Wiedziałem,
że Avery czuje się lepiej tylko dlatego, że zatrzymała się przy moim
mieszkaniu. Nie byłem pewien dlaczego to zrobiła i nie zamierzałem tego się
dowiadywać. Powiedziałem Olliemu, aby powiedział jej, że mnie nie ma. W
rzadkiej chwili powagi zapytał czy mówię poważnie.
Mówiłem
poważnie.
Popołudnie,
które spędziłem z nią, gdy była chora nie zrobiło dla mnie nic cholernie
dobrego. Jedynie wzmocniło gówno, z którym nie chciałem sobie radzić.
Jak
tylko zaczął się semestr dostrzegałem ją wszędzie na kampusie. Chciałem z nią
pogadać, zobaczyć jak się ma, ale nie byłoby w tym żadnego sensu. Przynajmniej
ja takiego nie widziałam, ale zdarzyło się to w piątek – gdy nie mogłem jej
uniknąć.
Przechodziłem
przez ulicę, kierując się do Knutti, kiedy usłyszałem moje imię wykrzyknięte
przez ochrypły, ledwo rozpoznawalny głos. Dlatego właśnie się zatrzymałem i
odwróciłem.
Avery
biegła po stromym wzgórzu, kaszląc tak mocno, że całe jej ciało drżało od tej
siły. Zaniepokojony, włożyłem ręce do bluzy, żeby powstrzymać się od zachowania
jak jakiś rycerz w białej zbroi i wzięcia jej w ramiona.
Zatrzymała
się przede mną bez tchu. Jej twarz wciąż była blada, ale policzki były
zarumienione. Cienie nadal tkwiły pod jej oczami, a sweter, który miała na
sobie prawie na niej wisiał.
-
Sorki. – Jej głos brzmiał okropnie. – Potrzebuję chwilki.
- Brzmisz
strasznie.
- Tak, to Czarna Śmierć, która nigdy
nie odchodzi. – Odchrząknęła, po czym przełknęła ślinę i uniosła brodę.
Nasze spojrzenia spotkały się i
pomyślałem… pomyślałem, że zobaczyłem coś w jej oczach. Odzwierciedlenie tego
co ja czułem, ale istniała dobra
szansa, że pudło piwa, które wypiłem wczorajszej nocy wciąż tkwiło w moich
żyłach.
Odwróciłem wzrok, zaciskając szczękę.
– Muszę iść na zajęcia, więc…?
Zmieszanie
przeszło po jej twarzy, ale nadal stała przede mną. - Chciałam tylko podziękować za pomoc
Brit, kiedy byłam chora.
Przenosząc spojrzenie na knajpę u
podnóża wzgórza i po drugiej stronie ulicy, wciągnąłem oddech. – To nic wielkiego.
- Dla mnie było. Więc dziękuję.
Kiwnąłem
głową i ośmieliłem się na nią spojrzeć. Błąd. Wiatr zarzucił lśniące włosy na jej
policzek i ciężko było mi ich nie złapać i nie założyć za jej ucho. – Nie ma za
co.
-
Cóż… - Zmarszczyła brwi.
-
Muszę iść – powiedziałem znowu, odwracając się do bocznego wejścia. – Do zobaczenia.
-
Przykro mi.
Powoli
się obróciłem. Te dwa słowa sprawiły, że poczułem się jakby ktoś walnął mnie w
jaja, bo za co dokładnie było jej przykro? Pokręciłem głową. – Mi też.
Prawdopodobnie
było mi bardziej przykro od niej.
-
Zaczynam myśleć, że Ollie siedzi na parkingu i chleje nasze piwo – powiedział Jase,
opierając się o ścianę.
Siedząca
obok mnie Steph potaknęła w zgodzie. – Ktokolwiek sądził, że dobrym pomysłem
jest wysłać go do Sheetz jest jedynym winnym.
Miała
rację, ale mogliśmy lepiej przygotować się na noc walki. Nasze mieszkanie było
załadowane jak zawsze na takie wydarzenia.
Steph
oparła się o mój bok, przyciskając piersi do mojego ramienia i podejrzewałem,
że nie miała stanika. Czy ona nie miała przyjść z Jasem? Obracając czapkę do
tyłu, pochyliłem się i spojrzałem na niego.
Wzruszył
jednym ramieniem, po czym odwrócił się do Henry’ego, jak zaczęła się pierwsza ze
wstępnych walk. Otworzyły się drzwi frontowe, wpuszczając do środka zimne
powietrze w chwili gdy Kanadyjczyk na ekranie wymierzył brutalny cios
powalający. Pokój zaroił się od mieszanki oklasków i gwizdów.
- Spójrzcie,
kogo znalazłem! – wykrzyknął Ollie.
Zignorowałem
go, gdy dwóch bokserów potoczyło się przez ring, ale wtedy Steph szepnęła. – Masz
gościa.
Rozproszony,
spojrzałem w lewo i prawie miałem opóźnioną reakcję. Uniosłem wysoko brwi,
kiedy moje oczy spotkały się z ciepłymi, brązowymi oczami.
Avery
stała obok Olliego, przyciskając do piersi butelkę piwa. Jej włosy były spięte,
jej policzki były całe zaróżowione, a oczy szeroko otwarte.
Nigdy
wcześniej nie była w moim mieszkaniu. Nigdy. Nie mogłem uwierzyć, że była tutaj
teraz i nie miałem pojęcia dlaczego, ale zobaczenie jej… cóż, czułem się jakbym
zobaczył słońce po wielu dniach deszczu.
Uśmiechnąłem
się lekko. – Hej.
- Hej.
– Pogłębiła się barwa jej policzków.
Przez
parę chwil nie potrafiłem oderwać od niej wzroku i nie byłem jedyny. Kilkoro innych
facetów, wliczając Henry’ego, wpatrywało się w nią tak, jak robili to faceci,
kiedy w budynku było świeże mięso.
Spojrzałem
na telewizor, ale byłem świadomy Olliego prowadzącego ją do pustej leżanki. Wpatrywałem
się w ekran, ale moje całe ciało i myśli były gdzie indziej. Tysiąc pytań
przesuwało się przez mój umysł. Widzenie jej w moim mieszkaniu było ostatnią
rzeczą jakiej oczekiwałem. Byłem zbity z tropu.
-
Chcesz piwa, kochanie? – zapytała Steph, zaciskając rękę na moim ramieniu.
Potrząsnąłem
głową, skupiony na Henrym. Gnojek powoli podszedł do miejsca, gdzie siedziała
Avery. Nie było nic złego z tym facetem. Powtarzałem to sobie, ale kiedy
powiedział coś o jej skarpetkach, zacząłem wyobrażać go sobie jako następnego
seryjnego zabójcę.
Ku
mojemu zaskoczeniu Avery piła, naprawdę piła. Kieliszki tequili i co najmniej
dwa piwa dla kogoś kto nie pił było piekielnym sposobem na rozpoczęcie bycie pijakiem.
Jej
cichy chichot uderzył mnie prosto w pierś. Przymrużyłem oczy, gdy Henry się
szczerzył, a Avery uśmiechała.
-
Wygląda na to, że twoja koleżanka lubi Henry’ego – skomentowała cicho Steph. – Interesujący
rozwój.
Serce
obijało się o moje żebra w proteście. Czy ona z nim flirtowała? Zacisnąłem ręce
na kolanach, jak Avery znowu się roześmiała. Co do cholery? Zazdrość – czerwona,
gorąca, brzydka zazdrość – uderzyła moje żyły z konsekwencją zanurzenia głowy w
wannie pełnej kwasu.
Spojrzałem
na ekran, a wtedy Jase skinął mi głową, przesuwając spojrzeniem po Avery. Odłożyłem
piwo na stolik, gdy Henry powiedział. – Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć
lepiej.
Cholerna
racja, że miał wystarczająco cholernie lat aby nawet nie myśleć o tym, co
wiedziałem, że sobie myślał.
-
Hej, Henry – zawołałem, czując naciągająco się skórę. – Chodź tutaj na chwilę.
-
Jezu – mruknęła Steph, zakładając ramiona na piersi i oparła się o kanapę.
Henry
pochylił się, kiedy wskazałem, żeby się zbliżył. – Co jest, stary?
- Zostaw
tę dziewczynę w spokoju – powiedziałem cicho, podtrzymując spojrzenie starszego
mężczyzny. – Mówię cholernie poważnie. Ona nie jest ani dla ciebie, ani dla
nikogo innego w tym pokoju.
Brwi
Henry’ego uniosły się, tak jak kącik jego ust. – Wiadomość przyjęta, kolego.
Patrzyłem
jak podchodzi do Jase’a i poczułem się trochę lepiej. Niewiele, ponieważ nie
potrafiłem uwierzyć, że po tym wszystkim z Avery, pokazała się w moim mieszkaniu,
zaczęła pić i flirtować z Henrym Napaleńcem. Byłem w stanie pieprzonego szoku.
- Totalnie
zablokowałeś akcję – odezwała się Steph, znowu kładąc rękę na moim ramieniu.
-
Co? – Odwróciłem się do niej. – O co ci chodzi?
Wywróciła
oczami. – Zaczynali się poznawać bliżej, a ty zablokowałeś akcję.
Zaczynali
się poznawać bliżej? Do diabła nie, takie coś nie będzie działo się tuż przede
mną. – Czy wyglądam jakby mnie to obchodziło, że to powstrzymałem?
Steph
zabrała rękę, ale, tak szczerze, ona również mnie nie obchodziła w tej chwili. Avery
uśmiechała się do Henry’ego. Jej
uśmiechy były tak cholernie rzadkie i uśmiechała się do niego. Nie mogłem sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatnio byłem
zazdrosny, ale poznawałem gorzki posmak w ustach. Dobrze mieszało się z
gniewem.
Avery
zerknęła na mnie i jej uśmiech zaczął znikać.
- To
się nie dzieje – powiedziałem.
Steph
wstała na równe nogi i nie miałem pojęcia o co było wkurzona, ale naprawdę mnie
to nie obchodziło. Podnosząc się, podszedłem do miejsca, gdzie siedziała Avery.
Wielki, szeroki i lekko pijany uśmiech pojawił się na jej twarzy.
-
Pójdziesz ze mną na chwilkę? – zapytałem, zaskoczony tym jak spokojnie brzmiał
mój głos.
Avery
wystrzeliła z krzesła jakby ktoś podpalił jej tyłek. Przechyliła się mocno na
bok. – Wow.
Złapałem
ją za ramię, podtrzymując. Nie mogłem uwierzyć, że tak bardzo była pijana. - Będziesz mogła iść?
- Tak. Oczywiście. – Wpadła na mnie,
chichocząc. – Nic mi nie jest.
Zastanawiając się jak wiele
kieliszków wypiła, rzuciłem szczerzącemu się Olliemu zabójcze spojrzenie,
prowadząc ją do kuchni. – Co ty robisz, Avery?
Podniosła butelkę. – Piję. Co ty
robisz?
- Nie o to mi chodzi i ty o tym
wiesz. Co ty robisz?
Zrobiła minę, która była nawet urocza
i trochę dziwna, po czym westchnęła. – Nic nie robię, Cam.
- Nie? – Podniosłem brwi. – Jesteś
pijana.
- Wcale nie!
- Sławne ostatnie słowa pijanego zanim
pada na twarz.
- To się nie stało… jeszcze.
Pokręciłem głową, chwytając ją za
ramię. Musieliśmy porozmawiać, a fakt, że tutaj była prawdopodobnie oznaczał,
że ona tego chciała. Albo chciała spiknąć się z jednym przypadkowych facetów,
którzy tutaj są. Nie wiedziałem co, ponieważ kto do diabła wiedział co działo
się w głowie tej dziewczyny, ale nic z tego nie będzie. Zaraz zabierze ten swój
pijany tyłek do jej mieszkania. Każdy z tych facetów w salonie z chęcią
znalazłoby się między jej udami, a ja nie wiedziałem jak bardzo pijana była. Nie
byłem jej opiekunką. Cholera, byłem dla niej nikim.
- Um… - mruknęła, marszcząc brwi,
kiedy wyprowadziłem ją na klatkę schodową i zamknąłem za nami drzwi. Spojrzała
na mnie zdezorientowana.
Wskazałem na jej drzwi. - Musisz iść
do domu, Avery.
Otworzyła szeroko usta, wpatrując się
we mnie. – Mówisz poważnie?
- Tak. Mówię cholernie poważnie.
Jesteś pijana, a te gówno nie będzie się dziać przede mną.
- Jakie gówno? – Cofnęła się o krok.
– Przepraszam. Ollie mnie zaprosił…
- Ta i skopię mu potem tyłek. – Zdjąłem
czapkę i przesunąłem dłonią po włosach. – Po prostu idź do domu, Avery.
Porozmawiam z tobą później.
Avery przełknęła ciężko ślinę. –
Jesteś na mnie zły…
- Nie jestem na ciebie zły, Avery. – W
tej właśnie chwili byłem zły na pieprzony świat.
Spojrzała na mnie, po czym szybko
odwróciła wzrok, ale nie dosyć szybko. Dostrzegłem w jej oczach nagłe lśnienie.
Cholera. Cholera. Cholera.
- Nie chcę iść do domu. Nie ma tam
nikogo i ja…
Zapulsowało te miejsce w mojej klatce
piersiowej. – Przyjdę potem i porozmawiamy, dobrze? Ale idź do domu. Proszę, po
prostu idź do domu.
Otworzyła usta, ale zaraz je
zamknęła. – Okej.
Ból wzrósł. - Avery…
- Jest zupełnie okej. – Uśmiechnęła się,
ale nie było to prawdziwe, lecz pełne cierpienia – cierpienia, które
wiedziałem, że ja tam umieściłem. Odwróciła się i podeszła wolno do jej drzwi,
a ja wróciłem do mieszkania, cicho przeklinając.
- Wszystko w porządku? – zapytał Jase,
jak skierowałem się do kuchni po kolejne piwo. Albo trzy.
- Nie. – Oderwałem zakrętkę i
wrzuciłem ją do kosza.
Podniósł ciemne brwi. – Nie jest w
porządku bo ona tutaj była czy dlatego że wyszła?
- To ja ją wyprosiłem.
Jase zerknął na Olliego, który wszedł
do kuchni. Rzuciłem jedno spojrzenie na ćpuna. – Powinienem kopnąć cię w jaja.
Ollie nie zbył tego śmiechem. Wpatrywał
się we mnie poważnym spojrzeniem. – Czy ty właśnie wyprosiłeś tę biedną
dziewczynę?
- Biedną dziewczynę? – wybełkotałem.
- Tak, no wiesz, tę dziewczynę, na
której punkcie miałeś obsesję od sierpnia? W końcu tutaj przyszła, a ty
wykopałeś ją z mieszkania.
Gapiłem się na niego, ściągając
czapkę i rzuciłem ją na blat. – Jesteś naćpany? Nie masz pojęcia co się między
nami dzieje.
- Ollie – ostrzegł Jase.
- Masz rację. Nie wiem, co się
dzieje, ale…
- Zamknij się, Ollie. – Wyminąłem go,
kierując się do salonu.
Główna walka zaraz miała się zacząć. Zatrzymałem
się przy drzwiach, orientując się, że zostawiłem piwo w kuchni. Chciałem
wrócić, ale nie poruszyłem się. Mówiłem poważnie, kiedy powiedziałem Avery, że
przyjdę i porozmawiam z nią, ale planowałem zaczekać do jutra, gdy będzie
trzeźwa, a ja nie będę tak pieprzenie wkurzony na wszystko. Lecz jak tam stałem, widziałem tylko wzbierające się łzy
w jej oczach. Jutro nie było tak daleko, ale…
- Idź. – Usłyszałem za sobą Jase’a.
Już byłem za drzwiami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz