Gówno
robiło się prawdziwe na naszych imprezach w chwili kiedy Ollie wyciągał Rafaela
z jego siedliska. Za każdym pieprzonym razem. Stojąc pośrodku salonu,
obserwowałem go, kręcąc głową.
- Dlaczego?
– zapytał Jase, przechylając butelkę swojego piwa.
Prychnąłem.
– Nie sądzisz, że gdybym wiedział dlaczego, to znalazłbym sposób, żeby go
zatrzymać?
- Uważam,
że to urocze – odezwał się miękki kobiecy głos.
Odwróciliśmy
się z Jasem do kanapy. Nikt nie siedział tak jak Stephanie Keith. Jedna długa,
kształtna, opalona noga zahaczona o kolano drugiej w doskonałym obrazie
skromności. Ale jej przeklęta dżinsowa spódnica była tak skromna jak Ollie po
wzięciu prysznica. Gdybym przesunął głowę tylko
ułamek cala na prawo i schylił brodę, co zrobiłem jakieś trzy minuty temu,
zobaczyłbym kształt jej pośladków.
Steph była
dziewczyną stringów.
Albo
dziewczyną bez-majtek zależnie od jej nastroju i wyglądało na to, że mogła być
w odpowiednim nastroju. Steph pochyliła się nieznacznie, zakładając szczupłe
ramiona pod piersiami, dając mi i każdemu innemu, komu zdarzyło się spojrzeć –
szybkie sprawdzenie powiedziało mi, że Jase patrzył – ładny widok jej cycków. A
były ładne. Kilka razy widziałem je blisko i osobiście. Te jej jasnoniebieskie
oczy obiecywały szczęśliwe zakończenie i były skupione na moich.
O dziwo,
nie było żadnego kurczenia w moich nylonowych szortach w okolicy krocza, co
było cholernym marnotrawstwem cycków i tyłka.
Połowa
bractwa Jase’a oddałaby lewe jądro, żeby być adresatem uwagi Stephanie. Był
czas, kiedy ja oddałbym prawe, kiedy nie mogłem się nawet połapać kto był kim,
ale to było wieki temu, gdy wyobrażenie bycia z jedną dziewczyną sprawiało, że
chciałem odgryźć sobie własne ramię. Teraz?
Cholera,
nie wiedziałem, czego teraz chciałem. Nie wiedziałem od jakiegoś czasu, co
prawdopodobnie wyjaśniało dlaczego nie zabierałem Steph do mojej sypialni i nie
ściągałem spodni.
Steph była
dobrą dziewczyną, ale czas oddawania mojego prawego jądra już dawno minął.
Przesuwając
spojrzenie w miejsce, gdzie Ollie tańczył przed telewizorem, trzymając w
powietrzu wiercącego się Rafaela, wypiłem trochę mojego piwa. – On molestuje
mojego żółwia.
Roześmiała
się, wstając. – Nie sądzę, żeby akurat to robił. – Otoczyła ramieniem moje i
położyła brodę na moim barku. Pasmo atramentowo-czarnych włosów przesunęło się
po nagiej skórze mojej klatki piersiowej. – Ale ja nie miałabym nic przeciwko
byciu molestowaną.
Ponad
muzyką usłyszałem brzęczący minutnik piekarnika. Delikatnie rozplątując się od
niej, rzuciłem spojrzenie Jase’owi. Obojętny uśmiech przemknął po jego twarzy.
Sukinsyn. – Zaraz wrócę.
Wymykając
się im, wszedłem do kuchni, zanim Steph mogłaby zareagować. Ta dziewczyna nie
będzie strasznie rozczarowana moim brakiem zainteresowania. Postawiłbym
dziesięć dolców, że przeniesie się na Jase’a albo kogoś innego zanim wrócę.
Odłożyłem
piwo na blat i otworzyłem drzwiczki piekarnika, wdychając zapach świeżo
upieczonych czekoladowych ciasteczek. I nie były one już wcześniej gotowe.
Robiłem je od podstaw.
I będą
fantastyczne.
Odkładając
papier na bok, wyłączyłem piekarnik i zgarnąłem ciasteczko. Było takie gorące,
że ciasto zapadło się, wciskając maleńkie kawałki czekolady w odłamki orzecha
włoskiego. Przełamałem ciastko na pół i wrzuciłem do ust.
- Cholera –
jęknąłem.
Parzyło jak
pieprzona cholera, ale było warto. Popijając je piwem, wyszedłem z kuchni w
samą porę, żeby zobaczyć jak Ollie kieruje się do drzwi wejściowych. Z
Rafaelem.
- Och,
proszę cię, do diabła. – Odłożyłem moje piwo.
- Bądź
wolny, mały zielony kolego – nakłaniał, całując skorupę Rafaela. – Bądź wolny.
- Przynieś
Rafaela z powrotem! – krzyknąłem, śmiejąc się, jak Ollie otworzył drzwi pijanym
kopniakiem karate. – Ty kutafonie!
Ollie
położył Rafaela i łagodnie pchnął jego skorupę. – Wolny.
Chwytając
go za ramię, obróciłem nim i wepchnąłem go z powrotem do mieszkania. Śmiejąc
się, Ollie złapał przyjaciółkę Steph i przerzucił ją sobie przez ramię. Wybuchł
pisk.
Podniosłem
żółwia. - Przepraszam, Rafael. Moi przyjaciele są kompletnymi, cholernymi… -
Dziwne mrowienie przeszło po moim karku. Spojrzałem na lewo, a potem na prawo,
dostrzegając Avery stojącą w progu z szeroko otwartymi brązowymi oczami. –
Dupkami. Co do…?
Nie
piłem choćby na tyle dużo, żeby mieć halucynacje, ale nie mogłem pojąć faktu,
że Cukierek stała w moim budynku mieszkalnym. Te mieszkanie było puste ilekroć
byłem tutaj przez wakacje, ale ktoś, najwyraźniej, mógł się wprowadzić.
A
patrząc na to jak była ubrana, ktoś z kim była bardzo zaznajomiona. Bawełniane szorty były krótkie, kończąc się na udzie
i mój wzrok zatrzymał się na jej nogach. Były długie, nie za chude i doskonale
ukształtowane. Kto by pomyślał, że Cukierek miałaby taką parę nóg? Krew
wystrzeliła prosto do mojej pachwiny. Bluzka z długim rękawem, którą miała
zakrywała wszystko, ale była cienka.
O
tak, była cienka.
Jej
piersi były miękkim kształtem pod jej koszulką, pełniejsze niż czułem je
przyciśnięte wcześniej do mojego torsu, a te czubki…
Jej
policzki zarumieniły się kilkoma odcieniami różu. – Hej…
Zamrugałem,
a kiedy ona nie zniknęła ani moja nagła erekcja, przypuściłem, że jest
prawdziwa. - Avery Morgansten? To staje się zwyczajem.
- Taa –
odparła. – Tak jest.
- Mieszkasz
tutaj czy odwiedzasz…? – Rafael zaczął się wiercić.
Odchrząknęła,
patrząc na żółwia. - Ja… ja tutaj mieszkam.
-
Serio? – Cholera jasna. Obszedłem balustradę schodów, podchodząc do jej drzwi.
Nie umknęło mi to, jak jej spojrzenie pomknęło do moich mięśni brzucha.
Podobało mi się to. Tak jak mojemu penisowi. – Naprawdę tutaj mieszkasz?
-
Tak. Naprawdę tutaj mieszkam.
- To
jest… nawet nie wiem. – Zaśmiałem się, nieco osłupiały. - Naprawdę szalone.
-
Czemu? – Zdezorientowanie było widoczne na jej ładnej twarzy, marszcząc skórę
pomiędzy jej delikatnymi brwiami.
-
Mieszkam tutaj.
Otworzyła
szeroko usta. – Żartujesz, prawda?
-
Nie. Mieszkam tutaj od jakiegoś czasu… parę lat z moim współlokatorem. Wiesz,
kutafon który wyniósł biednego Rafaela na zewnątrz.
-
Hej! – krzyknął Ollie. - Mam imię. Señor Kutafon!
Roześmiałem się. - W każdym razie, wprowadziłaś się
w weekend?
Potaknęła.
- To ma sens. Byłem w domu, odwiedzając rodzinę. –
Przycisnąłem Rafaela do torsu, zanim wsunął się do swojej skorupy. – Cóż,
cholera…
Avery odchyliła głowę, żeby spotkać mój wzrok.
Przez chwilę patrzyła mi w oczy smutnym spojrzeniem, po czym zwróciła uwagę na
Rafaela. Jej oczy… przypominały mi coś. - To jest… um, twój żółw?
-
Tak. – Podniosłem go. - Rafael,
poznaj Avery.
Przygryzła wargę i pomachała do Rafaela, uśmiech
pojawił się na jej ustach. Cukierek miała za to punkty. - To bardzo
interesujące zwierzątko.
-
A to są bardzo interesujące
spodenki. Co to? – Kolejny raz długo przyglądałem się jej nogom. Nie mogłem się
powstrzymać. – Kawałki pizzy?
-
To lodowe rożki.
-
Aha. Lubię je. – Uniosłem
wzrok, nie spiesząc się. – Bardzo.
Nareszcie rozluźniła śmiertelny uścisk na drzwiach
i skrzyżowała ramiona na piersiach. Zmrużyła oczy, kiedy uśmiechnąłem się
szeroko. - Dzięki. Wiele to dla mnie znaczy.
-
Powinno. Mają moją aprobatę.
– Obserwowałem rumieniec dalej plamiący jej policzki. - Muszę zanieść z
powrotem Rafaela do jego małego siedliska, zanim nasika na moją rękę, co jest
skłonny zrobić, a to jest do bani.
Jej
usta drgnęły w małym uśmiechu. – Mogę sobie wyobrazić.
Czy
Cukierek właśnie się lekko uśmiechnęła? Musiał być to pierwszy raz.
Zastanawiałem się, jak wyglądała, kiedy naprawdę się uśmiechała. - Więc
powinnaś przyjść. Chłopaki mają wyjść, ale jestem pewien że będą trochę dłużej.
Możesz ich poznać. – Nachyliłem się, zniżając głos. - W ogóle nie są tak bardzo
interesujący jak ja, ale nie są źli.
Avery rzuciła spojrzenie za moje ramię. Na jej
twarzy pojawiło się niezdecydowanie. No dalej, Cukierku, wyjdź i zabaw się. Potrząsnęła
głową. - Dzięki, ale szłam do łóżka.
Rozczarowanie mrowiło moją skórę. - Tak wcześnie?
-
Musi być po północy.
Uśmiechnąłem
się. - To wciąż wcześnie.
-
Może dla ciebie.
-
Jesteś pewna? – Zamierzałem wyciągnąć ciężkie działo. – Mam ciasteczka.
-
Ciasteczka? – Uniosły się obie brwi.
-
Tak, i to ja je zrobiłem.
Jestem dobrym piekarzem.
- Upiekłeś ciasteczka?
Zadała
te pytanie, jakbym właśnie przyznał się do upieczenia bomby domowej roboty w
mojej kuchni. - Piekę
dużo rzeczy i jestem pewny, że umierasz by dowiedzieć się wszystkiego o tych
rzeczach. Ale dzisiaj były czekoladowo-orzechowe ciasteczka. Są cudowne, nie
chwaląc się.
Jej wargi znowu zadrgały. - Świetnie to brzmi, ale
muszę to pominąć.
- Może później?
- Może. – Cofnęła się, sięgając do drzwi. - Dobrze
jest cię znowu widzieć, Cameron.
- Cam – poprawiłem ją. - I hej, nie wpadliśmy
prawie na siebie. Popatrz na nas, zmieniamy wzór.
- To dobra rzecz. – Wzięła głęboki wdech. - Powinieneś
wrócić, zanim Rafael nasika na twoją rękę.
- Byłoby warto.
Skonsternowanie pojawiło się na jej twarzy. –
Dlaczego?
Na pewno nie zamierzałem tego wyjaśniać. - Jeśli
zmienisz zdanie, będę na nogach jeszcze trochę.
- Nie zamierzam. Dobranoc, Cam.
Au. Szlag by to. Cukierek właśnie mnie odrzuciła. Z
jakiegoś powodu wywołało to u mnie uśmiech. Może dlatego, że nie mogłem
przypomnieć sobie ostatniego razu, gdy dziewczyna wprost mnie odesłała.
Interesujące. A ja myślałem, że będę niewiarygodnie czarujący.
Cofnąłem się o krok, jak Rafael wysunął głowę ze
swojej skorupy. – Do zobaczenia jutro.
- Jutro?
- Zajęcia z astronomii? Czy znowu omijasz?
- Nie – westchnęła, czerwieniąc się i nie mogłem
powstrzymać się od zastanawiania, jak daleko ten rumieniec wędrował na
południe. Prawdopodobieństwo mojego dowiadywania się wydawało się bardzo nikłe.
– Będę tam.
- Świetnie. – Zmusiłem się do odsunięcia, bo byłem
pewien, że mógłbym stać tam godzinę, tylko po to, żeby podrażnić się z nią. –
Dobranoc, Avery.
Cukierek schowała się za drzwiami, jakby Rafael
miał nasikać na jej głowę. Zachichotałem, słysząc blokowany zamek. Nie wiem jak
długo tam stałem, podczas gdy małe nóżki Rafaela młóciły w powietrzu, wpatrując
się w zamknięte drzwi.
- Co ty wyprawiasz, Cam?
Odwróciłem się na dźwięk głosu Steph. Stała na
progu, opierając głowę o framugę, uśmiechając się i będąc obrazem chęci. W
przeciwieństwie do dziewczyny po drugiej stronie drzwi, przed którymi stałem.
- Nie wiem – odpowiedziałem, wracając do mojego
mieszkania. Naprawdę nie miałem cholernego pojęcia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz