Gdy
chodziło o mojego małego Cukierka, cierpliwość się opłacała.
Początkowo
wycieczka do Narodowego
Pobojowiska Antietam, żeby zrobić nasze zadanie astronomiczne, zaczęła się tak
boleśnie, jak były cotygodniowe zajęcia techniki radzenia sobie ze złością.
Siedziała w moim samochodzie jakbym zwabił ją tam ofertą darmowych
szczeniaczków, ciągnąć za rękawy jej swetra i siedząc prosto jak tablica. Jej
nerwowość urosła, jak jechaliśmy Krwawą Aleją, wybierając miejsce, które da nam
wyraźny widok na niebo i… pola uprawne.
Dowiedziałem się, że ma w sobie coś z
maniaczki historycznej, co było fajne, ponieważ te brązowe oczy rozjaśniały
się, kiedy zaczęła mówić o pobojowisku. Również dowiedziałem się, że była w
wielkim pośpiechu, żeby mieć to wszystko za sobą.
Nigdy w życiu tak bardzo nie wątpiłem
w moją umiejętność przyciągania dziewczyny, tak jak miałem z Avery. Zachowywała
się, jakby spędzanie ze mną czasu było równoznaczne z siedzeniem w klasie
kultury muzycznej przez dwa semestry pod rząd. Chociaż brzmi to pewnie siebie,
wiedziałem, że mogę wejść na kampus i umówić się na randkę z najbliższą
dostępną dziewczyną. Prawdopodobnie nawet z dziewczyną, która nie była
dostępna, ale z Avery to było jak próba poderwania zakonnicy. I nie niegrzeczną
zakonnicę.
- Myślisz, że jak długo to zajmie? –
zapytała.
- Dlaczego? – Zatrzymałem się, kiedy
coś do mnie dotarło. Może nie zawodził mnie mój czar. Cholera jasna, czemu
wcześniej o tym nie pomyślałem? - Masz dzisiaj gorącą randkę?
Roześmiała się sucho. – Uhm, nie.
Część mnie była zadowolona, słysząc
to. Druga była całkowicie zdezorientowana. - Brzmisz jakby to był szalony
pomysł. Jakby nikt nie wyszedłby w sobotni wieczór na randkę.
Wzruszając ramionami, puściła kosmyk
włosów, którym się bawiła. - Z nikim się nie umawiam.
Szedłem dalej, klepiąc rękami o uda,
gdy wiatr poruszył tyczkami, powodując, że zabrzęczały jak suche kości. – Więc
skąd ten pośpiech? – Kiedy nie było żadnej odpowiedzi, spojrzałem przez ramię,
uśmiechając się szeroko. - Martwisz się, że przywiozłem cię tutaj dla moich
nikczemnych planów?
Cukierek zatrzymała się, jej twarz
zbladła tak, że wyróżniały się na niej piegi. – Co?
Hola. Obróciłem się do niej, czując
powracający węzeł do mojej piersi i coś innego. Jej reakcja była zbyt szybka, zbyt
prawdziwa. Zły smak wypełnił moje usta. - Hej, Avery, ja tylko żartuję.
Naprawdę.
Wpatrywała się we mnie, po czym
odwróciła wzrok z czerwonymi policzkami. – Wiem. Jestem po prostu…
- Nerwowa?
- Taa.
Miałem nadzieję – cholera, modliłem
się – żeby to było tylko to. Patrząc jak bawi się bransoletką na lewym
nadgarstku, nie mogłem pozwolić myślom zajść dalej. Już mówił mnie gniew
możliwością, że stało jej się coś popieprzonego. Byłem pewien, że przesadzam. -
Chodź. Zaraz będzie ciemno.
Zacząłem iść, kierując się do wieży,
machając do dwóch uczniów z naszej klasy. Wybierając miejsce na wzgórzu
górującym ścieżką, wyciągnąłem latarkę nim usiadłem. Trawa była sucha, a w tej
ciszy brzęczenie świerszczy było niemal tak głośne jak moje walące serce. Nie
miałem pojęcia dlaczego waliło mi tętno, ale czułem się, jakbym przybiegł tutaj
a nie przyszedł.
Patrząc w
górę, dostrzegłem Cukierka stojącą kilka metrów za mną. Poklepałem miejsce. - Dołącz do mnie? Bardzo proszę? Jestem
samotny będąc tutaj całkiem samemu.
Zagryzła
dolną wargę i napięły się mięśnie w moim brzuchu. W końcu posunęła się do
przodu i usiadła… metr ode mnie. Uniosłem brwi, ale wtedy… wtedy spotkały się
nasze spojrzenia i wziąłem wdech, ale nie zaszedł zbyt daleko. Jak wiele piegów
miała na grzbiecie nosa? Dziewięć. Nie. Dziewięć i pół. Jeden z nich był
wyblakły. Jej wargi rozchyliły się, jakby czekała na pocałunek.
Pragnienie
aby ją pocałować mocno uderzyło mnie w brzuch. Czy to był pierwszy raz? Gdy
starłem okrucha z jej wargi, to wtedy chciałem ją pocałować, posmakować tych
miękko wyglądających ust. Z jakąkolwiek inną dziewczyną zrobiłbym ruch, ale nie
z Cukierkiem.
A wtedy
wydarzyła się najdziwniejsza cholerna rzecz.
Chciałem
zwolnić. Jak mogłem spowolnić ten nieistniejący związek było poza moim pojęciem,
ale sam nie wiem. Moje serce wciąż waliło.
Avery
schyliła brodę, przyglądając się zeszytowi, jak odchrząknęła.
Wypuszczając
oddech, który nie wiedziałem, że wstrzymywałem, zapytałem. - Na jaki gwiazdozbiór mamy sporządzić
mapę?
- Um, Coronę Borealis, jak sądzę –
odparła, przebiegając wzrokiem po notatkach, kiedy trzymałem latarkę.
- Ach, Koronę Północną.
Podniosła brwi. - Wiesz to z głowy?
Zaśmiałem
się z jej powątpiewającej miny. - Mogę nie zapisywać notatek, ale skupiam uwagę.
Zmarszczyła
nos. - Naprawdę nie
rozumiem jak ktokolwiek widzi kształty w gwiazdach.
- Poważnie?
– Powoli przysunąłem się bliżej i spojrzałem jej przez ramię. - Kształty są całkiem oczywiste.
- Nie dla mnie. To tylko masa gwiazd na
niebie. Prawdopodobnie można zobaczyć cokolwiek chce się zobaczyć.
- Spójrz na Borealis. – Wskazałem na
mapie. – To oczywiście korona.
Roześmiała
się – prawdziwym śmiechem i węzeł zacisnął się w mojej klatce piersiowej. - To nie wygląda jak korona. Wygląda to
jak nieregularne półkole.
Uśmiechając
się, pokręciłem głową. - Popatrz.
Teraz możesz to łatwo zobaczyć. To jest korona. No dalej, zobacz siedem gwiazd.
- Widzę siedem gwiazd, ale widzę
również około sto innych. – Wzięła długopis. - Widzę też ciasteczkowego
potwora.
Zaśmiałem
się. - Jesteś śmieszna.
Przyglądałem się, jak jej usta
ułożyły się w uśmiechu i trzymała długopis nad kartką. Wyraźnym było, że nie
miała pojęcia od jakiej szerokości graficznej zacząć, kiedy spojrzała w stronę
Borealis. Wreszcie połączyła dwie kropki.
- Wiesz, skąd pochodzi nazwa? –
zapytałem.
Cukierek pokręciła głową, więc
wyciągnąłem rękę i zabrałem jej długopis. W procesie moje palce musnęły jej
palce. Coś szarpnęło moim ramieniem, a ona od razu się odsunęła. - Przedstawia
koronę podarowaną od boga Dionizosa Ariadnie – powiedziałem jej. - Kiedy
poślubiła Baccusa, umieścił jej koronę w niebie w honorze ich małżeństwa.
Patrzyła,
marszcząc czoło. - Profesor
Drage nie uczył tego na zajęciach.
- Wiem.
- Więc skąd to wiesz?
- Dlaczego ty tego nie wiesz?
Przechyliła
głowę na bok, zaciskając usta.
- Dobra. Może większość ludzi nie
wiedziałaby tego z głowy. – Zakręciłem jej długopisem. – Tak naprawdę brałem
część tej klasy jako student pierwszego roku, ale musiałem ją rzucić.
Ciekawość
pojawiła się w jej brązowych oczach. – Naprawdę?
Potaknąłem.
- Jesteś, co, juniorem?
- Tak. – Urwałem, niepewny jak wiele
powinienem powiedzieć. - Musiałem wziąć rok wolnego, co zostawiło mnie w tyle.
Milczała
przez kilka chwil. - Czemu
znowu bierzesz astronomię? Czy to część twojego kierunku?
- Nie. Po prostu lubię zajęcia i
profesora Drage’. – Wyłączyłem latarkę. - Studiuję sport i rekreację. Chciałbym
zająć się sportową rehabilitacją.
- Och. Czy…
Kiedy nie dokończył zdania,
spojrzałem w jej stronę i podążyłem za jej wzrokiem. Na ławce, dwójka z naszej
astronomicznej klasy wyglądała jakby zamierzali poćwiczyć tu i teraz robienie
dzieci.
- No to jest interesująca forma
obserwowania gwiazd – powiedziałem.
Obserwowała ich przez jeszcze kilka
chwil, jej oczy były rozszerzone jakby starała się stwierdzić, co dokładnie
robili. Co było oczywiste. Było tam wiele akcji z udziałem języka.
Szturchnąłem ją długopisem.
- Co?
- Nic. Po prostu… - Nie miałem
pojęcia, jak to powiedzieć. - Patrzysz na nich… jakbyś nigdy nie widziała pary,
która by to robiła.
- Tak?
Skinąłem głową. - Więc jeśli nie
zostałaś wychowana w klasztorze, wyobrażam sobie, że byłaś na kolanach raz czy
dwa, co nie?
- Nie, nie byłam! – Skrzywiła się,
skupiając na tyczkach. – To znaczy, nie byłam na kolanach faceta.
Uśmiech tańczył na moich wargach. - A
co z kolanami dziewczyny?
Otworzyła szeroko usta. – Co? Nie!
Uśmiechnąłem się szeroko, wyobrażając
ją sobie na kolanach dziewczyny i nie był to zły obrazek. Chociaż było o wiele
lepiej, kiedy wyobrażałem ją sobie na moich kolanach. - Żartowałem, Avery.
Uparcie wysunęła brodę. - Wiem, po
prostu…
- Co? – Znowu dziobnąłem jej ramię
długopisem. - Ty co?
- Nigdy nie byłam w związku.
Nigdy? Nigdy, że przenigdy?
Niemożliwe.
Trzymając kurczowo jej zeszyt,
spojrzała na mnie. - Co? To nic wielkiego.
Otworzyłem usta, nic nie
powiedziałem. Zamrugałem, po czym pokręciłem głową i odchyliłem ją, patrząc w
niebo. - Nigdy nie byłaś w związku?
- Nie.
- Nic?
- To właśnie oznacza nie.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. – Ile
masz lat?
Wywróciła oczami. – Dziewiętnaście.
- I nie byłaś w ani jednym związku?
- Nie. Moi rodzice… byli surowi. – Przełknęła
ślinę. – Naprawdę surowi.
- Widzę. – Stuknąłem długopisem w
zeszyt, dalej ciekawy, tak obsesyjnie ciekawy, jak ktoś tak śliczny jak Avery
doszła tak daleko, bez bycia w ani jednym związku. – Więc byłaś na randce czy
coś?
Emanowało od niej głębokie
westchnięcie. – Myślałam, że mieliśmy sporządzać mapę gwiazd?
- Robimy to.
- Nie, nie robimy. Mam tylko krzywą
linię, a ty nie masz nic.
- Ta krzywa linia jest pomiędzy Deltą i Gammą. – Pochyliłem się, łącząc
kropki. – Tutaj jest Teta, a to jest Alfa – najjaśniejsza gwiazda. Widzisz, w
połowie skończyliśmy.
Zmarszczyła brwi, powoli kręcąc głową
i spojrzała na niebo. Podczas gdy była rozproszona, ponieważ skończyłem
astronomiczne gówno, pochyliłem się, przyciskając ramię do jej ramienia i
wykończyłem mapę, kończąc naszą pracę domową.
Odwróciłem głowę. - Teraz
skończyliśmy sporządzać mapę gwiazd… - Nasze twarze dzieliły centymetry i
usłyszałem jej cichy wdech. Nie odsunęła się, a mój uśmiech uniósł się o cal. –
Widzisz? To nie było trudne.
Avery opuściła wzrok i wiedziałem, że
nie zwracała ani trochę przeklętej uwagi na to co wychodziło z moich ust,
chociaż to na nie się gapiła. Nie żebym się skarżył. Mogła patrzeć na moje usta
tyle ile chciała.
Te gęste rzęsy uniosły się i nasze
spojrzenia raz jeszcze się spotkały. Pomiędzy nami rozłożyło się
niespodziewane, namacalne przyciąganie. Żadne z nas nie poruszyło się, ale ja
chciałem. Chciałem wziąć ją w ramiona. Gdzie poszła cała sprawa ze zwolnieniem,
nie mam pojęcia. Poruszyła się, wyraźnie czując dyskomfort, a dobra, przyzwoita
część mnie kazała mi odwrócić wzrok, opowiedzieć kawał i sprawić, żeby poczuła
się lepiej, ale nie mogłem oprzeć się powabowi jej oczu. W ciemności były jak
czarne baseny.
Zmusiłem się do powiedzenia czegoś. –
Myślisz, że nauczyłaś się czegoś o gwiazdach?
Nie było żadnej odpowiedzi, co prawdopodobnie
było dobrą rzeczą, bo to było kiepskie. Więc przeszedłem do czegoś, co naprawdę
chciałem wiedzieć. – Byłaś kiedykolwiek na randce?
Nadal zero odpowiedzi.
Moje usta uniosły się do góry. - Słuchasz
mnie?
Cukierek zamrugała, jakby otrząsała
się z oszołomienia. - Co? Tak! Tak. Całkowicie.
Nie było żadnego opacznego
rozumowania, że ona czuła to samo, co ja czułem. Nie kiedy patrzyła na mnie tak
długo. - Taa… więc nie byłaś na randce?
- Co?
Zachichotałem. – Naprawdę w ogóle
mnie nie słuchałaś. Byłaś zbyt zajęta gapieniem się na mnie.
- Wcale nie!
- Tak, gapiłaś. – Szturchnąłem ją w
ramię.
Zrobiła minę, jakby posmakowała
czegoś niedobrego. – Jesteś poza dopuszczalnym poziomem arogancji.
- Arogancji? Jedynie stwierdzam
prawdę. – Odrzuciłem mój zeszyt na bok i oparłem się na ramionach, obserwując
ją. Nie mogłem powstrzymać się od drażnienia jej. To było jak odnalezienie
nowego hobby. – Nie ma nic złego z gapieniem się na mnie. Lubię to.
Patrzyła na mnie. – Nie gapiłam się
na ciebie. Nie tak naprawdę. Tak jakby… odpłynęłam. Tak właśnie ekscytujące jest z tobą rozmawianie.
- Wszystko we mnie jest ekscytujące.
- Tak ekscytujące jak patrzenie, jak
twój żółw przechodzi przez drogę.
- Mhm. Wmawiaj to sobie dalej,
kochanie.
- Dalej nazywaj mnie kochaniem, a
będziesz kulał.
Ach, podobało mi się to. – Och,
słuchaj siebie.
- Nieważne.
- Powinniśmy to zrobić.
Ściągnęła wargi. – Co zrobić? Iść do
domu? Chcę iść do domu, już teraz.
Uśmiechnąłem się. - Iść na randkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz