26.10.13

Pięć

Gdy chodziło o mojego małego Cukierka, cierpliwość się opłacała.
Początkowo wycieczka do Narodowego Pobojowiska Antietam, żeby zrobić nasze zadanie astronomiczne, zaczęła się tak boleśnie, jak były cotygodniowe zajęcia techniki radzenia sobie ze złością. Siedziała w moim samochodzie jakbym zwabił ją tam ofertą darmowych szczeniaczków, ciągnąć za rękawy jej swetra i siedząc prosto jak tablica. Jej nerwowość urosła, jak jechaliśmy Krwawą Aleją, wybierając miejsce, które da nam wyraźny widok na niebo i… pola uprawne.
Dowiedziałem się, że ma w sobie coś z maniaczki historycznej, co było fajne, ponieważ te brązowe oczy rozjaśniały się, kiedy zaczęła mówić o pobojowisku. Również dowiedziałem się, że była w wielkim pośpiechu, żeby mieć to wszystko za sobą.
Nigdy w życiu tak bardzo nie wątpiłem w moją umiejętność przyciągania dziewczyny, tak jak miałem z Avery. Zachowywała się, jakby spędzanie ze mną czasu było równoznaczne z siedzeniem w klasie kultury muzycznej przez dwa semestry pod rząd. Chociaż brzmi to pewnie siebie, wiedziałem, że mogę wejść na kampus i umówić się na randkę z najbliższą dostępną dziewczyną. Prawdopodobnie nawet z dziewczyną, która nie była dostępna, ale z Avery to było jak próba poderwania zakonnicy. I nie niegrzeczną zakonnicę.
- Myślisz, że jak długo to zajmie? – zapytała.
- Dlaczego? – Zatrzymałem się, kiedy coś do mnie dotarło. Może nie zawodził mnie mój czar. Cholera jasna, czemu wcześniej o tym nie pomyślałem? - Masz dzisiaj gorącą randkę?
Roześmiała się sucho. – Uhm, nie.
Część mnie była zadowolona, słysząc to. Druga była całkowicie zdezorientowana. - Brzmisz jakby to był szalony pomysł. Jakby nikt nie wyszedłby w sobotni wieczór na randkę.
Wzruszając ramionami, puściła kosmyk włosów, którym się bawiła. - Z nikim się nie umawiam.
Szedłem dalej, klepiąc rękami o uda, gdy wiatr poruszył tyczkami, powodując, że zabrzęczały jak suche kości. – Więc skąd ten pośpiech? – Kiedy nie było żadnej odpowiedzi, spojrzałem przez ramię, uśmiechając się szeroko. - Martwisz się, że przywiozłem cię tutaj dla moich nikczemnych planów?
Cukierek zatrzymała się, jej twarz zbladła tak, że wyróżniały się na niej piegi. – Co?
Hola. Obróciłem się do niej, czując powracający węzeł do mojej piersi i coś innego. Jej reakcja była zbyt szybka, zbyt prawdziwa. Zły smak wypełnił moje usta. - Hej, Avery, ja tylko żartuję. Naprawdę.
Wpatrywała się we mnie, po czym odwróciła wzrok z czerwonymi policzkami. – Wiem. Jestem po prostu…
- Nerwowa?
- Taa.
Miałem nadzieję – cholera, modliłem się – żeby to było tylko to. Patrząc jak bawi się bransoletką na lewym nadgarstku, nie mogłem pozwolić myślom zajść dalej. Już mówił mnie gniew możliwością, że stało jej się coś popieprzonego. Byłem pewien, że przesadzam. - Chodź. Zaraz będzie ciemno.
Zacząłem iść, kierując się do wieży, machając do dwóch uczniów z naszej klasy. Wybierając miejsce na wzgórzu górującym ścieżką, wyciągnąłem latarkę nim usiadłem. Trawa była sucha, a w tej ciszy brzęczenie świerszczy było niemal tak głośne jak moje walące serce. Nie miałem pojęcia dlaczego waliło mi tętno, ale czułem się, jakbym przybiegł tutaj a nie przyszedł.
Patrząc w górę, dostrzegłem Cukierka stojącą kilka metrów za mną. Poklepałem miejsce. - Dołącz do mnie? Bardzo proszę? Jestem samotny będąc tutaj całkiem samemu.
Zagryzła dolną wargę i napięły się mięśnie w moim brzuchu. W końcu posunęła się do przodu i usiadła… metr ode mnie. Uniosłem brwi, ale wtedy… wtedy spotkały się nasze spojrzenia i wziąłem wdech, ale nie zaszedł zbyt daleko. Jak wiele piegów miała na grzbiecie nosa? Dziewięć. Nie. Dziewięć i pół. Jeden z nich był wyblakły. Jej wargi rozchyliły się, jakby czekała na pocałunek.
Pragnienie aby ją pocałować mocno uderzyło mnie w brzuch. Czy to był pierwszy raz? Gdy starłem okrucha z jej wargi, to wtedy chciałem ją pocałować, posmakować tych miękko wyglądających ust. Z jakąkolwiek inną dziewczyną zrobiłbym ruch, ale nie z Cukierkiem.
A wtedy wydarzyła się najdziwniejsza cholerna rzecz.
Chciałem zwolnić. Jak mogłem spowolnić ten nieistniejący związek było poza moim pojęciem, ale sam nie wiem. Moje serce wciąż waliło.
Avery schyliła brodę, przyglądając się zeszytowi, jak odchrząknęła.
Wypuszczając oddech, który nie wiedziałem, że wstrzymywałem, zapytałem. - Na jaki gwiazdozbiór mamy sporządzić mapę?
- Um, Coronę Borealis, jak sądzę – odparła, przebiegając wzrokiem po notatkach, kiedy trzymałem latarkę.
- Ach, Koronę Północną.
Podniosła brwi. - Wiesz to z głowy?
Zaśmiałem się z jej powątpiewającej miny. - Mogę nie zapisywać notatek, ale skupiam uwagę.
Zmarszczyła nos. - Naprawdę nie rozumiem jak ktokolwiek widzi kształty w gwiazdach.
- Poważnie? – Powoli przysunąłem się bliżej i spojrzałem jej przez ramię. - Kształty są całkiem oczywiste.
- Nie dla mnie. To tylko masa gwiazd na niebie. Prawdopodobnie można zobaczyć cokolwiek chce się zobaczyć.
- Spójrz na Borealis. – Wskazałem na mapie. – To oczywiście korona.
Roześmiała się – prawdziwym śmiechem i węzeł zacisnął się w mojej klatce piersiowej. - To nie wygląda jak korona. Wygląda to jak nieregularne półkole.
Uśmiechając się, pokręciłem głową. - Popatrz. Teraz możesz to łatwo zobaczyć. To jest korona. No dalej, zobacz siedem gwiazd.
- Widzę siedem gwiazd, ale widzę również około sto innych. – Wzięła długopis. - Widzę też ciasteczkowego potwora.
Zaśmiałem się. - Jesteś śmieszna.
Przyglądałem się, jak jej usta ułożyły się w uśmiechu i trzymała długopis nad kartką. Wyraźnym było, że nie miała pojęcia od jakiej szerokości graficznej zacząć, kiedy spojrzała w stronę Borealis. Wreszcie połączyła dwie kropki.
- Wiesz, skąd pochodzi nazwa? – zapytałem.
Cukierek pokręciła głową, więc wyciągnąłem rękę i zabrałem jej długopis. W procesie moje palce musnęły jej palce. Coś szarpnęło moim ramieniem, a ona od razu się odsunęła. - Przedstawia koronę podarowaną od boga Dionizosa Ariadnie – powiedziałem jej. - Kiedy poślubiła Baccusa, umieścił jej koronę w niebie w honorze ich małżeństwa.
Patrzyła, marszcząc czoło. - Profesor Drage nie uczył tego na zajęciach.
- Wiem.
- Więc skąd to wiesz?
- Dlaczego ty tego nie wiesz?
Przechyliła głowę na bok, zaciskając usta.
- Dobra. Może większość ludzi nie wiedziałaby tego z głowy. – Zakręciłem jej długopisem. – Tak naprawdę brałem część tej klasy jako student pierwszego roku, ale musiałem ją rzucić.
Ciekawość pojawiła się w jej brązowych oczach. – Naprawdę?
Potaknąłem.
- Jesteś, co, juniorem?
- Tak. – Urwałem, niepewny jak wiele powinienem powiedzieć. - Musiałem wziąć rok wolnego, co zostawiło mnie w tyle.
Milczała przez kilka chwil. - Czemu znowu bierzesz astronomię? Czy to część twojego kierunku?
- Nie. Po prostu lubię zajęcia i profesora Drage’. – Wyłączyłem latarkę. - Studiuję sport i rekreację. Chciałbym zająć się sportową rehabilitacją.
- Och. Czy…
Kiedy nie dokończył zdania, spojrzałem w jej stronę i podążyłem za jej wzrokiem. Na ławce, dwójka z naszej astronomicznej klasy wyglądała jakby zamierzali poćwiczyć tu i teraz robienie dzieci.
- No to jest interesująca forma obserwowania gwiazd – powiedziałem.
Obserwowała ich przez jeszcze kilka chwil, jej oczy były rozszerzone jakby starała się stwierdzić, co dokładnie robili. Co było oczywiste. Było tam wiele akcji z udziałem języka.
Szturchnąłem ją długopisem.
- Co?
- Nic. Po prostu… - Nie miałem pojęcia, jak to powiedzieć. - Patrzysz na nich… jakbyś nigdy nie widziała pary, która by to robiła.
- Tak?
Skinąłem głową. - Więc jeśli nie zostałaś wychowana w klasztorze, wyobrażam sobie, że byłaś na kolanach raz czy dwa, co nie?
- Nie, nie byłam! – Skrzywiła się, skupiając na tyczkach. – To znaczy, nie byłam na kolanach faceta.
Uśmiech tańczył na moich wargach. - A co z kolanami dziewczyny?
Otworzyła szeroko usta. – Co? Nie!
Uśmiechnąłem się szeroko, wyobrażając ją sobie na kolanach dziewczyny i nie był to zły obrazek. Chociaż było o wiele lepiej, kiedy wyobrażałem ją sobie na moich kolanach. - Żartowałem, Avery.
Uparcie wysunęła brodę. - Wiem, po prostu…
- Co? – Znowu dziobnąłem jej ramię długopisem. - Ty co?
- Nigdy nie byłam w związku.
Nigdy? Nigdy, że przenigdy? Niemożliwe.
Trzymając kurczowo jej zeszyt, spojrzała na mnie. - Co? To nic wielkiego.
Otworzyłem usta, nic nie powiedziałem. Zamrugałem, po czym pokręciłem głową i odchyliłem ją, patrząc w niebo. - Nigdy nie byłaś w związku?
- Nie.
- Nic?
- To właśnie oznacza nie.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. – Ile masz lat?
Wywróciła oczami. – Dziewiętnaście.
- I nie byłaś w ani jednym związku?
- Nie. Moi rodzice… byli surowi. – Przełknęła ślinę. – Naprawdę surowi.
- Widzę. – Stuknąłem długopisem w zeszyt, dalej ciekawy, tak obsesyjnie ciekawy, jak ktoś tak śliczny jak Avery doszła tak daleko, bez bycia w ani jednym związku. – Więc byłaś na randce czy coś?
Emanowało od niej głębokie westchnięcie. – Myślałam, że mieliśmy sporządzać mapę gwiazd?
- Robimy to.
- Nie, nie robimy. Mam tylko krzywą linię, a ty nie masz nic.
- Ta krzywa linia jest pomiędzy Deltą i Gammą. – Pochyliłem się, łącząc kropki. – Tutaj jest Teta, a to jest Alfa – najjaśniejsza gwiazda. Widzisz, w połowie skończyliśmy.
Zmarszczyła brwi, powoli kręcąc głową i spojrzała na niebo. Podczas gdy była rozproszona, ponieważ skończyłem astronomiczne gówno, pochyliłem się, przyciskając ramię do jej ramienia i wykończyłem mapę, kończąc naszą pracę domową.
Odwróciłem głowę. - Teraz skończyliśmy sporządzać mapę gwiazd… - Nasze twarze dzieliły centymetry i usłyszałem jej cichy wdech. Nie odsunęła się, a mój uśmiech uniósł się o cal. – Widzisz? To nie było trudne.
Avery opuściła wzrok i wiedziałem, że nie zwracała ani trochę przeklętej uwagi na to co wychodziło z moich ust, chociaż to na nie się gapiła. Nie żebym się skarżył. Mogła patrzeć na moje usta tyle ile chciała.
Te gęste rzęsy uniosły się i nasze spojrzenia raz jeszcze się spotkały. Pomiędzy nami rozłożyło się niespodziewane, namacalne przyciąganie. Żadne z nas nie poruszyło się, ale ja chciałem. Chciałem wziąć ją w ramiona. Gdzie poszła cała sprawa ze zwolnieniem, nie mam pojęcia. Poruszyła się, wyraźnie czując dyskomfort, a dobra, przyzwoita część mnie kazała mi odwrócić wzrok, opowiedzieć kawał i sprawić, żeby poczuła się lepiej, ale nie mogłem oprzeć się powabowi jej oczu. W ciemności były jak czarne baseny.
Zmusiłem się do powiedzenia czegoś. – Myślisz, że nauczyłaś się czegoś o gwiazdach?
Nie było żadnej odpowiedzi, co prawdopodobnie było dobrą rzeczą, bo to było kiepskie. Więc przeszedłem do czegoś, co naprawdę chciałem wiedzieć. – Byłaś kiedykolwiek na randce?
Nadal zero odpowiedzi.
Moje usta uniosły się do góry. - Słuchasz mnie?
Cukierek zamrugała, jakby otrząsała się z oszołomienia. - Co? Tak! Tak. Całkowicie.
Nie było żadnego opacznego rozumowania, że ona czuła to samo, co ja czułem. Nie kiedy patrzyła na mnie tak długo. - Taa… więc nie byłaś na randce?
- Co?
Zachichotałem. – Naprawdę w ogóle mnie nie słuchałaś. Byłaś zbyt zajęta gapieniem się na mnie.
- Wcale nie!
- Tak, gapiłaś. – Szturchnąłem ją w ramię.
Zrobiła minę, jakby posmakowała czegoś niedobrego. – Jesteś poza dopuszczalnym poziomem arogancji.
- Arogancji? Jedynie stwierdzam prawdę. – Odrzuciłem mój zeszyt na bok i oparłem się na ramionach, obserwując ją. Nie mogłem powstrzymać się od drażnienia jej. To było jak odnalezienie nowego hobby. – Nie ma nic złego z gapieniem się na mnie. Lubię to.
Patrzyła na mnie. – Nie gapiłam się na ciebie. Nie tak naprawdę. Tak jakby… odpłynęłam. Tak właśnie ekscytujące jest z tobą rozmawianie.
- Wszystko we mnie jest ekscytujące.
- Tak ekscytujące jak patrzenie, jak twój żółw przechodzi przez drogę.
- Mhm. Wmawiaj to sobie dalej, kochanie.
- Dalej nazywaj mnie kochaniem, a będziesz kulał.
Ach, podobało mi się to. – Och, słuchaj siebie.
- Nieważne.
- Powinniśmy to zrobić.
Ściągnęła wargi. – Co zrobić? Iść do domu? Chcę iść do domu, już teraz.
Uśmiechnąłem się. - Iść na randkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz