26.10.13

Sześć

Cukierek wpatrywała się we mnie, jakbym właśnie zasugerował, żebyśmy rozebrali się do naga i przebiegli przez pola. Zamknęła swój zeszyt i chwyciła torbę. - Nie jestem pewna, czy nadążam za tą rozmową.
- Naprawdę nie jest tak skomplikowana. – Roześmiałem się z jej nienawistnego spojrzenia. – Powinniśmy iść na randkę.
Patrzyła na mnie przez chwilę, po czym wsadziła zeszyt do torby ze śmiertelną siłą. – Nie rozumiem.
Dlaczego nie byłem zaskoczony, że nie rozumiała? Kładąc się, wyciągnąłem ramiona nad głową, czując strzelające kości. Przyglądałem się, jak jej wzrok przesunął się po mnie, zawieszając się na odsłoniętej skórze między moją bluzką a paskiem.
Mój uśmiech się powiększył. - Zwykle pójście na randkę jest wtedy, kiedy dwoje ludzi wychodzi wieczorem lub czasami w ciągu dnia. Naprawdę, to może być o każdej porze dnia czy nocy. Zazwyczaj obejmuje kolację. Czasem film lub spacer do parku. Choć ja nie chodzę na spacery do parku. Może na plażę, ale skoro nie ma żadnych…
- Wiem, co to randka. – Skoczyła na nogi, oczy były jak odłamki czarnego lodu w ciemności.
- Powiedziałaś, że nie rozumiesz. Więc wyjaśniam, co oznacza randka.
Jej usta drgnęły, gdy skrzyżowała ramiona na piersi. – To nie tej części nie rozumiałam i ty to wiesz.
- Po prostu upewniałem się, że chodzi nam o to samo.
- Nie chodzi.
Uśmiechając się bezwstydnie, zniżyłem ramiona, ale nie poprawiłem bluzki. - Więc teraz, kiedy obydwoje wiemy z czym wiąże się randka, powinniśmy na taką iść.
- Uch…
Usiadłem, siadając prosto. Skonsternowanie na jej twarzy było w dziwny sposób urocze. – To nie bardzo odpowiedź, Avery.
- Ja… - Kręcąc głową, cofnęła się o krok. – Nie masz dziewczyny?
Skąd do diabła Cukierek wzięła ten pomysł? – Dziewczyny? Nie.
- Więc kim była ta brunetka zataczająca się z twojego mieszkania w środową noc? – domagała się odpowiedzi.
Kiedy jej słowa dotarły do mojej świadomości, uśmiechnął się od ucha do pieprzonego ucha. - Obserwowałaś mnie, Avery?
- Nie. Nie! – Jej twarz zbladła. - Co? Nie obserwowałam cię. Mam życie.
Wygiąłem brew. – Więc skąd wiesz o Stephanie?
Cukierek przestąpiła z nogi na nogę. - To jej imię?
- Cóż, tak, ma ona imię i nie, nie jest ona moją dziewczyną. I nie zataczała się. Może powłóczyła nogami.
Wywróciła oczami.
- Więc jak ją widziałaś, skoro mnie nie obserwowałaś? – Skrzyżowałem kostki u nóg. – I nie mam nic przeciwko pomysłowi, że mnie obserwowałaś. Pamiętaj, lubię to.
Jej klatka piersiowa uniosła się w głębokim oddechu i mogłem stwierdzić, że jej cierpliwość była cienka. - Nie obserwowałam cię. Nie mogłam spać i patrzyłam przez okno w moim salonie. Po prostu zdarzyło mi się zobaczyć jak odprowadzasz ją do jej auta.
Nie wierzyłem jej. Do diabła nie. Komu po prostu zdarza się patrzeć przez okno o tej porze w nocy? Chociaż bardzo chciałbym jeszcze podroczyć się z nią, wyglądało na to, że zamierzała kopnąć mnie w głowę, ale byłem graczem. - To ma sens. Bynajmniej nie tak zabawne jak ty stojąca przy oknie z nadzieją, że na mnie zerkniesz.
Gapiła się na mnie bez słowa.
Puściłem oko. - Tak w ogóle to Steph nie jest moją dziewczyną. Nie jesteśmy tacy.
Jej ręka podążyła do bransoletki na jej lewym nadgarstku. - Nie jestem taka.
- Jaka? – zapytał.
Przenosząc wzrok na mnóstwo gwiazd, podniosła dłonie. – Nie jestem taka jak ona.
- Znasz ją?
– Nie pieprzę się z facetami tylko dla zabawy, dobra? Nie widzę w tym nic złego. W ogóle nie osądzam, ale to nie ja. Więc nie jestem zainteresowana. Przykro mi.
- Poczekaj chwilę. Jestem zdezorientowany. Nie osądzasz jej, ale założyłaś, że interesuje się ona przypadkowym seksem? Że jest ona moją przyjaciółką od seksu? Czy nie jest to tak jakby pochopne osądzanie oparte na założeniach?
Zmarszczyła czoło. – Masz rację. Nie wiem czy tak z wami jest. Może jesteście tylko kolegami z dzieciństwa czy coś.
- Nie jesteśmy. – Uśmiechnąłem się szeroko – Spotykamy się na seks, co jakiś czas.
Szczęka Cukierka uderzyła o ziemię. – Miałam rację! Więc dlaczego oskarżyłeś mnie o bycie osądzającą?
- Po prostu zwróciłem na to uwagę. – Nie potrafiłem przestać droczyć się z nią. Szeroki wachlarz emocji, który przebłyskał na jej twarzy, był dla mnie fascynujący. – A tak w ogóle, nie mieliśmy seksu środowej nocy. Nie to, że się nie przymierzała do tego, ale ja tego nie czułem.
- Nieważne. To jest głupia rozmowa.
- Lubię tę rozmowę.
Sięgnęła po swoją torbę, ale byłem szybszy, łapiąc ją, jak wstałem. Wypuściła głębokie, zirytowane westchnięcie. – Daj mi ją.
Opuszczając brodę, powiedziałem. - Staram się. – Przełożyłem pasek przez jej ramię, palcami muskając jej szyję. Tym razem to nie było celowe, a kiedy podskoczyła, to samo zrobiło moje serce. Odsuwając się, podniosłem latarkę. - Widzisz? Zachowuję się tylko jak dżentelmen.
- Nie sądzę, że jesteś dżentelmenem, ale dziękuję.
Jej słowa były dziwnym połączeniem szczerości oraz frustracji i nie powiedziała nic więcej, kiedy zaczęliśmy wracać przy jedynie wąskiej smudze światła z latarki.
- Te miejsce jest lekko przerażające w nocy, nie sądzisz?
Potaknęła, patrząc na ciemne cienie pomników. – Sądzę, że jeśli na świecie będzie jakieś nawiedzone miejsce, to byłoby to miejsce takie jak te.
- Wierzysz w duchy?
Cukierek wzruszyła ramionami. – Nie wiem. Nigdy żadnego nie widziałam.
- Ja też nie.
Uniosła jeden kącik ust. – Przypuszczam, że to dobrze.
Zatrzymałem się przy drzwiach samochodu od strony pasażera. – Pani.
- Dziękuję.
Ponieważ teraz w jej głosie było trochę mniej frustracji, postanowiłem przetestować moje szczęście. Oparłem się o otwarte drzwi, przyglądając się, jak wewnętrzne światło obejmuje jej twarz. - Więc co z tym?
- Co z czym?
Przechyliłem głowę. – Umów się ze mną na randkę.
Zesztywniała. – Dlaczego?
- Dlaczego nie?
- To nie jest odpowiedź. – Złapała pas bezpieczeństwa, gwałtownie nim ciągnąc.
- Co to było za pytanie? Jak mam… hej, to tylko pas. Nie tak mocno. – Pochyliłem się, zabierając od niej pas. Gdy nasze dłonie się dotknęły, przycisnęła się do siedzenia. To była taka dziwna reakcja, że podniosły się włoski na moim karku, jak uniosłem wzrok. - Dlaczego nie powinnyśmy iść na randkę?
Zacisnęła ręce w pięści na kolanach. Chciałem puścić przeklęty pas, wziąć jej ręce w moje i je rozluźnić. - Ponieważ… ponieważ się nie znamy.
Uśmiechnąłem się leciutko, przesuwając spojrzenie w górę, skupiając się na jej ustach. – O to chodzi w randce. O poznawanie się nawzajem. Umów się ze mną na randkę.
- Nie ma we mnie nic do poznania – wyszeptała.
- Jestem pewien, że jest wiele w tobie do poznania.
- Nie ma.
Przybliżyłem się, wdychając jej słodki zapach. - Więc możemy spędzić czas ze mną gadającym.
- Brzmi fajnie.
- Och, będzie bardziej ekscytująco niż patrzenie, jak Rafael przechodzi przez ulicę.
- Ha. – Rozbawienie błysnęło w jej ciemnych oczach.
- Tak myślałem, że ci się to spodoba.
Jej spojrzenie pomknęło do miejsca, gdzie jej torba opierała się o jej nogę, po czym wróciło do mnie. – Możemy już jechać?
- Możemy iść na randkę?
Wyszedł z niej odgłos frustracji. - Dobry Boże, nie dajesz za wygraną.
- Nie.
Cukierek roześmiała się, a ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu kształtującego się na moich ustach. Lubiłem dźwięk jej śmiechu, kiedy naprawdę się śmiała. – Jestem pewna, że jest wiele dziewczyn, które chciałyby iść z tobą na randkę.
- Jest.
- Wow. Skromny jesteś, co?
- Czemu miałbym być? A ja chcę iść na randkę z tobą. Nie z nimi.
Lekko potrząsnęła głową. - Nie rozumiem dlaczego.
A ja nie rozumiałem dlaczego ona tego nie pojmowała. - Mogę wymyślić kilka powodów. Nie jesteś jak większość dziewczyn. – Prawda. - To mnie interesuje. – Naprawdę tak było. -  Jesteś niezręczna w ten naprawdę… uroczy sposób. Jesteś mądra. Chcesz, żebym wymienił więcej?
- Nie. W ogóle – odpowiedziała. – Nie chcę iść z tobą na randkę.
Nie wierzyłem. Nazwijcie to intuicją, doświadczeniem albo prostą, starą pewnością siebie, ale wcale jej nie wierzyłem. – Domyśliłem się, że to powiesz.
- Więc czemu spytałeś?
Odchyliłem się, łapiąc bok drzwi. – Bo chciałem.
- Och. Cóż. Dobrze. Cieszę się, że pozbyłeś się tego z systemu.
Co ona myślała, że to było? Do diabła, nawet ja nie wiedziałem, co to było. – Nie pozbyłem się tego z systemu.
Opuściła ramiona. – Nie?
- Nie. – Uśmiechnąłem się. – Zawsze jest jeszcze jutro.
- Co jest jutro?
- Znowu cię zapytam.
Pokręciła głową. – Odpowiedź będzie taka sama.
- Może. Może nie. – Pacnąłem ją w czubek nosa, uśmiechając się szeroko, gdy spojrzała na mnie zmrużonymi oczami. – I może powiesz tak. Jestem cierpliwym facetem i, hej, jak sama powiedziałaś, nie daję łatwo za wygraną.
- Świetnie – mruknęła, ale w jej oczach były iskry, ten sam połysk, który był tam, kiedy lustrowała mnie wzrokiem.
- Wiedziałem, że tak to zobaczysz. – Uszczypnąłem ją w nos, a ona odtrąciła moją rękę. – Nie martw się. Znam prawdę.
- Prawdę o czym?
Odsunąłem się, na wypadek gdyby znowu zaatakowała. – Chcesz się zgodzić, ale po prostu nie jesteś gotowa.
Cukierek wyglądała, jakby faktycznie zobaczyła ducha.
- To nic. Trudno jest sobie ze mną poradzić, ale mogę cię zapewnić, że będziesz się dobrze bawić radząc sobie ze mną. – Zanim mogłaby odpowiedzieć, stuknąłem ją w nos i zamknąłem drzwi, uśmiechając się do siebie, gdy okrążałem przód samochodu.

Patrzyłem, jak Avery wchodzi do swojego mieszkania. Zatrzymała się w połowie, założyła błyszczące, miedziane kosmyki za ucho, zerkając na mnie przez ramię.
Mały, nieśmiały uśmiech pojawił się na jej ustach, kiedy pomachała na pożegnanie, po czym weszła do środka, cicho zamykając za sobą drzwi.
Stałem tam kilka chwil, jak podglądacz, potem nareszcie odwróciłem się do moich drzwi. Gdy sięgnąłem do klamki, drzwi otworzyły się szeroko.
Pojawił się Jase, blokując wejście. Miał zaciekawiony wyraz twarzy. – Co robisz, stojąc na korytarzu swojego bloku jak frajer?
- Co robisz w moim mieszkaniu jak dziwak?
Wzruszył ramionami. – Spędzam sobie czas z Olliem, ale pobiegł do Sheetz po nachos.
- Ach, wieczór nachos. – Co oznaczało, że Ollie nie będzie spał całą noc. Przestąpiłem z nogi na nogę. – Wpuścisz mnie do środka?
- No cóż, skoro to twoje mieszkanie. – Przekrzywił głowę, rzucając cień na połowę śniadej twarzy. – Chyba tak.
Jase odsunął się na bok, pozwalając mi przecisnąć się obok niego. Poszedłem prosto do lodówki, wziąłem piwo i opadłem na kanapę. – Nie jesteś na farmie?
Pokręcił głową, dołączając do mnie i wziął butelkę ze stolika. – Nie. Jack jest z dziadkami.
- Ach… - To wszystko wyjaśniało. Jase zazwyczaj był na swojej rodzinnej farmie w weekendy.
Jase zerknął na mnie. – Więęęc, byłeś gdzieś z rudą?
- Cukierkiem?
Jego ciemne brwi wysunęły się spod linii jego włosów i zmarszczyły. – Co?
- Avery jest ruda. I nie. Robiliśmy zadanie z astronomii. Jesteśmy partnerami.
- Och. – Pociągnął łyk swojego piwa i zrobił minę. – Więęęc – powiedział znowu i przewróciłem oczami. – Dlaczego gapiłeś się na drzwi jej mieszkania?
- Skąd wiesz?
- Obserwowałem cię przez ziernik.
- Miło. – Zaśmiałem się, upijając trochę. Minęło parę minut, a wtedy powiedziałem. – Zaprosiłem ją na randkę.
Jase nie wyglądał na zainteresowanego. – Okej.
- Odmówiła.
Odwrócił do mnie głowę, jego gołębio-szare oczy iskrzyły się z zaintrygowaniem. – Co?
- Tak. – Oparłem się o kanapę, uśmiechając. – Z miejsca mi odmówiła.
Podpierając się o podłokietnik kanapy, Jase roześmiał się tak mocno, że chyba rozbolał go brzuch. – Lubię tę dziewczynę.

- Ja też – rzekłem, wzdychając. – Ja też.

Pięć

Gdy chodziło o mojego małego Cukierka, cierpliwość się opłacała.
Początkowo wycieczka do Narodowego Pobojowiska Antietam, żeby zrobić nasze zadanie astronomiczne, zaczęła się tak boleśnie, jak były cotygodniowe zajęcia techniki radzenia sobie ze złością. Siedziała w moim samochodzie jakbym zwabił ją tam ofertą darmowych szczeniaczków, ciągnąć za rękawy jej swetra i siedząc prosto jak tablica. Jej nerwowość urosła, jak jechaliśmy Krwawą Aleją, wybierając miejsce, które da nam wyraźny widok na niebo i… pola uprawne.
Dowiedziałem się, że ma w sobie coś z maniaczki historycznej, co było fajne, ponieważ te brązowe oczy rozjaśniały się, kiedy zaczęła mówić o pobojowisku. Również dowiedziałem się, że była w wielkim pośpiechu, żeby mieć to wszystko za sobą.
Nigdy w życiu tak bardzo nie wątpiłem w moją umiejętność przyciągania dziewczyny, tak jak miałem z Avery. Zachowywała się, jakby spędzanie ze mną czasu było równoznaczne z siedzeniem w klasie kultury muzycznej przez dwa semestry pod rząd. Chociaż brzmi to pewnie siebie, wiedziałem, że mogę wejść na kampus i umówić się na randkę z najbliższą dostępną dziewczyną. Prawdopodobnie nawet z dziewczyną, która nie była dostępna, ale z Avery to było jak próba poderwania zakonnicy. I nie niegrzeczną zakonnicę.
- Myślisz, że jak długo to zajmie? – zapytała.
- Dlaczego? – Zatrzymałem się, kiedy coś do mnie dotarło. Może nie zawodził mnie mój czar. Cholera jasna, czemu wcześniej o tym nie pomyślałem? - Masz dzisiaj gorącą randkę?
Roześmiała się sucho. – Uhm, nie.
Część mnie była zadowolona, słysząc to. Druga była całkowicie zdezorientowana. - Brzmisz jakby to był szalony pomysł. Jakby nikt nie wyszedłby w sobotni wieczór na randkę.
Wzruszając ramionami, puściła kosmyk włosów, którym się bawiła. - Z nikim się nie umawiam.
Szedłem dalej, klepiąc rękami o uda, gdy wiatr poruszył tyczkami, powodując, że zabrzęczały jak suche kości. – Więc skąd ten pośpiech? – Kiedy nie było żadnej odpowiedzi, spojrzałem przez ramię, uśmiechając się szeroko. - Martwisz się, że przywiozłem cię tutaj dla moich nikczemnych planów?
Cukierek zatrzymała się, jej twarz zbladła tak, że wyróżniały się na niej piegi. – Co?
Hola. Obróciłem się do niej, czując powracający węzeł do mojej piersi i coś innego. Jej reakcja była zbyt szybka, zbyt prawdziwa. Zły smak wypełnił moje usta. - Hej, Avery, ja tylko żartuję. Naprawdę.
Wpatrywała się we mnie, po czym odwróciła wzrok z czerwonymi policzkami. – Wiem. Jestem po prostu…
- Nerwowa?
- Taa.
Miałem nadzieję – cholera, modliłem się – żeby to było tylko to. Patrząc jak bawi się bransoletką na lewym nadgarstku, nie mogłem pozwolić myślom zajść dalej. Już mówił mnie gniew możliwością, że stało jej się coś popieprzonego. Byłem pewien, że przesadzam. - Chodź. Zaraz będzie ciemno.
Zacząłem iść, kierując się do wieży, machając do dwóch uczniów z naszej klasy. Wybierając miejsce na wzgórzu górującym ścieżką, wyciągnąłem latarkę nim usiadłem. Trawa była sucha, a w tej ciszy brzęczenie świerszczy było niemal tak głośne jak moje walące serce. Nie miałem pojęcia dlaczego waliło mi tętno, ale czułem się, jakbym przybiegł tutaj a nie przyszedł.
Patrząc w górę, dostrzegłem Cukierka stojącą kilka metrów za mną. Poklepałem miejsce. - Dołącz do mnie? Bardzo proszę? Jestem samotny będąc tutaj całkiem samemu.
Zagryzła dolną wargę i napięły się mięśnie w moim brzuchu. W końcu posunęła się do przodu i usiadła… metr ode mnie. Uniosłem brwi, ale wtedy… wtedy spotkały się nasze spojrzenia i wziąłem wdech, ale nie zaszedł zbyt daleko. Jak wiele piegów miała na grzbiecie nosa? Dziewięć. Nie. Dziewięć i pół. Jeden z nich był wyblakły. Jej wargi rozchyliły się, jakby czekała na pocałunek.
Pragnienie aby ją pocałować mocno uderzyło mnie w brzuch. Czy to był pierwszy raz? Gdy starłem okrucha z jej wargi, to wtedy chciałem ją pocałować, posmakować tych miękko wyglądających ust. Z jakąkolwiek inną dziewczyną zrobiłbym ruch, ale nie z Cukierkiem.
A wtedy wydarzyła się najdziwniejsza cholerna rzecz.
Chciałem zwolnić. Jak mogłem spowolnić ten nieistniejący związek było poza moim pojęciem, ale sam nie wiem. Moje serce wciąż waliło.
Avery schyliła brodę, przyglądając się zeszytowi, jak odchrząknęła.
Wypuszczając oddech, który nie wiedziałem, że wstrzymywałem, zapytałem. - Na jaki gwiazdozbiór mamy sporządzić mapę?
- Um, Coronę Borealis, jak sądzę – odparła, przebiegając wzrokiem po notatkach, kiedy trzymałem latarkę.
- Ach, Koronę Północną.
Podniosła brwi. - Wiesz to z głowy?
Zaśmiałem się z jej powątpiewającej miny. - Mogę nie zapisywać notatek, ale skupiam uwagę.
Zmarszczyła nos. - Naprawdę nie rozumiem jak ktokolwiek widzi kształty w gwiazdach.
- Poważnie? – Powoli przysunąłem się bliżej i spojrzałem jej przez ramię. - Kształty są całkiem oczywiste.
- Nie dla mnie. To tylko masa gwiazd na niebie. Prawdopodobnie można zobaczyć cokolwiek chce się zobaczyć.
- Spójrz na Borealis. – Wskazałem na mapie. – To oczywiście korona.
Roześmiała się – prawdziwym śmiechem i węzeł zacisnął się w mojej klatce piersiowej. - To nie wygląda jak korona. Wygląda to jak nieregularne półkole.
Uśmiechając się, pokręciłem głową. - Popatrz. Teraz możesz to łatwo zobaczyć. To jest korona. No dalej, zobacz siedem gwiazd.
- Widzę siedem gwiazd, ale widzę również około sto innych. – Wzięła długopis. - Widzę też ciasteczkowego potwora.
Zaśmiałem się. - Jesteś śmieszna.
Przyglądałem się, jak jej usta ułożyły się w uśmiechu i trzymała długopis nad kartką. Wyraźnym było, że nie miała pojęcia od jakiej szerokości graficznej zacząć, kiedy spojrzała w stronę Borealis. Wreszcie połączyła dwie kropki.
- Wiesz, skąd pochodzi nazwa? – zapytałem.
Cukierek pokręciła głową, więc wyciągnąłem rękę i zabrałem jej długopis. W procesie moje palce musnęły jej palce. Coś szarpnęło moim ramieniem, a ona od razu się odsunęła. - Przedstawia koronę podarowaną od boga Dionizosa Ariadnie – powiedziałem jej. - Kiedy poślubiła Baccusa, umieścił jej koronę w niebie w honorze ich małżeństwa.
Patrzyła, marszcząc czoło. - Profesor Drage nie uczył tego na zajęciach.
- Wiem.
- Więc skąd to wiesz?
- Dlaczego ty tego nie wiesz?
Przechyliła głowę na bok, zaciskając usta.
- Dobra. Może większość ludzi nie wiedziałaby tego z głowy. – Zakręciłem jej długopisem. – Tak naprawdę brałem część tej klasy jako student pierwszego roku, ale musiałem ją rzucić.
Ciekawość pojawiła się w jej brązowych oczach. – Naprawdę?
Potaknąłem.
- Jesteś, co, juniorem?
- Tak. – Urwałem, niepewny jak wiele powinienem powiedzieć. - Musiałem wziąć rok wolnego, co zostawiło mnie w tyle.
Milczała przez kilka chwil. - Czemu znowu bierzesz astronomię? Czy to część twojego kierunku?
- Nie. Po prostu lubię zajęcia i profesora Drage’. – Wyłączyłem latarkę. - Studiuję sport i rekreację. Chciałbym zająć się sportową rehabilitacją.
- Och. Czy…
Kiedy nie dokończył zdania, spojrzałem w jej stronę i podążyłem za jej wzrokiem. Na ławce, dwójka z naszej astronomicznej klasy wyglądała jakby zamierzali poćwiczyć tu i teraz robienie dzieci.
- No to jest interesująca forma obserwowania gwiazd – powiedziałem.
Obserwowała ich przez jeszcze kilka chwil, jej oczy były rozszerzone jakby starała się stwierdzić, co dokładnie robili. Co było oczywiste. Było tam wiele akcji z udziałem języka.
Szturchnąłem ją długopisem.
- Co?
- Nic. Po prostu… - Nie miałem pojęcia, jak to powiedzieć. - Patrzysz na nich… jakbyś nigdy nie widziała pary, która by to robiła.
- Tak?
Skinąłem głową. - Więc jeśli nie zostałaś wychowana w klasztorze, wyobrażam sobie, że byłaś na kolanach raz czy dwa, co nie?
- Nie, nie byłam! – Skrzywiła się, skupiając na tyczkach. – To znaczy, nie byłam na kolanach faceta.
Uśmiech tańczył na moich wargach. - A co z kolanami dziewczyny?
Otworzyła szeroko usta. – Co? Nie!
Uśmiechnąłem się szeroko, wyobrażając ją sobie na kolanach dziewczyny i nie był to zły obrazek. Chociaż było o wiele lepiej, kiedy wyobrażałem ją sobie na moich kolanach. - Żartowałem, Avery.
Uparcie wysunęła brodę. - Wiem, po prostu…
- Co? – Znowu dziobnąłem jej ramię długopisem. - Ty co?
- Nigdy nie byłam w związku.
Nigdy? Nigdy, że przenigdy? Niemożliwe.
Trzymając kurczowo jej zeszyt, spojrzała na mnie. - Co? To nic wielkiego.
Otworzyłem usta, nic nie powiedziałem. Zamrugałem, po czym pokręciłem głową i odchyliłem ją, patrząc w niebo. - Nigdy nie byłaś w związku?
- Nie.
- Nic?
- To właśnie oznacza nie.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. – Ile masz lat?
Wywróciła oczami. – Dziewiętnaście.
- I nie byłaś w ani jednym związku?
- Nie. Moi rodzice… byli surowi. – Przełknęła ślinę. – Naprawdę surowi.
- Widzę. – Stuknąłem długopisem w zeszyt, dalej ciekawy, tak obsesyjnie ciekawy, jak ktoś tak śliczny jak Avery doszła tak daleko, bez bycia w ani jednym związku. – Więc byłaś na randce czy coś?
Emanowało od niej głębokie westchnięcie. – Myślałam, że mieliśmy sporządzać mapę gwiazd?
- Robimy to.
- Nie, nie robimy. Mam tylko krzywą linię, a ty nie masz nic.
- Ta krzywa linia jest pomiędzy Deltą i Gammą. – Pochyliłem się, łącząc kropki. – Tutaj jest Teta, a to jest Alfa – najjaśniejsza gwiazda. Widzisz, w połowie skończyliśmy.
Zmarszczyła brwi, powoli kręcąc głową i spojrzała na niebo. Podczas gdy była rozproszona, ponieważ skończyłem astronomiczne gówno, pochyliłem się, przyciskając ramię do jej ramienia i wykończyłem mapę, kończąc naszą pracę domową.
Odwróciłem głowę. - Teraz skończyliśmy sporządzać mapę gwiazd… - Nasze twarze dzieliły centymetry i usłyszałem jej cichy wdech. Nie odsunęła się, a mój uśmiech uniósł się o cal. – Widzisz? To nie było trudne.
Avery opuściła wzrok i wiedziałem, że nie zwracała ani trochę przeklętej uwagi na to co wychodziło z moich ust, chociaż to na nie się gapiła. Nie żebym się skarżył. Mogła patrzeć na moje usta tyle ile chciała.
Te gęste rzęsy uniosły się i nasze spojrzenia raz jeszcze się spotkały. Pomiędzy nami rozłożyło się niespodziewane, namacalne przyciąganie. Żadne z nas nie poruszyło się, ale ja chciałem. Chciałem wziąć ją w ramiona. Gdzie poszła cała sprawa ze zwolnieniem, nie mam pojęcia. Poruszyła się, wyraźnie czując dyskomfort, a dobra, przyzwoita część mnie kazała mi odwrócić wzrok, opowiedzieć kawał i sprawić, żeby poczuła się lepiej, ale nie mogłem oprzeć się powabowi jej oczu. W ciemności były jak czarne baseny.
Zmusiłem się do powiedzenia czegoś. – Myślisz, że nauczyłaś się czegoś o gwiazdach?
Nie było żadnej odpowiedzi, co prawdopodobnie było dobrą rzeczą, bo to było kiepskie. Więc przeszedłem do czegoś, co naprawdę chciałem wiedzieć. – Byłaś kiedykolwiek na randce?
Nadal zero odpowiedzi.
Moje usta uniosły się do góry. - Słuchasz mnie?
Cukierek zamrugała, jakby otrząsała się z oszołomienia. - Co? Tak! Tak. Całkowicie.
Nie było żadnego opacznego rozumowania, że ona czuła to samo, co ja czułem. Nie kiedy patrzyła na mnie tak długo. - Taa… więc nie byłaś na randce?
- Co?
Zachichotałem. – Naprawdę w ogóle mnie nie słuchałaś. Byłaś zbyt zajęta gapieniem się na mnie.
- Wcale nie!
- Tak, gapiłaś. – Szturchnąłem ją w ramię.
Zrobiła minę, jakby posmakowała czegoś niedobrego. – Jesteś poza dopuszczalnym poziomem arogancji.
- Arogancji? Jedynie stwierdzam prawdę. – Odrzuciłem mój zeszyt na bok i oparłem się na ramionach, obserwując ją. Nie mogłem powstrzymać się od drażnienia jej. To było jak odnalezienie nowego hobby. – Nie ma nic złego z gapieniem się na mnie. Lubię to.
Patrzyła na mnie. – Nie gapiłam się na ciebie. Nie tak naprawdę. Tak jakby… odpłynęłam. Tak właśnie ekscytujące jest z tobą rozmawianie.
- Wszystko we mnie jest ekscytujące.
- Tak ekscytujące jak patrzenie, jak twój żółw przechodzi przez drogę.
- Mhm. Wmawiaj to sobie dalej, kochanie.
- Dalej nazywaj mnie kochaniem, a będziesz kulał.
Ach, podobało mi się to. – Och, słuchaj siebie.
- Nieważne.
- Powinniśmy to zrobić.
Ściągnęła wargi. – Co zrobić? Iść do domu? Chcę iść do domu, już teraz.
Uśmiechnąłem się. - Iść na randkę.

Cztery

Istniały chwile w moim życiu, kiedy nie miałem pojęcia jak dostałem się tam, gdzie byłem. Co dokładnie stało się, żeby stworzyć sytuację, w której byłem?
Steph, mająca na sobie kolejną spódniczkę, która zaledwie zakrywała jej tyłek, przesunęła ręką po moim ramieniu. Powiedziała coś, szepnęła mi do ucha, ale tak naprawdę nie skupiałem na niej uwagi.
Przeniosłem wzrok z telewizora na gumkę do włosów leżącą na stoliku do kawy.
Och, tak to wszystko się zaczęło.
Wiadomość od Steph twierdzącej, że zostawiła w moim mieszkaniu coś „super ważnego” po imprezie. Gumkę do włosów. Gdybym tylko wiedział, że to tego szukała, poszedłbym do sklepu i kupił jej całą paczkę gumek do włosów.
- Chcesz, żebym przyniosła ci piwo z lodówki? – zapytała.
Naprawdę była idealną kobietą. – Nie. Nie trzeba.
Czułem jej wzrok na sobie, jak podniosłem szklankę wody i upiłem z niej. Piwo. Ja. Steph. Nikogo innego w mieszkaniu. Niedobre połączenie. Albo może dobre, zależy jak się na to patrzyło.
Przytulając się do mojego boku, jej pełne piersi przycisnęła się do mojego ramienia.
Musiałem popatrzyć na to jak na dobrą rzecz, zamiast zastanawiać się w jaki sposób kanapa, na której mogłem się rozłożyć, nagle była zbyt mała.
- Rozpoczynasz nowy rozdział życia czy coś? – zapytała, skupiając wzrok na telewizorze, gdy przesuwała paznokciami wzdłuż mojego ramienia. Oglądałem powtórkę boksu i wątpiłem, żeby była tym taka zainteresowana. – Już nie pijesz?
Zaśmiałem się cicho. – Nie. Po prostu dzisiaj tego nie czuję.
- Och. – Ręka Steph przesunęła się z mojego ramienia na środek torsu. – A co dzisiaj czujesz?
Podchwytliwe pytanie, więc nic nie powiedziałem, kiedy pokryta rękawicą pięść uderzyła w szczękę. Steph wzięła moje milczenie tak jak chciała, zsuwając dłoń po gołej skórze moich mięśni brzucha. Krew podążyła za koniuszkami jej palców, jak minęły pępek, sięgając paska moich spodenek.
Moje ciało było zainteresowane tym, co miało się stać, pogrubiając się i powiększając, rozciągając się, aby spotkać jej wędrowne palce. A moje ciało bardzo dobrze znało jej palce, pamiętały, jaka była zręczna. Ale moja głowa nie była nawet w tym samym miejscu co mój kutas.
Opierając głowę o kanapę, wolno wypuściłem powietrze. Nie było nic cholernie złego z tym, co się działo. Jej szybkie palce przemknęły po mojej bezwładnej ręce, przesuwając się po biodrze. Mięśnie podskoczyły w odpowiedzi. Tak jak coś innego.
Zamknąłem oczy, głęboko wdychając powietrze. Nie waliło mi mocno serce. Myślałem o spotkaniu, na którym będę musiał być obecny w piątkowy wieczór. I myślałem o sobotnim wieczoru i gwiazdach, kiedy jej dłoń objęła moje przyrodzenie, łapiąc mnie przez nylonowe szorty. Impuls wystrzelił w mój kręgosłup, jak poruszyła do góry ręką.
Przyjemność zawirowała w moim brzuchu i wiedziałem, że jeśli pozwolę jej kontynuować, to będzie mi się podobać. Już było to cholernie przyjemne. Zawsze było, ale ja nie odwzajemniłbym czynu. Kilka tygodni temu zrobiłbym to z samej zasady. Wziąć. Dać. Ale teraz nie miałem na tyle ochoty, żeby to zrobić, a to nie było w porządku.
- Hej – powiedziałem szorstkim głosem i delikatnie chwyciłem ją za ramię, odsuwając jej rękę.
Jej idealne wargi zrobiły idealne O. – Co?
- Nie czuję tego. – Podniosłem jej dłoń do ust i pocałowałem jej wnętrze, zanim położyłem ją na jej udzie. Mój penis już był miękki. – Okej?
Zdziwienie przeszło po jej twarzy, a część mnie była wstrząśnięta. Czy naprawdę właśnie jej odmówiłem? Naprawdę.
Róż pojawił się na jej opalonych policzkach, gdy odwróciła spojrzenie na telewizor, a ja, cóż, czułem się jak dupek. Szlag. Siadając prosto, położyłem ręce na kolanach. – Chcesz coś zjeść?
W milczeniu pokręciła głową.
Podwójny szlag. – Posłuchaj, Steph, to nie chodzi o ciebie i mówię poważnie. Po prostu czuję się dzisiaj dziwnie. W porządku?
Steph zerknęła na mnie i powoli potaknęła. – Dobrze.
Wypuściłem oddech z ulgą. Tak jak mówiłem wcześniej, Steph była dobrą dziewczyną i mieliśmy historię. Po prostu teraz było inaczej. Została jeszcze przez chwilę, a potem była gotowa pójść. Wstałem, żeby ją odprowadzić. Przy drzwiach odwróciła i stanęła na palcach, całując mnie w policzek.
Zaśmiałem się. – Za co to było?
Steph wzruszyła ramionami, jak zamknąłem za nami drzwi. – Idziesz na imprezę bractwa? – zapytała.
- Mam plany – powiedziałem jej.
Ładnie wydęła usta. – Nie możesz ich opuścić w piątkowy wieczór?
Wyciągając rękę, pociągnąłem za kosmyk miękkich, czarnych włosów. – Wiesz, że nie mogę, kochanie. Może następnym razem.
- Jesteś do bani. – Ale uśmiechnęła się, szturchając mnie biodrem.
- Prawda.
Skierowaliśmy się do jej samochodu, a kiedy potknęła się na ścieżce sypkiego żwiru, złapałem ją za ramię, podtrzymując ją. – Nie piłaś dzisiaj nic? – zapytałem, mrużąc oczy. – Prawda?
Światło księżyca przesunęło się po jej twarzy, jak odchyliła głowę i roześmiała się gardłowo. – Nie. – Walnęła mnie w klatkę piersiową. – A co, gdybym piła? Pozwolisz mi spędzić u siebie noc?
- Wsadziłbym cię do mojego auta i odwiózł do twojego akademika.
Wywróciła oczami. – To brzmi jak wielka zabawa.
Zatrzymaliśmy się za jej sedanem i przyciągnąłem ją na szybki uścisk. – Napisz do mnie, kiedy wrócisz do akademika.
Ponownie zaśmiała się, odsuwając. – Poważnie?
Rzuciłem jej spojrzenie. – Wiesz, że mówię poważnie. Jest późno. Wiele ludzi na świecie jest pieprzenie do bani, więc napisz do mnie.
- A co jeśli tego nie zrobię?
Zmrużyłem oczy. – Zrobisz.
- Okej. Zrobię. – Steph roześmiała się, idąc do drzwi od strony kierowcy. – Na razie, Cam.
Wycofując się, patrzyłem jak wyjeżdża z miejsca parkingowego, po czym odwróciłem się, kierując z powrotem do środka. W połowie drogi przez parking, spojrzałem w stronę mieszkania Cukierka. Nie było zapalonych świateł i mogłem się założyć, że już leżała w łóżku. Czy zakładała do łóżka bluzki z długim rękawem? Czy może spała nago?
Do głowy wtargnął mi obraz jej nagiej z miedzianymi włosami rozłożonymi wokół niej jak aureola.
Mój penis raz jeszcze obudził się do życia.
- Niech to szlag – mruknąłem.
To będzie długa noc.

Czwartkowy poranek był porankiem IHOP[1] albo przynajmniej za taki uznał go Ollie, kiedy wyszedł z łóżka i wpadł do mojego pokoju. Zabierając czapkę z podparcia kanapy, zobaczyłem gumkę do włosów Steph na stoliku do kawy i wywróciłem oczami.
Super ważna.
Ollie był już na zewnątrz, a gdy podszedłem do drzwi, wyłapałem w powietrzu zapach deszczu. Jak tylko zamknąłem za sobą drzwi, zorientowałem się, że nie był sam.
- Avery – powiedział Ollie. - Cam powiedział mi twoje imię.
Mentalna notatka dla siebie: potem kopnąć Olliego w jaja.
Była chwila ciszy, po czym. - Och. Więc… um, idziesz do…
- Ej, palancie, zostawiłeś otwarte drzwi! – Założyłem czapkę, omijając schody. Poniżej miałem widok na to jak niebieskie spodnie Avery obejmowały jej tyłek. Ładnie. – Hej, co robisz z moją dziewczyną?
Ollie uśmiechnął się do mnie, ale moja uwaga skupiona była na Cukierku. Ta dziewczyna musiała nosić mało makijażu albo w ogóle, bo jej twarz była… świeża. Naturalna. Podobało mi się to. Jej spojrzenie spotkało się z moim, po czym pomknęło w inną stronę.
- Tłumaczyłem jej, jak radzę sobie z dwoma imionami – powiedział Ollie.
- Naprawdę? – Dogoniłem ich, obejmując ramieniem jej barki. Potknęła się i napiąłem ramię, przyciągając ją do mojego boku. W głębi myśli myślałem, że idealnie tam pasuje. - Hola, kochanie, prawie cię tu straciłem.
- Spójrz na siebie. – Ollie zeskoczył ze schodów jak żaba. - Sprawiasz, że dziewczyna potyka się o własne nogi.
Zaśmiałem się, nie zabierając z niej ramienia i obróciłem moją czapkę do tyłu. - Nie mogę nic na to poradzić. To mój magnetyczny urok.
- Lub mógł być to twój zapach. – Ollie uśmiechnął się szeroko. - Nie jestem pewien czy słyszałem dziś rano prysznic.
Sapnąłem. - Czy ja źle pachnę, Avery?
- Pachniesz świetnie – odparła, a wtedy czerwony rumieniec pojawił się na jej policzkach. - To znaczy, nie pachniesz źle.
Instynkt podpowiedział mi, że miała na myśli coś zupełnie innego. - Zmierzasz na zajęcia?
Cukierek nic nie powiedziała, jak schodziliśmy po schodach, ale jej twarz była zmarszczona, jakby głęboko nad czymś myślała.
- Avery?
Wywinęła mi się i ja zmrużyłem oczy, kiedy pośpiesznie odeszła. - Tak, idę na sztukę. A co z wami?
Dogoniłem ją na trzecim piętrze, niech mnie szlag trafi, gdybym tak łatwo pozwolił jej uciec. - Idziemy na śniadanie. Powinnaś opuścić i do nas dołączyć.
Zacisnęła rękę na swojej torbie. - Sądzę, że już wystarczająco opuściłam w tym tygodniu.
- Ja opuszczam – oświadczył Ollie - ale Cam nie ma zajęć do południa, więc jest dobrym chłopcem.
- A ty jesteś złym chłopcem? – zapytała.
Szeroko uśmiechnął się do Cukierka, takim uśmiechem, który widziałem, jak dawał niezliczonej ilości dziewczyn. - Och, jestem bardzo złym chłopcem.
Mrowiła mnie skóra, jak posłałem Olliemu spojrzenie. - Ta, zły w pisowni, matematyce, angielskim, sprzątaniu po sobie, rozmawianiu z ludźmi i mógłbym tak dalej.
- Ale jestem dobry w rzeczach, które się liczą – odpowiedział Ollie.
- A co to są za rzeczy? – zapytałem, jak wyszliśmy pod chmury grube od deszczu. To będzie jeden z tych dni.
Ollie odwrócił się do nas, idąc tyłem. Czerwony wóz zaczął się wycofywać, ale on szedł dalej, zmuszając auto do zahamowania. Potrząsnąłem głową. Uniósł opaloną rękę i zaczął odhaczać palce. - Picie, przebywanie z ludźmi, snowboarding i piłka nożna – pamiętasz ten sport, Cam? Piłkę nożną?
Gapiłem się na niego. - Ta, pamiętam, dupku.
Ollie, prawdopodobnie nie mając pojęcia, co właśnie zrobił, obrócił się na pięcie i skierował do mojego samochodu. W mojej szczęce zaczął drgać mięsień. Wsadziłem ręce do spodni, zerkając na Cukierka. – Do zobaczenia, Avery.
Zostawiając ją, dołączyłem do Olliego przy moim aucie. Zamiast odblokować wszystkie drzwi, odblokowałem tylko moje i wsiadłem do środka, trzaskając za sobą drzwiami.
- Halo. – Usłyszałem stłumiony głos Olliego.
Ignorując go, odpaliłem samochód. Duża, gruba kropla deszczu roztrzaskała się o przednią szybę i uśmiechnąłem się, patrząc na niebo.
- Hej!
Powoli uniosłem rękę, pokazując mu palec.
Ollie podskoczył, kiedy niebo otworzyło się w ulewie, wyjąc jak ranne zwierzę. Dopiero kiedy miał przyklejone włosy do czaszki, odblokowałem jego drzwi.
Wsiadł do środka, drżąc. – Co do cholery, stary?
- Zasłużyłeś. – Zmieniłem na wsteczny bieg, wycofując. Jedno spojrzenie na zmarszczone czoło Olliego powiedziało mi, że dręczył swój mózg, zastanawiając się, co zrobił. Westchnąłem. – Naprawdę musisz odstawić trawkę.
- Gdybym usłyszał to raz, słyszałem to milion razy, ale Mary Jane kocha mnie i jest jedyną dziewczyną, którą kocham ja.
Przeciągając ręką po mojej bejsbolówce, pokręciłem głową. – Pieprzony hipis.
Ollie potrząsnął głową jak mokry pies, zalewając wnętrze kropelkami chłodnej wody. Musiał coś znaleźć w mózgu, bo opadł na siedzenie. – Cholera, stary. Nie myślałem.
Wykrztusiłem śmiech, wyjeżdżając z parkingu, jadąc jeden samochód za Cukierkiem. – Ogromna niespodzianka.
Ollie patrzył przed siebie, po jego normalnym uśmiechu nie było śladu. – Czasami zapominam, wiesz? Wydaje się, jakby to było wieki temu.
Szlag, chciałbym też zapomnieć, zwłaszcza teraz, gdy patrzyłem jak samochód Cukierka skręca w lewo, w kierunku kampusu.
Zerknął na mnie. – Przepraszam, stary. Naprawdę. Wiem, jak wiele znaczyła dla ciebie piłka nożna.
Z roztargnieniem kiwnąłem głową i skręciłem w prawo, kierując się do obwodnicy, która zabierze nas do Charles Town. Piłka nożna była moim życiem od chwili, kiedy tata zapisał mnie do miejscowej ligi dla maluchów i przez lata udoskonalałem moje umiejętności napastnika, środkowej pozycji strzeleckiej. Byłem też bardzo dobry i nie było tajemnicą, że kiedy zapisałem się do Shepherda i trzy lata temu utworzyłem ich zespół piłkarski, nie miałem żadnych planów, aby tutaj zostać. Czekałem na właściwy moment, żeby móc zdać pobory do D.C. United. Dzięki piłce nożnej poznałem Jase’a i Olliego. Piłka nożna była moim zdrowy rozsądkiem.
Ale teraz jedyną rzecz, jaką robiłem z piłką nożną było trenowanie letniego programu ligowego jak praca społeczna. Już nie będzie piłka nożnej. Co najmniej przez jakiś czas, a zapewnił to jeden akt gniewu.

Większość ludzi w moim wieku spędzało piątkowy wieczór na piciu i spędzaniu czasu z przyjaciółmi. Ja spędzałem mój piątkowy wieczór siedząc w kółku – tak, pieprzonym kółku – słuchając problemów ludzi. Niektórzy faceci w tej grupie nie byli źli. Na przykład Henry. Upił się jednej nocy i wdał się w bójkę w barze. Nie był psychopatą. Nie był nim również Aaron, który najwyraźniej miał jakieś problemy ze wściekłością. Nie byłem pewien co do paru innych facetów i takiej jednej laski z bladym makijażem i ciężką, czarną kredką do oczu. Byli trochę straszni.
Popieprzoną rzeczą było to, że nawet nie byłem tutaj najmłodszą osobą. Zdecydowanie nie.
Miałem tylko… jeszcze dziesięć pieprzonych miesięcy do końca.
Potrafię to zrobić.. Poważnie. Z łatwością to zrobię.
- Cameronie? – Odchrząknął doktor Bale, a ja chciałem uderzyć się w gardło. – Chciałbyś podzielić się czymś dzisiaj?
To była część, której nie potrafiłem zrobić. Bzdury z rozmawianiem-o-sobie przy obserwującej mnie grupie nieznajomych. Podniosłem wzrok, a współczucie przemknęło po twarzy Henry’ego zanim odwrócił spojrzenie.
- Nie – odparłem. – Nie bardzo.
Gotka – która podobno miała szczególne upodobanie do noży – oparła się o swoje krzesło, krzyżując ramiona pokryte czarnymi tatuażami. – On nigdy niczym się nie dzieli.
Zacisnąłem usta, żeby nie zostać pchnięty nożem.
- To prawda. – Doktor Bale poprawił swoje druciane okulary. – Ledwo co wnosisz do grupy, Cameronie.
Wzruszając ramionami, wyprostowałem się i zsunąłem niż bejsbolówkę. – Po prostu wszystko zapamiętuję.
Na szczęście Henry wkroczył do akcji, odwracając uwagę i płynąłem pod radarem do końca sesji, ale kiedy wstałem, żeby wyjść, wezwał mnie doktor Bale.
Świetnie.
Jak wszyscy wyszli z pokoju, opadłem na metalowe, składane krzesło i pochyliłem się do przodu, opierając łokcie na kolanach. – Co jest?
Doktor Bale schylił się, wyciągając folder z plastikowego pojemnika obok siebie. – Chciałem się upewnić, że wynosisz coś z tych spotkań, Cameronie.
Uch. Nie. Nie, nic nie wynosiłem. – Tak.
Przyjrzał mi się, zahaczając nogę o kolano i oparł się o krzesło. – Mało co powiedziałeś o wydarzeniu.
- Nie ma nic do powiedzenia.
- Jest wiele do powiedzenia. – Uśmiechnął się, urywając, a skóra wokół jego oczu zmarszczyła się. - Wiem, że na początku trudno jest mówić przed ludźmi, ale masz z nimi wspólne rzeczy.
Zesztywniałem. – Nie wiem czy mam z nimi wiele wspólnego.
- Jesteś tego pewien?
Wzdychając, popatrzyłem na białe ściany. Były pokryte plakatami. Tymi, które mówiły o rozmawianiu zamiast zadawaniu ciosów pięściami.
- Czy bierzesz to na poważnie, Cameron?
- Tak. – Zmusiłem się, żeby nie szukać jedynego zegara w pokoju, który znajdował się za mną.
- Dobrze. Nie chciałbym, żebyś nie wykorzystał tej cudownej okazji i nie użył jej korzystnie w twoim życiu.
Utrzymywałem beznamiętny wyraz twarzy.
- Zdajesz sobie sprawę, jakie masz szczęście, Cameronie? – zapytał doktor Bale, kiedy nic nie powiedziałem. – To, co stało się tamtemu chłopcu mogło wysłać cię do więzienia na bardzo długi czas.
- Wiem – powiedziałem, mając to na myśli. Jedyny Bóg wie, że wiedziałem, jakie miałem szczęście. I przez długi okres wierzyłem, że powinienem gnić w więzieniu. Tak by się stało, gdyby nie pociągnięcia mojego ojca w sądach karnych i moja czysta kartoteka. – Naprawdę jestem wyluzowanym kolesiem, doktorze Bale. To, co się wydarzyło…
- Pobicie, które wymierzyłeś temu chłopcu ma inne zdanie. – Spojrzał w mój folder. – Poważne stłuczenie głowy. Złamana szczęka, nos i oczodół, razem z kilkoma złamanymi żebrami. – Podniósł wzrok, spotykając się z moim spojrzeniem. – To nie brzmi jak coś, co zrobiłby „wyluzowany koleś”, nieprawdaż?
Ścisnęło mnie w żołądku, ale nie odwróciłem wzroku. – Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem. Patrząc w tył, wiem, że było wiele innych rzeczy, które mogłem zrobić.
- Ale?
Ale nie miałem problemu z „gniewem” czy „wściekłością”. I jak bardzo popieprzenie to brzmiało, nadal nie byłem pewien czy żałowałem tego, co zrobiłem. Ten sukinsyn bił moją siostrę, no więc straciłem opanowanie.
A prawdę powiedziawszy, gdybym miał znowu przeżywać tę sytuację, nie wiem czy załatwiłbym ją inaczej. Krzywdzisz moją siostrę, zadzierasz ze mną. Proste.



[1] IHOP – naleśnikarnia w USA.