29.12.13

Dziewiętnaście

Wiedziałem, że Avery czuje się lepiej tylko dlatego, że zatrzymała się przy moim mieszkaniu. Nie byłem pewien dlaczego to zrobiła i nie zamierzałem tego się dowiadywać. Powiedziałem Olliemu, aby powiedział jej, że mnie nie ma. W rzadkiej chwili powagi zapytał czy mówię poważnie.
Mówiłem poważnie.
Popołudnie, które spędziłem z nią, gdy była chora nie zrobiło dla mnie nic cholernie dobrego. Jedynie wzmocniło gówno, z którym nie chciałem sobie radzić.
Jak tylko zaczął się semestr dostrzegałem ją wszędzie na kampusie. Chciałem z nią pogadać, zobaczyć jak się ma, ale nie byłoby w tym żadnego sensu. Przynajmniej ja takiego nie widziałam, ale zdarzyło się to w piątek – gdy nie mogłem jej uniknąć.
Przechodziłem przez ulicę, kierując się do Knutti, kiedy usłyszałem moje imię wykrzyknięte przez ochrypły, ledwo rozpoznawalny głos. Dlatego właśnie się zatrzymałem i odwróciłem.
Avery biegła po stromym wzgórzu, kaszląc tak mocno, że całe jej ciało drżało od tej siły. Zaniepokojony, włożyłem ręce do bluzy, żeby powstrzymać się od zachowania jak jakiś rycerz w białej zbroi i wzięcia jej w ramiona.
Zatrzymała się przede mną bez tchu. Jej twarz wciąż była blada, ale policzki były zarumienione. Cienie nadal tkwiły pod jej oczami, a sweter, który miała na sobie prawie na niej wisiał.
- Sorki. – Jej głos brzmiał okropnie. – Potrzebuję chwilki.
- Brzmisz strasznie.
- Tak, to Czarna Śmierć, która nigdy nie odchodzi. – Odchrząknęła, po czym przełknęła ślinę i uniosła brodę.
Nasze spojrzenia spotkały się i pomyślałem… pomyślałem, że zobaczyłem coś w jej oczach. Odzwierciedlenie tego co ja czułem, ale istniała dobra szansa, że pudło piwa, które wypiłem wczorajszej nocy wciąż tkwiło w moich żyłach.
Odwróciłem wzrok, zaciskając szczękę. – Muszę iść na zajęcia, więc…?
Zmieszanie przeszło po jej twarzy, ale nadal stała przede mną. - Chciałam tylko podziękować za pomoc Brit, kiedy byłam chora.
Przenosząc spojrzenie na knajpę u podnóża wzgórza i po drugiej stronie ulicy, wciągnąłem oddech. – To nic wielkiego.
- Dla mnie było. Więc dziękuję.
Kiwnąłem głową i ośmieliłem się na nią spojrzeć. Błąd. Wiatr zarzucił lśniące włosy na jej policzek i ciężko było mi ich nie złapać i nie założyć za jej ucho. – Nie ma za co.
- Cóż… - Zmarszczyła brwi.
- Muszę iść – powiedziałem znowu, odwracając się do bocznego wejścia. – Do zobaczenia.
- Przykro mi.
Powoli się obróciłem. Te dwa słowa sprawiły, że poczułem się jakby ktoś walnął mnie w jaja, bo za co dokładnie było jej przykro? Pokręciłem głową. – Mi też.
Prawdopodobnie było mi bardziej przykro od niej.

- Zaczynam myśleć, że Ollie siedzi na parkingu i chleje nasze piwo – powiedział Jase, opierając się o ścianę.
Siedząca obok mnie Steph potaknęła w zgodzie. – Ktokolwiek sądził, że dobrym pomysłem jest wysłać go do Sheetz jest jedynym winnym.
Miała rację, ale mogliśmy lepiej przygotować się na noc walki. Nasze mieszkanie było załadowane jak zawsze na takie wydarzenia.
Steph oparła się o mój bok, przyciskając piersi do mojego ramienia i podejrzewałem, że nie miała stanika. Czy ona nie miała przyjść z Jasem? Obracając czapkę do tyłu, pochyliłem się i spojrzałem na niego.
Wzruszył jednym ramieniem, po czym odwrócił się do Henry’ego, jak zaczęła się pierwsza ze wstępnych walk. Otworzyły się drzwi frontowe, wpuszczając do środka zimne powietrze w chwili gdy Kanadyjczyk na ekranie wymierzył brutalny cios powalający. Pokój zaroił się od mieszanki oklasków i gwizdów.
- Spójrzcie, kogo znalazłem! – wykrzyknął Ollie.
Zignorowałem go, gdy dwóch bokserów potoczyło się przez ring, ale wtedy Steph szepnęła. – Masz gościa.
Rozproszony, spojrzałem w lewo i prawie miałem opóźnioną reakcję. Uniosłem wysoko brwi, kiedy moje oczy spotkały się z ciepłymi, brązowymi oczami.
Avery stała obok Olliego, przyciskając do piersi butelkę piwa. Jej włosy były spięte, jej policzki były całe zaróżowione, a oczy szeroko otwarte.
Nigdy wcześniej nie była w moim mieszkaniu. Nigdy. Nie mogłem uwierzyć, że była tutaj teraz i nie miałem pojęcia dlaczego, ale zobaczenie jej… cóż, czułem się jakbym zobaczył słońce po wielu dniach deszczu.
Uśmiechnąłem się lekko. – Hej.
- Hej. – Pogłębiła się barwa jej policzków.
Przez parę chwil nie potrafiłem oderwać od niej wzroku i nie byłem jedyny. Kilkoro innych facetów, wliczając Henry’ego, wpatrywało się w nią tak, jak robili to faceci, kiedy w budynku było świeże mięso.
Spojrzałem na telewizor, ale byłem świadomy Olliego prowadzącego ją do pustej leżanki. Wpatrywałem się w ekran, ale moje całe ciało i myśli były gdzie indziej. Tysiąc pytań przesuwało się przez mój umysł. Widzenie jej w moim mieszkaniu było ostatnią rzeczą jakiej oczekiwałem. Byłem zbity z tropu.
- Chcesz piwa, kochanie? – zapytała Steph, zaciskając rękę na moim ramieniu.
Potrząsnąłem głową, skupiony na Henrym. Gnojek powoli podszedł do miejsca, gdzie siedziała Avery. Nie było nic złego z tym facetem. Powtarzałem to sobie, ale kiedy powiedział coś o jej skarpetkach, zacząłem wyobrażać go sobie jako następnego seryjnego zabójcę.
Ku mojemu zaskoczeniu Avery piła, naprawdę piła. Kieliszki tequili i co najmniej dwa piwa dla kogoś kto nie pił było piekielnym sposobem na rozpoczęcie bycie pijakiem.
Jej cichy chichot uderzył mnie prosto w pierś. Przymrużyłem oczy, gdy Henry się szczerzył, a Avery uśmiechała.
- Wygląda na to, że twoja koleżanka lubi Henry’ego – skomentowała cicho Steph. – Interesujący rozwój.
Serce obijało się o moje żebra w proteście. Czy ona z nim flirtowała? Zacisnąłem ręce na kolanach, jak Avery znowu się roześmiała. Co do cholery? Zazdrość – czerwona, gorąca, brzydka zazdrość – uderzyła moje żyły z konsekwencją zanurzenia głowy w wannie pełnej kwasu.
Spojrzałem na ekran, a wtedy Jase skinął mi głową, przesuwając spojrzeniem po Avery. Odłożyłem piwo na stolik, gdy Henry powiedział. – Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć lepiej.
Cholerna racja, że miał wystarczająco cholernie lat aby nawet nie myśleć o tym, co wiedziałem, że sobie myślał.
- Hej, Henry – zawołałem, czując naciągająco się skórę. – Chodź tutaj na chwilę.
- Jezu – mruknęła Steph, zakładając ramiona na piersi i oparła się o kanapę.
Henry pochylił się, kiedy wskazałem, żeby się zbliżył. – Co jest, stary?
- Zostaw tę dziewczynę w spokoju – powiedziałem cicho, podtrzymując spojrzenie starszego mężczyzny. – Mówię cholernie poważnie. Ona nie jest ani dla ciebie, ani dla nikogo innego w tym pokoju.
Brwi Henry’ego uniosły się, tak jak kącik jego ust. – Wiadomość przyjęta, kolego.
Patrzyłem jak podchodzi do Jase’a i poczułem się trochę lepiej. Niewiele, ponieważ nie potrafiłem uwierzyć, że po tym wszystkim z Avery, pokazała się w moim mieszkaniu, zaczęła pić i flirtować z Henrym Napaleńcem. Byłem w stanie pieprzonego szoku.
- Totalnie zablokowałeś akcję – odezwała się Steph, znowu kładąc rękę na moim ramieniu.
- Co? – Odwróciłem się do niej. – O co ci chodzi?
Wywróciła oczami. – Zaczynali się poznawać bliżej, a ty zablokowałeś akcję.
Zaczynali się poznawać bliżej? Do diabła nie, takie coś nie będzie działo się tuż przede mną. – Czy wyglądam jakby mnie to obchodziło, że to powstrzymałem?
Steph zabrała rękę, ale, tak szczerze, ona również mnie nie obchodziła w tej chwili. Avery uśmiechała się do Henry’ego. Jej uśmiechy były tak cholernie rzadkie i uśmiechała się do niego. Nie mogłem sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatnio byłem zazdrosny, ale poznawałem gorzki posmak w ustach. Dobrze mieszało się z gniewem.
Avery zerknęła na mnie i jej uśmiech zaczął znikać.
- To się nie dzieje – powiedziałem.
Steph wstała na równe nogi i nie miałem pojęcia o co było wkurzona, ale naprawdę mnie to nie obchodziło. Podnosząc się, podszedłem do miejsca, gdzie siedziała Avery. Wielki, szeroki i lekko pijany uśmiech pojawił się na jej twarzy.
- Pójdziesz ze mną na chwilkę? – zapytałem, zaskoczony tym jak spokojnie brzmiał mój głos.
Avery wystrzeliła z krzesła jakby ktoś podpalił jej tyłek. Przechyliła się mocno na bok. – Wow.
Złapałem ją za ramię, podtrzymując. Nie mogłem uwierzyć, że tak bardzo była pijana. - Będziesz mogła iść?
- Tak. Oczywiście. – Wpadła na mnie, chichocząc. – Nic mi nie jest.
Zastanawiając się jak wiele kieliszków wypiła, rzuciłem szczerzącemu się Olliemu zabójcze spojrzenie, prowadząc ją do kuchni. – Co ty robisz, Avery?
Podniosła butelkę. – Piję. Co ty robisz?
- Nie o to mi chodzi i ty o tym wiesz. Co ty robisz?
Zrobiła minę, która była nawet urocza i trochę dziwna, po czym westchnęła. – Nic nie robię, Cam.
- Nie? – Podniosłem brwi. – Jesteś pijana.
- Wcale nie!
- Sławne ostatnie słowa pijanego zanim pada na twarz.
- To się nie stało… jeszcze.
Pokręciłem głową, chwytając ją za ramię. Musieliśmy porozmawiać, a fakt, że tutaj była prawdopodobnie oznaczał, że ona tego chciała. Albo chciała spiknąć się z jednym przypadkowych facetów, którzy tutaj są. Nie wiedziałem co, ponieważ kto do diabła wiedział co działo się w głowie tej dziewczyny, ale nic z tego nie będzie. Zaraz zabierze ten swój pijany tyłek do jej mieszkania. Każdy z tych facetów w salonie z chęcią znalazłoby się między jej udami, a ja nie wiedziałem jak bardzo pijana była. Nie byłem jej opiekunką. Cholera, byłem dla niej nikim.
- Um… - mruknęła, marszcząc brwi, kiedy wyprowadziłem ją na klatkę schodową i zamknąłem za nami drzwi. Spojrzała na mnie zdezorientowana.
Wskazałem na jej drzwi. - Musisz iść do domu, Avery.
Otworzyła szeroko usta, wpatrując się we mnie. – Mówisz poważnie?
- Tak. Mówię cholernie poważnie. Jesteś pijana, a te gówno nie będzie się dziać przede mną.
- Jakie gówno? – Cofnęła się o krok. – Przepraszam. Ollie mnie zaprosił…
- Ta i skopię mu potem tyłek. – Zdjąłem czapkę i przesunąłem dłonią po włosach. – Po prostu idź do domu, Avery. Porozmawiam z tobą później.
Avery przełknęła ciężko ślinę. – Jesteś na mnie zły…
- Nie jestem na ciebie zły, Avery. – W tej właśnie chwili byłem zły na pieprzony świat.
Spojrzała na mnie, po czym szybko odwróciła wzrok, ale nie dosyć szybko. Dostrzegłem w jej oczach nagłe lśnienie. Cholera. Cholera. Cholera.
- Nie chcę iść do domu. Nie ma tam nikogo i ja…
Zapulsowało te miejsce w mojej klatce piersiowej. – Przyjdę potem i porozmawiamy, dobrze? Ale idź do domu. Proszę, po prostu idź do domu.
Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. – Okej.
Ból wzrósł. - Avery…
- Jest zupełnie okej. – Uśmiechnęła się, ale nie było to prawdziwe, lecz pełne cierpienia – cierpienia, które wiedziałem, że ja tam umieściłem. Odwróciła się i podeszła wolno do jej drzwi, a ja wróciłem do mieszkania, cicho przeklinając.
- Wszystko w porządku? – zapytał Jase, jak skierowałem się do kuchni po kolejne piwo. Albo trzy.
- Nie. – Oderwałem zakrętkę i wrzuciłem ją do kosza.
Podniósł ciemne brwi. – Nie jest w porządku bo ona tutaj była czy dlatego że wyszła?
- To ja ją wyprosiłem.
Jase zerknął na Olliego, który wszedł do kuchni. Rzuciłem jedno spojrzenie na ćpuna. – Powinienem kopnąć cię w jaja.
Ollie nie zbył tego śmiechem. Wpatrywał się we mnie poważnym spojrzeniem. – Czy ty właśnie wyprosiłeś tę biedną dziewczynę?
- Biedną dziewczynę? – wybełkotałem.
- Tak, no wiesz, tę dziewczynę, na której punkcie miałeś obsesję od sierpnia? W końcu tutaj przyszła, a ty wykopałeś ją z mieszkania.
Gapiłem się na niego, ściągając czapkę i rzuciłem ją na blat. – Jesteś naćpany? Nie masz pojęcia co się między nami dzieje.
- Ollie – ostrzegł Jase.
- Masz rację. Nie wiem, co się dzieje, ale…
- Zamknij się, Ollie. – Wyminąłem go, kierując się do salonu.
Główna walka zaraz miała się zacząć. Zatrzymałem się przy drzwiach, orientując się, że zostawiłem piwo w kuchni. Chciałem wrócić, ale nie poruszyłem się. Mówiłem poważnie, kiedy powiedziałem Avery, że przyjdę i porozmawiam z nią, ale planowałem zaczekać do jutra, gdy będzie trzeźwa, a ja nie będę tak pieprzenie wkurzony na wszystko. Lecz jak tam stałem, widziałem tylko wzbierające się łzy w jej oczach. Jutro nie było tak daleko, ale…
- Idź. – Usłyszałem za sobą Jase’a.

Już byłem za drzwiami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz