Jase
Winstead był okrutnym skurwysynem.
Pójście na
Astronomię 101 było ostatnią rzeczą, jaką chciałem robić o dziewiątej cholernej
rano, zwłaszcza, że te zajęcia przypominały mi tylko pierwszy raz, jak wszedłem
do klasy profesora Drage’a i dlaczego zrobiłem pośpieszne, nieprzewidziane
wyjście na moim pierwszym roku. I naprawdę nie potrzebowałem szyderczych
wiadomości od Jase’a o tym, dlaczego planowanie zajęć przed południem było
niezdrowe.
Biorąc pod
uwagę, że byłem po – och, sam nie wiem, dwóch godzinach snu – i wciąż czułem
tequilę oraz inne rzeczy, o których nie chciałem myśleć z zeszłej nocy, byłem
obecnie chodzącym dzieckiem z plakatu organizacji pomocnych tego jak nie mieć
zdrowych i wesołych pierwszych dni jesiennych zajęć.
Patrzyłem,
jak drzwi do astronomii zamykają się i spojrzałem z powrotem na mój telefon.
Kpiła sobie ze mnie wiadomość od Jase’a.
Opuść. Mam piwo. X-Box. FIFA 13
Niech to
szlag. To było bardzo kuszące. Ollie zdemolował naszego Xboxa w zeszły weekend,
podczas brutalnej rozgrywki Call of Duty.
Byłem kilka
minut spóźniony na zajęcia.
Astronomia
czy piłka nożna na Boxie? Niezbyt ciężka decyzja.
Z podjętą
decyzją, obróciłem się na pięcie i zacząłem odpowiadać Jase’owi, kiedy podwójne
drzwi otworzyły się, jakby tornado przeszło przez klatkę schodową. Uniosłem
głowę w samą porę, żeby zobaczyć jak coś małego
i coś rudego pomknęło prosto na mnie.
Nie można
było zatrzymać uderzenia.
Małe ciało
walnęło prosto we mnie i odbiło się, ramiona latały jak u tonącej ofiary.
Torba, która wyglądała, jakby ważyła więcej od właścicielki, przechyliła ją.
Reagując
instynktownie, wyrwałem się do przodu, upuszczając własną torbę i objąłem ją w
talii, ale plecak poszedł w jednym kierunku, zawartość w drugim. Ona wciąż się
zataczała, tak jak jedna z tych nadmuchiwanych torb do przebijania. Zacisnąłem
uchwyt, podtrzymując ją, zanim mogłaby zrobić sobie poważną krzywdę.
Wyprostowała się gwałtownie. Głęboko kasztanowe włosy pofrunęło do przodu,
uderzając mnie w twarz. Ogarnął mnie zapach jagód, czegoś piżmowego i
przyjemnego.
Cholera
jasna, właśnie potrącił mnie Truskawkowy Cukierek.
Zachichotałem
i wsunąłem komórkę do kieszeni, zamierzając ją puścić, ale dziewczyna cała się
napięła. Każdy mięsień zdawał się zesztywnieć. Chociaż była maleńka, zaledwie
sięgając moich barków, wydawała się jeszcze bardziej zmniejszyć, malejąc w
sobie. Zrobiła sobie krzywdę?
I w jakiś
sposób pomyliła Shepherd z pobliskim gimnazjum?
- Hola –
odezwałem się. – Wszystko w porządku, kochanie?
Przez pół
minuty nie było odpowiedzi i naprawdę zaczynałem się martwić. Wtedy wciągnęła
głęboki oddech, powodując, że jej klatka piersiowa otarła się o moją. Zamarłem,
czując jej kształty. Zdecydowanie nie była to gimnazjalistka, chyba że
rozwijały się tak, jak nie robiły tego, kiedy ja tam byłem. A jeśli tak, to
cholernie zazdrościłem tamtym chłopakom.
Okej, teraz
czułem się, jakbym potrzebował prysznica, ponieważ nawet to mnie poruszało.
Dalej byłem
pijany po zeszłej nocy? Chyba tak.
- Hej –
spróbowałem znowu, zniżając głos. – Nic ci nie jest? – Kiedy nadal nie dostałem
odpowiedzi, wsunąłem dwa palce pod jej brodę. Jej skóra była miękka i zbyt
chłodna. Zastanawiając się, czy to możliwe, żeby osoba zemdlała i wciąż stała,
delikatnie uniosłem jej głowę, otwierając usta, żeby znowu ją zapytać, ale słowa
umarły gdzieś pomiędzy moim mózgiem a ustami.
Zamrugałem,
bo jak totalny cymbał myślałem, że to zmieni, to co widziałem. Nie żebym chciał
zmienić to, co widziałem, ale cholera…
Jaki facet
nie miał słabości do rudych?
Ładna było
za słabym słowem, żeby ją opisać. Jej oczy były duże i koloru ciepłej whiskey.
Piegi rozsypane były po grzbiecie jej małego noska, a jej policzki były
wyraźnie zarysowane. Wargi były koloru czereśni, szerokie i pełne na jej
twarzy. Rodzaj warg, które należały do rodzaju ust, które potrafiły i mogły
przynieść mężczyźnie…
- Puść.
Mnie.
Twardość
jej głosu przeplatana z ledwo kontrolowaną paniką sprawiła, że od razu puściłem
jej ramię i wziąłem zdrowy krok do tyłu.
Zachwiała
się lekko na stratę oparcia i niemal znowu do niej sięgnąłem, ale ceniłem moje
jaja. Jednego dnia chciałbym mieć dzieciaka czy coś, a miałem przeczucie, że
gdybym dotknął jej jeszcze raz, to nie byłoby to w mojej przyszłości.
Odsuwając z
twarzy grube kosmyki włosów, ostrożnie odsunęła się od swojej torby. Gęste
rzęsy upstrzone czerwienią uniosły się i przez chwilę żadne z nas nie poruszyło
się, a wtedy jej wzrok przesunął się po mojej twarzy, zniżając się w dół. Laska
otwarcie lustrowała mnie wzrokiem.
Może moje
jaja nie były w niebezpieczeństwie.
Ładny
różowy rumieniec rozlał się na jej policzkach. - Przepraszam.
Spieszyłam się do klasy. Jestem spóźniona i…
Uśmiechnąłem
się, jak klęknąłem, zbierając rozrzucone rzeczy. Jak jedna dziewczyna mogła
mieć tyle cholernych długopisów było poza moim pojęciem. Niebieski. Fioletowy.
Czarny. Czerwony. Pomarańczowy. Co do cholery? Kto pisał pomarańczowym
długopisem?
Dołączyła
do mnie, łapiąc resztę długopisów, pochylając głowę tak, że ściana miedzianych
włosów osłaniała jej twarz. – Nie musisz mi pomagać.
- To żaden
problem. – Podniosłem kawałek papieru, który okazał się być jej planem. Szybkie
zerknięcie na zajęcia potwierdziło, że była studentką pierwszego roku. - Astronomia
101? Też idę w tamtą stronę.
Jase, piwo
i FIFA 13 będą musieli poczekać.
- Jesteś
spóźniony. – Nadal ukrywała się za włosami. – Naprawdę przepraszam.
Podnosząc
jej ostatni zeszyt, schowałem go do torby i wstałem. Oddałem jej ją,
zachęcając, żeby podniosła wzrok. Nie wiem dlaczego, nazwijcie mnie
maminsynkiem, ale lubiłem jak moje dziewczynki uśmiechały się, a nie wyglądały
jakby były bliskie łez. – To nic. Jestem przyzwyczajony do
rzucających się na mnie dziewczyn. – Uniosła leciutko brodę, a mój uśmiech się
powiększył. - Jednak próba skoku na moje plecy jest nowa. Nawet to lubię.
Podniosła
gwałtownie głowę, a jej włosy zsunęły się do tyłu. - Nie próbowałam skoczyć na
twoje plecy ani się na ciebie rzucić.
-
Nie? – Telefon zawibrował w mojej kieszeni. Zignorowałem go. - Cóż, to szkoda.
W takim wypadku, mogłoby to sprawić najlepszy pierwszy dzień zajęć w historii.
Przyglądała
mi się, przyciskając torbę do swojej piersi, a ja opuściłem wzrok na kawałek
papieru, który trzymałem. – Avery Morgansten?
-
Skąd znasz moje imię? – zapytała gniewnie.
Co
za drażliwa osóbka. – Jest na twoim planie.
-
Och. – Odsunęła swoje włosy i niewielkie drżenie trzęsło jej dłonią, kiedy
wzięła plan.
Kiedy
byłem mały, moja mama powiedziała, że miałem słabość do odrzuconych istot.
Rannych gołębi. Psów z trzema łapami. Chudych świnek. Moja siostra była taka
sama. Mieliśmy szósty zmysł, jeśli chodziło o znajdowanie ich i mogłem nic
wiedzieć o tej lasce, ale wyraźnie była nowa w tej szkole, wyraźnie
zakłopotana, wyraźnie miała gówniany początek dnia i współczułem jej.
-
Ja nazywam się Cameron Hamilton – powiedziałem jej. – Ale wszyscy mówią do mnie
Cam.
Jej
usta poruszyły się, jakby powtarzała moje imię i tak jakby podobało mi się, jak
to wyglądało. – Raz jeszcze dziękuję, Cam.
Pochylając
się, podniosłem moją torbę i zarzuciłem ją przez ramię. Odrzucając włosy z
twarzy, uśmiechnąłem się takim uśmiechem, który zazwyczaj dawał mi to, czego
chciałem. - Dobra, zróbmy swoje wielkie wejście.
Doszedłem
do drzwi astronomii, gdy zorientowałem się, że ona się nie poruszyła. Zerkając
przez ramię, zmarszczyłem brwi, jak zaczęła się cofać. - Idziesz w złą stronę,
kochanie.
-
Nie mogę – wychrypiała.
-
Nie możesz co? – Odwróciłem się do niej.
Oczy
Avery spotkały się z moimi na krótką chwilę, a wtedy odwróciła się i pobiegła.
Torba obijała się o jej biodro, jej włosy powiewały jak peleryna. Laska
uciekła, naprawdę cholernie uciekła. Otworzyłem szeroko usta.
Co
do diabła właśnie się wydarzyło?
Drzwi
otworzyły się za mną i głęboki, trochę zaakcentowany głos zawołał. – Panie
Hamilton, dołączysz do nas dzisiaj?
Szlag.
Zamknąłem oczy.
-
Czy planujesz stać na korytarzu przez pozostały czas? – zapytał profesor Drage.
Wzdychając,
odwróciłem się. – Dołączę do klasy, najwyraźniej.
-
Najwyraźniej – powtórzył profesor, wyciągając stos przypiętych kartek. –
Program nauczania.
Wziąłem
jeden a potem, po namyśle, wziąłem jeszcze jeden. Na wypadek, jeśli Avery
Morgansten pokaże jeszcze swoją twarz.
Jase
oparł się o tył mojego samochodu, jedną rękę wsunął do brązowych włosów,
odsuwając je od lśniącego czoła. Kilka kosmyków wystawało spomiędzy jego
palców. – Jest gorąco jak w piekle.
Jak
na późny sierpień, było parno. Nawet cienie dużych dębów otaczających parking
naprzeciwko White Hall nie zapewniały żadnej ulgi. Bałem się otwarcia drzwi do
łaźni w postaci auta.
-
Najprawdziwsza rzecz, jaką kiedykolwiek wypowiedziałeś. – Ollie spojrzał
zmrużonymi oczami na drzewa. – Jest tak gorąca, że jedyną reakcją jest rozebrać
się do naga.
Spojrzałem
na niego. – Już jesteś tak goły, jak musisz być, koleś.
Ollie
zerknął na siebie i uśmiechnął się szeroko. Bez bluzki. Szorty nisko wiszące.
Klapki. Nic innego. – Cholernie dobrze wiesz, że mogę być bardziej goły.
Niestety
to była prawda. Dzieliliśmy mieszkanie z trzema sypialniami w University
Heights od trzech lat. W przeciągu tygodnia wspólnego mieszkania Ollie
powiedział, żeby chrzanić skromność. Widziałem sprzęt tego faceta więcej razy,
niż chciałem myśleć. On kończył studia na wiosnę, tak jak ja powinienem i
będzie mi brakować tego idioty.
-
Mandat. – Jase wskazał na moją przednią szybę.
Westchnąłem,
rzucając tam spojrzenie. Kremowy kawałek papieru był starannie wsunięty pod
wycieraczkę. Parking był zarezerwowany dla personelu, ale przy braku parkingów
w tych obszarach, korzystałem z każdego miejsca, które mogłem znaleźć. – Dodam
go do mojej kolekcji.
-
Która jest ogromna. – Ollie ściągnął gumkę z nadgarstka i zrobił kucyka ze
swoich blond włosów do ramion. – Więc impreza dzisiaj w naszym mieszkaniu?
Uniosłem
brwi. – Co?
Jase
uśmiechnął się, zakładając ramiona na klatce piersiowej.
-
To impreza z okazji powrotu do szkoły. – Ollie rozciągnął się, strzelając
plecami i ziewnął. – Jedynie małe zgromadzenie.
-
O Boże.
Uśmiech
Jase’a rozszerzył się i chciałem strącić go z jego twarzy. Ostatnim razem,
kiedy Ollie miał „małe zgromadzenie” były to miejsca stojące tylko w naszym
mieszkaniu. Mogły brać tam udział gliny.
-
Zamów jakąś pizzę. Ja muszę… - Ollie przerwał w połowie zdania i odwrócił się
do atrakcyjnej brunetki przechodzącej obok. W mgnieniu oka porzucił nas i
zarzucał ramię na barki dziewczyny. – Hej, dziewczyno, hej.
Brunetka
zachichotała, obejmując Olliego w pasie.
Odwróciłem
się, unosząc ręce. – Co?
-
Przegrana sprawa. – Jase przewrócił oczami. – Ten pojeb ma oczy z tyłu głowy,
kiedy chodzi o dziewczyny.
-
Prawda.
-
Jak udaje mu się regularnie znaleźć seks jest poza moim pojęciem.
-
To największa tajemnica życia. – Obszedłem przód samochodu, zabrałem mandat i
otworzyłem drzwi od strony kierowcy. Gorąco buchnęło mi w twarz. – Cholera.
Jase
obrócił się w moim kierunku. – Co stało się z tobą dzisiaj? Nie odpowiedziałeś
na moją wiadomość. Myślałem, że FIFA cię zainteresowała.
-
Oj, tęskniłeś za mną? – Ściągnąłem koszulkę, zwinąłem ją i wrzuciłem do wozu.
-
Może tęskniłem.
Śmiejąc
się, wziąłem z siedzenia czapkę i założyłem ją, osłaniając oczy. – Nie
wiedziałem, że ze sobą chodzimy.
-
Moje uczucia są teraz zranione.
-
Kupię ci piwo na następnej randce.
-
To działa. Jestem łatwy.
Uśmiechnąłem
się. – Przecież wiem.
Jase
zaśmiał się, gdy odwrócił się, zawieszając ramiona na boku tylnej części
samochodu. Wyluzowany uśmiech przygasł, jak założył parę okularów słonecznych.
Znałem tę minę. Nic dobrego z tego nie wynikało. Bardzo mało ludzi wiedziało
jak bardzo gówniane mogło stać się życie dla Jase’a. Łatwo było każdemu
przypuszczać inaczej przez to jak Jase był doświadczonym facetem w naprawianiu
gówna innych ludzi, w tym moim.
Włączyłem
klimatyzację i zamknąłem drzwi, po czym dołączyłem do niego z drugiej strony
auta. Metal był gorący na skórze moich ramion, jak pochyliłem się, rozciągając
łydki. – Co jest?
Jedna
ciemna brew uniosła się ponad oprawką okularów. – Kierujesz się do siłowni czy
coś?
-
Myślałem o tym. – Zamieniłem nogi, ćwicząc skręt. – Chcesz iść ze mną?
-
Nie – odparł. – Muszę wpaść na chwilę na farmę. Sprawdzić kilka rzeczy.
-
Jak czuje się Jack?
Szeroki
uśmiech pojawił się na twarzy Jase’a, sprawiając, że młoda profesorka
przechodząca obok samochodu potknęła się na obcasach. – Świetnie – powiedział
lekkim tonem, jak zawsze, kiedy mówił o swoim bracie. – Powiedział mi wczoraj,
że kiedy dorośnie to chce być Chuckiem Norrisem.
Roześmiałem
się. – Nie może pójść mu z tym źle.
-
Nie. – Spojrzał w moją stronę, spoglądając na mnie ponad okularami. – Jak się
masz?
-
Dobrze. – Odepchnąłem się, zabierając ręce z poręczy. – Czemu pytasz?
Jase
uniósł ramię. – Tylko sprawdzam.
W
niektóre dni ten komentarz mnie wkurzał. W inne nic nie robił. Na szczęście dla
Jase’a to był jeden z tych dni, kiedy te gówno spłynęło mi po plecach. – Nie
zamierzam w bliskiej przyszłości wylądować w kącie, szepcząc „na zawsze”.
Wszystko jest spoko.
-
Dobrze słyszeć. – Jase uśmiechnął się, cofając się i odwracając głowę w
kierunku, gdzie zniknęła młoda nauczycielka. – Impreza w waszym mieszkaniu,
tak?
-
Czemu nie? – Skierowałem się do strony kierowcy. – Jestem pewien, że będzie tam
połowa kampusu.
-
Racja. – Jase obrócił się na pięcie. – Do zobaczenia.
Wsiadłem
do chłodnego wnętrza i wyjechałem z parkingu. Mój leniwy tyłek musiał pojechać
do siłowni na Zachodnim Kampusie, ale mój tyłek chciał również dostać się na
kanapę, żeby wziąć drzemkę.
Skręcając
w lewo przy znaku stop, minąłem mieszkania dwupiętrowe po prawej stronie, jak
piłka nożna wyleciała przez jedne z drzwi, uderzając jednego z facetów w tył
głowy. Śmiejąc się, sięgnąłem do…
Coś
rudego przykuło moją uwagę.
Moje
oczy były pociskami termolokacyjnymi, szukając źródła i cholera jasna.
Zmrużyłem oczy. Czy to była Cukierek?
Drzewo
przesłoniło mi przez moment widok, a potem pojawiła się znowu, słońce odbijało
się od szerokiej bransoletki otaczającej jej nadgarstek.
O tak, to
była Cukierek.
Nie
zastanawiałem się dwa razy nad następnym ruchem. Uśmiechając się szeroko,
odwróciłem czapkę do tyłu i skręciłem ostro w prawo, blokując drogę.
Avery
odskoczyła na chodnik, jej duże oczy zaokrągliły się. Gdy nacisnąłem guzik okna
pasażerskiego, otwierając go, jej usta otworzyły się szeroko.
Uśmiechnąłem
się zadowolony, widząc, że Cukierek przeszła przez pierwszy dzień żywa. - Avery
Morgansten, znowu się spotykamy.
Rozejrzała
się wokoło, jakby myślała, że mówiłem do kogo innego. - Cameron Hamilton…
cześć.
Pochyliłem
się, kładąc ramię na kierownicy. Wyglądała tam cholernie uroczo, bawiąc się
swoją bransoletką. - Musimy przestać tak się spotykać.
Przygryzając
tę pełną dolną wargę, opuściła wzrok, skupiając go na moim tatuażu, gdy
przestąpiła z nogi na nogę.
Cukierek
była z pewnością czymś, co kwalifikowałem jako niezręczność. Może pochodziło to
z posiadania młodszej siostry, ponieważ czułem mocną potrzebę, żeby sprawić,
aby poczuła się dobrze, ale wydawało się być to beznadziejną walką.
- Ty
wpadająca na mnie, ja prawie wpadający na ciebie? – ciągnąłem. - To tak
jakbyśmy byli katastrofą czekającą żeby się zdarzyć.
Cisza.
Spróbować
jeszcze raz. - Gdzie zmierzasz?
- Do
mojego auta – powiedziała, udowodniając mi, że potrafiła mówić. - Zaraz skończy
mi się czas. – Znowu zmieniła pozycję. – Więc…
- W
takim razie wskakuj, kochanie. Mogę cię podwieźć.
Gapiła się
na mnie, jakbym poprosił ją o wejście na tył mojej furgonetki porywacza. - –
Nie. To nic. Jestem na wzgórzu. Żadnej potrzeby.
-
To żaden problem. – Nigdy nie poznałem kobiety tak cholernie opornej na zwykłą
uprzejmość. - Przynajmniej tyle mogę zrobić po tym, jak niemal cię potrąciłem.
- Dziękuję,
ale…
- Ej! Cam!
– Kevin wyszedł z pieprzonego znikąd, przebiegając obok Avery. - Co
robisz, stary?
Dziwnie
rozdrażniony, nie odrywałem spojrzenia od Cukierka i oparłem się pokusie, żeby
strącić kolesia z drogi moim wozem. - Nic, Kevin, tylko staram się mieć
rozmowę.
Avery
podniosła rękę, pomachała palcami i okrążyła Kevina oraz moje auto. Podążyłem
za nią wzrokiem, kiedy Kevin mówił o jakichś pierdołach, które gówno mnie
obchodziły.
-
Szlag – mruknąłem, opierając się o siedzenie.
Avery
znowu uciekła.
A
ja miałem najbardziej szalone pragnienie, żeby ruszyć za nią w pogoń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz