białe ściany. Były pokryte plakatami. Tymi, które mówiły o rozmawianiu zamiast zadawaniu ciosów pięściami.
- Czy bierzesz to na poważnie, Cameron?
- Tak. – Zmusiłem się, żeby nie szukać jedynego zegara w pokoju, który znajdował się za mną.
- Dobrze. Nie chciałbym, żebyś nie wykorzystał tej cudownej okazji i nie użył jej korzystnie w twoim życiu.
Utrzymywałem beznamiętny wyraz twarzy.
- Zdajesz sobie sprawę, jakie masz szczęście, Cameronie? – zapytał doktor Bale, kiedy nic nie powiedziałem. – To, co stało się tamtemu chłopcu mogło wysłać cię do więzienia na bardzo długi czas.
- Wiem – powiedziałem, mając to na myśli. Jedyny Bóg wie, że wiedziałem, jakie miałem szczęście. I przez długi okres wierzyłem, że powinienem gnić w więzieniu. Tak by się stało, gdyby nie pociągnięcia mojego ojca w sądach karnych i moja czysta kartoteka. – Naprawdę jestem wyluzowanym kolesiem, doktorze Bale. To, co się wydarzyło…
- Pobicie, które wymierzyłeś temu chłopcu ma inne zdanie. – Spojrzał w mój folder. – Poważne stłuczenie głowy. Złamana szczęka, nos i oczodół, razem z kilkoma złamanymi żebrami. – Podniósł wzrok, spotykając się z moim spojrzeniem. – To nie brzmi jak coś, co zrobiłby „wyluzowany koleś”, nieprawdaż?
Ścisnęło mnie w żołądku, ale nie odwróciłem wzroku. – Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem. Patrząc w tył, wiem, że było wiele innych rzeczy, które mogłem zrobić.
- Ale?
Ale nie miałem problemu z „gniewem” czy „wściekłością”. I jak bardzo popieprzenie to brzmiało, nadal nie byłem pewien czy żałowałem tego, co zrobiłem. Ten sukinsyn bił moją siostrę, no więc straciłem opanowanie.
A prawdę powiedziawszy, gdybym miał znowu przeżywać tę sytuację, nie wiem czy załatwiłbym ją inaczej. Krzywdzisz moją siostrę, zadzierasz ze mną. Proste.



[1] IHOP – naleśnikarnia w USA. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz