23.10.13

Jeden

Jase Winstead był okrutnym skurwysynem.
Pójście na Astronomię 101 było ostatnią rzeczą, jaką chciałem robić o dziewiątej cholernej rano, zwłaszcza, że te zajęcia przypominały mi tylko pierwszy raz, jak wszedłem do klasy profesora Drage’a i dlaczego zrobiłem pośpieszne, nieprzewidziane wyjście na moim pierwszym roku. I naprawdę nie potrzebowałem szyderczych wiadomości od Jase’a o tym, dlaczego planowanie zajęć przed południem było niezdrowe.
Biorąc pod uwagę, że byłem po – och, sam nie wiem, dwóch godzinach snu – i wciąż czułem tequilę oraz inne rzeczy, o których nie chciałem myśleć z zeszłej nocy, byłem obecnie chodzącym dzieckiem z plakatu organizacji pomocnych tego jak nie mieć zdrowych i wesołych pierwszych dni jesiennych zajęć.
Patrzyłem, jak drzwi do astronomii zamykają się i spojrzałem z powrotem na mój telefon. Kpiła sobie ze mnie wiadomość od Jase’a.
Opuść. Mam piwo. X-Box. FIFA 13
Niech to szlag. To było bardzo kuszące. Ollie zdemolował naszego Xboxa w zeszły weekend, podczas brutalnej rozgrywki Call of Duty.
Byłem kilka minut spóźniony na zajęcia.
Astronomia czy piłka nożna na Boxie? Niezbyt ciężka decyzja.
Z podjętą decyzją, obróciłem się na pięcie i zacząłem odpowiadać Jase’owi, kiedy podwójne drzwi otworzyły się, jakby tornado przeszło przez klatkę schodową. Uniosłem głowę w samą porę, żeby zobaczyć jak coś małego i coś rudego pomknęło prosto na mnie.
Nie można było zatrzymać uderzenia.
Małe ciało walnęło prosto we mnie i odbiło się, ramiona latały jak u tonącej ofiary. Torba, która wyglądała, jakby ważyła więcej od właścicielki, przechyliła ją.
Reagując instynktownie, wyrwałem się do przodu, upuszczając własną torbę i objąłem ją w talii, ale plecak poszedł w jednym kierunku, zawartość w drugim. Ona wciąż się zataczała, tak jak jedna z tych nadmuchiwanych torb do przebijania. Zacisnąłem uchwyt, podtrzymując ją, zanim mogłaby zrobić sobie poważną krzywdę. Wyprostowała się gwałtownie. Głęboko kasztanowe włosy pofrunęło do przodu, uderzając mnie w twarz. Ogarnął mnie zapach jagód, czegoś piżmowego i przyjemnego.
Cholera jasna, właśnie potrącił mnie Truskawkowy Cukierek.
Zachichotałem i wsunąłem komórkę do kieszeni, zamierzając ją puścić, ale dziewczyna cała się napięła. Każdy mięsień zdawał się zesztywnieć. Chociaż była maleńka, zaledwie sięgając moich barków, wydawała się jeszcze bardziej zmniejszyć, malejąc w sobie. Zrobiła sobie krzywdę?
I w jakiś sposób pomyliła Shepherd z pobliskim gimnazjum?
- Hola – odezwałem się. – Wszystko w porządku, kochanie?
Przez pół minuty nie było odpowiedzi i naprawdę zaczynałem się martwić. Wtedy wciągnęła głęboki oddech, powodując, że jej klatka piersiowa otarła się o moją. Zamarłem, czując jej kształty. Zdecydowanie nie była to gimnazjalistka, chyba że rozwijały się tak, jak nie robiły tego, kiedy ja tam byłem. A jeśli tak, to cholernie zazdrościłem tamtym chłopakom.
Okej, teraz czułem się, jakbym potrzebował prysznica, ponieważ nawet to mnie poruszało.
Dalej byłem pijany po zeszłej nocy? Chyba tak.
- Hej – spróbowałem znowu, zniżając głos. – Nic ci nie jest? – Kiedy nadal nie dostałem odpowiedzi, wsunąłem dwa palce pod jej brodę. Jej skóra była miękka i zbyt chłodna. Zastanawiając się, czy to możliwe, żeby osoba zemdlała i wciąż stała, delikatnie uniosłem jej głowę, otwierając usta, żeby znowu ją zapytać, ale słowa umarły gdzieś pomiędzy moim mózgiem a ustami.
Zamrugałem, bo jak totalny cymbał myślałem, że to zmieni, to co widziałem. Nie żebym chciał zmienić to, co widziałem, ale cholera
Jaki facet nie miał słabości do rudych?
Ładna było za słabym słowem, żeby ją opisać. Jej oczy były duże i koloru ciepłej whiskey. Piegi rozsypane były po grzbiecie jej małego noska, a jej policzki były wyraźnie zarysowane. Wargi były koloru czereśni, szerokie i pełne na jej twarzy. Rodzaj warg, które należały do rodzaju ust, które potrafiły i mogły przynieść mężczyźnie…
- Puść. Mnie.
Twardość jej głosu przeplatana z ledwo kontrolowaną paniką sprawiła, że od razu puściłem jej ramię i wziąłem zdrowy krok do tyłu.
Zachwiała się lekko na stratę oparcia i niemal znowu do niej sięgnąłem, ale ceniłem moje jaja. Jednego dnia chciałbym mieć dzieciaka czy coś, a miałem przeczucie, że gdybym dotknął jej jeszcze raz, to nie byłoby to w mojej przyszłości.
Odsuwając z twarzy grube kosmyki włosów, ostrożnie odsunęła się od swojej torby. Gęste rzęsy upstrzone czerwienią uniosły się i przez chwilę żadne z nas nie poruszyło się, a wtedy jej wzrok przesunął się po mojej twarzy, zniżając się w dół. Laska otwarcie lustrowała mnie wzrokiem.
Może moje jaja nie były w niebezpieczeństwie.
Ładny różowy rumieniec rozlał się na jej policzkach. - Przepraszam. Spieszyłam się do klasy. Jestem spóźniona i…
Uśmiechnąłem się, jak klęknąłem, zbierając rozrzucone rzeczy. Jak jedna dziewczyna mogła mieć tyle cholernych długopisów było poza moim pojęciem. Niebieski. Fioletowy. Czarny. Czerwony. Pomarańczowy. Co do cholery? Kto pisał pomarańczowym długopisem?
Dołączyła do mnie, łapiąc resztę długopisów, pochylając głowę tak, że ściana miedzianych włosów osłaniała jej twarz. – Nie musisz mi pomagać.
- To żaden problem. – Podniosłem kawałek papieru, który okazał się być jej planem. Szybkie zerknięcie na zajęcia potwierdziło, że była studentką pierwszego roku. - Astronomia 101? Też idę w tamtą stronę.
Jase, piwo i FIFA 13 będą musieli poczekać.
- Jesteś spóźniony. – Nadal ukrywała się za włosami. – Naprawdę przepraszam.
Podnosząc jej ostatni zeszyt, schowałem go do torby i wstałem. Oddałem jej ją, zachęcając, żeby podniosła wzrok. Nie wiem dlaczego, nazwijcie mnie maminsynkiem, ale lubiłem jak moje dziewczynki uśmiechały się, a nie wyglądały jakby były bliskie łez. – To nic. Jestem przyzwyczajony do rzucających się na mnie dziewczyn. – Uniosła leciutko brodę, a mój uśmiech się powiększył. - Jednak próba skoku na moje plecy jest nowa. Nawet to lubię.
Podniosła gwałtownie głowę, a jej włosy zsunęły się do tyłu. - Nie próbowałam skoczyć na twoje plecy ani się na ciebie rzucić.
- Nie? – Telefon zawibrował w mojej kieszeni. Zignorowałem go. - Cóż, to szkoda. W takim wypadku, mogłoby to sprawić najlepszy pierwszy dzień zajęć w historii.
Przyglądała mi się, przyciskając torbę do swojej piersi, a ja opuściłem wzrok na kawałek papieru, który trzymałem. – Avery Morgansten?
- Skąd znasz moje imię? – zapytała gniewnie.
Co za drażliwa osóbka. – Jest na twoim planie.
- Och. – Odsunęła swoje włosy i niewielkie drżenie trzęsło jej dłonią, kiedy wzięła plan.
Kiedy byłem mały, moja mama powiedziała, że miałem słabość do odrzuconych istot. Rannych gołębi. Psów z trzema łapami. Chudych świnek. Moja siostra była taka sama. Mieliśmy szósty zmysł, jeśli chodziło o znajdowanie ich i mogłem nic wiedzieć o tej lasce, ale wyraźnie była nowa w tej szkole, wyraźnie zakłopotana, wyraźnie miała gówniany początek dnia i współczułem jej.
- Ja nazywam się Cameron Hamilton – powiedziałem jej. – Ale wszyscy mówią do mnie Cam.
Jej usta poruszyły się, jakby powtarzała moje imię i tak jakby podobało mi się, jak to wyglądało. – Raz jeszcze dziękuję, Cam.
Pochylając się, podniosłem moją torbę i zarzuciłem ją przez ramię. Odrzucając włosy z twarzy, uśmiechnąłem się takim uśmiechem, który zazwyczaj dawał mi to, czego chciałem. - Dobra, zróbmy swoje wielkie wejście.
Doszedłem do drzwi astronomii, gdy zorientowałem się, że ona się nie poruszyła. Zerkając przez ramię, zmarszczyłem brwi, jak zaczęła się cofać. - Idziesz w złą stronę, kochanie.
- Nie mogę – wychrypiała.
- Nie możesz co? – Odwróciłem się do niej.
Oczy Avery spotkały się z moimi na krótką chwilę, a wtedy odwróciła się i pobiegła. Torba obijała się o jej biodro, jej włosy powiewały jak peleryna. Laska uciekła, naprawdę cholernie uciekła. Otworzyłem szeroko usta.
Co do diabła właśnie się wydarzyło?
Drzwi otworzyły się za mną i głęboki, trochę zaakcentowany głos zawołał. – Panie Hamilton, dołączysz do nas dzisiaj?
Szlag. Zamknąłem oczy.
- Czy planujesz stać na korytarzu przez pozostały czas? – zapytał profesor Drage.
Wzdychając, odwróciłem się. – Dołączę do klasy, najwyraźniej.
- Najwyraźniej – powtórzył profesor, wyciągając stos przypiętych kartek. – Program nauczania.
Wziąłem jeden a potem, po namyśle, wziąłem jeszcze jeden. Na wypadek, jeśli Avery Morgansten pokaże jeszcze swoją twarz.

Jase oparł się o tył mojego samochodu, jedną rękę wsunął do brązowych włosów, odsuwając je od lśniącego czoła. Kilka kosmyków wystawało spomiędzy jego palców. – Jest gorąco jak w piekle.
Jak na późny sierpień, było parno. Nawet cienie dużych dębów otaczających parking naprzeciwko White Hall nie zapewniały żadnej ulgi. Bałem się otwarcia drzwi do łaźni w postaci auta.
- Najprawdziwsza rzecz, jaką kiedykolwiek wypowiedziałeś. – Ollie spojrzał zmrużonymi oczami na drzewa. – Jest tak gorąca, że jedyną reakcją jest rozebrać się do naga.
Spojrzałem na niego. – Już jesteś tak goły, jak musisz być, koleś.
Ollie zerknął na siebie i uśmiechnął się szeroko. Bez bluzki. Szorty nisko wiszące. Klapki. Nic innego. – Cholernie dobrze wiesz, że mogę być bardziej goły.
Niestety to była prawda. Dzieliliśmy mieszkanie z trzema sypialniami w University Heights od trzech lat. W przeciągu tygodnia wspólnego mieszkania Ollie powiedział, żeby chrzanić skromność. Widziałem sprzęt tego faceta więcej razy, niż chciałem myśleć. On kończył studia na wiosnę, tak jak ja powinienem i będzie mi brakować tego idioty.
- Mandat. – Jase wskazał na moją przednią szybę.
Westchnąłem, rzucając tam spojrzenie. Kremowy kawałek papieru był starannie wsunięty pod wycieraczkę. Parking był zarezerwowany dla personelu, ale przy braku parkingów w tych obszarach, korzystałem z każdego miejsca, które mogłem znaleźć. – Dodam go do mojej kolekcji.
- Która jest ogromna. – Ollie ściągnął gumkę z nadgarstka i zrobił kucyka ze swoich blond włosów do ramion. – Więc impreza dzisiaj w naszym mieszkaniu?
Uniosłem brwi. – Co?
Jase uśmiechnął się, zakładając ramiona na klatce piersiowej.
- To impreza z okazji powrotu do szkoły. – Ollie rozciągnął się, strzelając plecami i ziewnął. – Jedynie małe zgromadzenie.
- O Boże.
Uśmiech Jase’a rozszerzył się i chciałem strącić go z jego twarzy. Ostatnim razem, kiedy Ollie miał „małe zgromadzenie” były to miejsca stojące tylko w naszym mieszkaniu. Mogły brać tam udział gliny.
- Zamów jakąś pizzę. Ja muszę… - Ollie przerwał w połowie zdania i odwrócił się do atrakcyjnej brunetki przechodzącej obok. W mgnieniu oka porzucił nas i zarzucał ramię na barki dziewczyny. – Hej, dziewczyno, hej.
Brunetka zachichotała, obejmując Olliego w pasie.
Odwróciłem się, unosząc ręce. – Co?
- Przegrana sprawa. – Jase przewrócił oczami. – Ten pojeb ma oczy z tyłu głowy, kiedy chodzi o dziewczyny.
- Prawda.
- Jak udaje mu się regularnie znaleźć seks jest poza moim pojęciem.
- To największa tajemnica życia. – Obszedłem przód samochodu, zabrałem mandat i otworzyłem drzwi od strony kierowcy. Gorąco buchnęło mi w twarz. – Cholera.
Jase obrócił się w moim kierunku. – Co stało się z tobą dzisiaj? Nie odpowiedziałeś na moją wiadomość. Myślałem, że FIFA cię zainteresowała.
- Oj, tęskniłeś za mną? – Ściągnąłem koszulkę, zwinąłem ją i wrzuciłem do wozu.
- Może tęskniłem.
Śmiejąc się, wziąłem z siedzenia czapkę i założyłem ją, osłaniając oczy. – Nie wiedziałem, że ze sobą chodzimy.
- Moje uczucia są teraz zranione.
- Kupię ci piwo na następnej randce.
- To działa. Jestem łatwy.
Uśmiechnąłem się. – Przecież wiem.
Jase zaśmiał się, gdy odwrócił się, zawieszając ramiona na boku tylnej części samochodu. Wyluzowany uśmiech przygasł, jak założył parę okularów słonecznych. Znałem tę minę. Nic dobrego z tego nie wynikało. Bardzo mało ludzi wiedziało jak bardzo gówniane mogło stać się życie dla Jase’a. Łatwo było każdemu przypuszczać inaczej przez to jak Jase był doświadczonym facetem w naprawianiu gówna innych ludzi, w tym moim.
Włączyłem klimatyzację i zamknąłem drzwi, po czym dołączyłem do niego z drugiej strony auta. Metal był gorący na skórze moich ramion, jak pochyliłem się, rozciągając łydki. – Co jest?
Jedna ciemna brew uniosła się ponad oprawką okularów. – Kierujesz się do siłowni czy coś?
- Myślałem o tym. – Zamieniłem nogi, ćwicząc skręt. – Chcesz iść ze mną?
- Nie – odparł. – Muszę wpaść na chwilę na farmę. Sprawdzić kilka rzeczy.
- Jak czuje się Jack?
Szeroki uśmiech pojawił się na twarzy Jase’a, sprawiając, że młoda profesorka przechodząca obok samochodu potknęła się na obcasach. – Świetnie – powiedział lekkim tonem, jak zawsze, kiedy mówił o swoim bracie. – Powiedział mi wczoraj, że kiedy dorośnie to chce być Chuckiem Norrisem.
Roześmiałem się. – Nie może pójść mu z tym źle.
- Nie. – Spojrzał w moją stronę, spoglądając na mnie ponad okularami. – Jak się masz?
- Dobrze. – Odepchnąłem się, zabierając ręce z poręczy. – Czemu pytasz?
Jase uniósł ramię. – Tylko sprawdzam.
W niektóre dni ten komentarz mnie wkurzał. W inne nic nie robił. Na szczęście dla Jase’a to był jeden z tych dni, kiedy te gówno spłynęło mi po plecach. – Nie zamierzam w bliskiej przyszłości wylądować w kącie, szepcząc „na zawsze”. Wszystko jest spoko.
- Dobrze słyszeć. – Jase uśmiechnął się, cofając się i odwracając głowę w kierunku, gdzie zniknęła młoda nauczycielka. – Impreza w waszym mieszkaniu, tak?
- Czemu nie? – Skierowałem się do strony kierowcy. – Jestem pewien, że będzie tam połowa kampusu.
- Racja. – Jase obrócił się na pięcie. – Do zobaczenia.
Wsiadłem do chłodnego wnętrza i wyjechałem z parkingu. Mój leniwy tyłek musiał pojechać do siłowni na Zachodnim Kampusie, ale mój tyłek chciał również dostać się na kanapę, żeby wziąć drzemkę.
Skręcając w lewo przy znaku stop, minąłem mieszkania dwupiętrowe po prawej stronie, jak piłka nożna wyleciała przez jedne z drzwi, uderzając jednego z facetów w tył głowy. Śmiejąc się, sięgnąłem do…
Coś rudego przykuło moją uwagę.
Moje oczy były pociskami termolokacyjnymi, szukając źródła i cholera jasna. Zmrużyłem oczy. Czy to była Cukierek?
Drzewo przesłoniło mi przez moment widok, a potem pojawiła się znowu, słońce odbijało się od szerokiej bransoletki otaczającej jej nadgarstek.
O tak, to była Cukierek.
Nie zastanawiałem się dwa razy nad następnym ruchem. Uśmiechając się szeroko, odwróciłem czapkę do tyłu i skręciłem ostro w prawo, blokując drogę.
Avery odskoczyła na chodnik, jej duże oczy zaokrągliły się. Gdy nacisnąłem guzik okna pasażerskiego, otwierając go, jej usta otworzyły się szeroko.
Uśmiechnąłem się zadowolony, widząc, że Cukierek przeszła przez pierwszy dzień żywa. - Avery Morgansten, znowu się spotykamy.
Rozejrzała się wokoło, jakby myślała, że mówiłem do kogo innego. - Cameron Hamilton… cześć.
Pochyliłem się, kładąc ramię na kierownicy. Wyglądała tam cholernie uroczo, bawiąc się swoją bransoletką. - Musimy przestać tak się spotykać.
Przygryzając tę pełną dolną wargę, opuściła wzrok, skupiając go na moim tatuażu, gdy przestąpiła z nogi na nogę.
Cukierek była z pewnością czymś, co kwalifikowałem jako niezręczność. Może pochodziło to z posiadania młodszej siostry, ponieważ czułem mocną potrzebę, żeby sprawić, aby poczuła się dobrze, ale wydawało się być to beznadziejną walką.
- Ty wpadająca na mnie, ja prawie wpadający na ciebie? – ciągnąłem. - To tak jakbyśmy byli katastrofą czekającą żeby się zdarzyć.
Cisza.
Spróbować jeszcze raz. - Gdzie zmierzasz?
- Do mojego auta – powiedziała, udowodniając mi, że potrafiła mówić. - Zaraz skończy mi się czas. – Znowu zmieniła pozycję. – Więc…
- W takim razie wskakuj, kochanie. Mogę cię podwieźć.
Gapiła się na mnie, jakbym poprosił ją o wejście na tył mojej furgonetki porywacza. - – Nie. To nic. Jestem na wzgórzu. Żadnej potrzeby.
- To żaden problem. – Nigdy nie poznałem kobiety tak cholernie opornej na zwykłą uprzejmość. - Przynajmniej tyle mogę zrobić po tym, jak niemal cię potrąciłem.
- Dziękuję, ale…
- Ej! Cam! – Kevin wyszedł z pieprzonego znikąd, przebiegając obok Avery. - Co robisz, stary?
Dziwnie rozdrażniony, nie odrywałem spojrzenia od Cukierka i oparłem się pokusie, żeby strącić kolesia z drogi moim wozem. - Nic, Kevin, tylko staram się mieć rozmowę.
Avery podniosła rękę, pomachała palcami i okrążyła Kevina oraz moje auto. Podążyłem za nią wzrokiem, kiedy Kevin mówił o jakichś pierdołach, które gówno mnie obchodziły.
- Szlag – mruknąłem, opierając się o siedzenie.
Avery znowu uciekła.

A ja miałem najbardziej szalone pragnienie, żeby ruszyć za nią w pogoń.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz