30.12.13

Dwadzieścia jeden

Minęła jakaś godzina po tym jak okryłem Avery kocem, kiedy wszystko co wypiła zdecydowało zrobić powrót.
Odrzucając na bok koc, jakby był pokryty wężami, przebiegła przez salon, rzucając się w kierunku łazienki. Szybko podążyłem za nią, spodziewając się tego, biorąc pod uwagę, że zazwyczaj nie piła.
To było okropne.
Nie mogąc zrobić nic więcej jak podtrzymywać jej włosy i pocierać jej plecy, podczas gdy modliła się do porcelanowych bogów, nigdy nie czułem się bardziej bezradny. Kiedy w końcu się to skończyło, podparłem ją o wannę i wziąłem mokrą szmatkę. Było tak jak wtedy, gdy była chora, tyle że tym razem, tak naprawdę była przytomna.
- Czujesz się lepiej? – zapytałem.
- Tak jakby. – Zacisnęła powieki. – O Boże, to takie żenujące.
Zaśmiałem się pod nosem. – To nic, kochanie.
- Dlatego zostałeś, prawda? – Jęknęła żałośnie. – Wiedziałeś, że się rozchoruję, a oto ja się rozbieram.
- Cii. – Odsunąłem z jej twarzy luźne kosmyki włosów. – Jak czarujące było patrzenie jak wymiotujesz, nie dlatego zostałem i wiesz o tym.
Raz jeszcze przymknęła oczy. – Bo pragniesz mnie, ale nie kiedy jestem pijana i rzygam?
Wybuchnąłem śmiechem. Nietrzeźwa Avery była zabawną Avery. – Ta, wiesz co, to brzmi dobrze.
- Tylko się upewniam, że chodzi nam o to samo.
- Nie chodzi.
Uchyliło się jedno oko. – Ha.
- Tak myślałem, że ci się to spodoba. – Przesunąłem szmatkę pod jej brodę.
Uśmiechnęła się leciutko. - Jesteś w tym bardzo… dobry.
- Miałem dużo praktyki. – Odrzucając ręcznik na bok, chwyciłem nowy i zacząłem od nowa. – Byłem tam gdzie ty kilka razy. – Zsunąłem ręcznikiem po jej szyi i ramionach, nie odrywając spojrzenia od jej twarzy, nie pozwalając mu zabłądzić do krągłości jej piersi tak pięknie widocznych. – Chcesz przyszykować się do łóżka?
Spojrzała na mnie nagle rozszerzonymi oczami.
Uśmiechnąłem się szeroko.
- Przestań o tym myśleć.
- Och – wymamrotała, wyglądając na rozczarowaną.
- Tak, och. – Odwróciłem się i wziąłem szczoteczkę do zębów. Nakładając na nią pastę, zwróciłem się do niej. – Pomyślałem, że chciałabyś pozbyć się tego smaku z ust.
- Jesteś cudowny – powiedziała, sięgając po nią.
- Wiem. – Gdy skończyła, raz jeszcze ukucnąłem i rozpiąłem moją bluzę. Ściągając ją, złapałem brzeg koszulki, by ściągnąć ją przez głowę. – Próbowałem namówić cię do powiedzenia, że jestem cudowny od momentu, kiedy we mnie wpadłaś. Gdybym wiedział, że wymagać to będzie jedynie podania ci szczoteczki do zębów, zrobiłbym to dawno temu. Moja strata.
- Nie. To była moja… - Zdołała usiąść prościej. – Moja strata… co ty robisz?
- Nie wiem gdzie są twoje ubrania. – Co było kłamstwem. Wcześniej znalazłem jej ubrania.
- Aha.
Uśmiechnąłem się, patrząc jak jej wzrok przesunął się po moim torsie, zatrzymując na tatuażu. - A domyślam się, że chciałabyś się rozebrać.
- Ta – mruknęła.
- Więc najprościej będzie, jak pożyczę ci moją koszulkę.
Nabrała płytkiego wdechu. – Okej.
- Wtedy będzie ci wygodniej.
Podejrzewałem, że nie słuchała ani jednego słowa, które wychodziło z moich ust. Nie kiedy jej oczy wędrowały na południe, skłaniając moje ciało do zareagowania.
- Jasne – wymamrotała.
- Nie słuchałaś ani jednej rzeczy, którą powiedziałem.
- Nie.
Uśmiechnąłem się szerzej, chwytając ją za biodra i posadziłem ją na brzegu wanny.
- Jeszcze nie podnoś ramion, dobra? – powiedziałem jej. Siedziała nieruchomo, jak założyłem na nią swoją koszulkę. - Trzymaj ramiona w dole. – Puściłem bluzkę i sięgnąłem za nią, zręcznie odpinając jej biustonosz.
- Co robisz? – spytała wysokim głosem.
Roześmiałem się, zsuwając ramiączka po jej ramionach, ale umilkłem, gdy zadrżała. Chyba podobało mi się karanie samego siebie, bo chciałem odrzucić jej biustonosz i złapać ją w ramiona. – Jak powiedziałem wcześniej, przestań o tym myśleć. Twoja cnota jest ze mną bezpieczna.
- Moja cnota?
Spojrzałem na nią spod rzęs. – Na razie.
- Na razie? – szepnęła.
Potaknąłem. - Przełóż ramiona.
Posłuchała i podwinąłem rękawy. Odsuwając się, nagły przypływ zadowolenia niemal zwalił mnie z nóg. Podobała mi się w moich ubraniach. Bardzo podobała. Przesuwając ręką po jej ramieniu, zatrzymałem się nad bransoletką.
- Nie… - Panika wypełniła jej głos, jak odpiąłem małe zapięcia.
Wzmocniłem uchwyt, nie puszczając jej ręki. - Już ją widziałem, Avery.
- Proszę, nie. – Spuściła wzrok. - To żenujące i nie mogę cofnąć tego, że ją zobaczyłeś. Chciałabym, ale nie mogę.
Moje wcześniejsze podejrzenia nareszcie zostały potwierdzone. Objąłem dłońmi bransoletkę i jej nadgarstek. – To przez to, prawda? Dlatego się wkurzyłaś? Nie chciałaś ze mną rozmawiać? Rzuciłaś klasę?
Kiedy się nie odezwała, zamknąłem na krótką chwilę oczy. - Och, kochanie. Wszyscy zrobiliśmy rzeczy, z których nie jesteśmy dumni. Gdybyś wiedziała… - Teraz nie była pora na to. – Chodzi o to, że nie wiem dlaczego to zrobiłaś. Mam tylko nadzieję, że jakikolwiek był powód, to coś, co zaakceptowałaś. Wcale nie myślę o tobie przez to gorzej. Nigdy tak nie myślałem.
- Ale wyglądałeś tak… - Nie mogła dokończyć.
Drugą ręką ściągnąłem bransoletkę i położyłem ją na umywalce. – Byłam tylko zaskoczony i zmartwiony. Nie wiedziałem, kiedy to się stało i nie będę pytał. Nie teraz, dobrze? Po prostu wiedz, że nie musisz jej przy mnie ukrywać. W porządku?
Skinęła głową, ale w jej brązowe oczy wlało się zwątpienie i nieufność. Chcąc udowodnić, że to co powiedziałem było prawdą, pochyliłem głową, obracając jej ramię i przycisnąłem usta do blizny. Avery zadrżała.
- Dopiero skończyłam szesnastkę. – Jej ton był cichy i okropnie młody. – Wtedy to zrobiłam. Nie wiem czy naprawdę tego chciałam czy po prostu chciałam, żeby ktoś… - Potrząsnęła głową. – To coś, czego żałuję każdego dnia.
- Szesnaście?
- Nigdy już czegoś takiego nie zrobię. Przysięgam. Nie jestem tą samą osobą, co wtedy.
- Wiem. – Położyłem rękę na jej nodze, chcąc zabrać dalekie, bolesne spojrzenie, które pociemniało jej oczy. – Teraz jest pora na ściągnięcie twoich spodni.
Zamrugała, a po chwili parsknęła śmiechem. – Miło.
Pomogłem jej wstać. Moja koszulka sięgała jej kolan i wyglądała na niej lepiej niż na mnie. Gdy wyciągnąłem rękę do guzika jej spodni, odepchnęła mnie. – Myślę, że mogę to zrobić – powiedziała.
- Jesteś pewna? – drażniłem się. – Bo jestem tutaj do twoich usług i ściągnięcie twoich dżinsów jest czymś, w czym czuję, że będę wyjątkowo cudowny.
Jej usta drgnęły. - Jestem pewna, że byłbyś. Włóż swoją bluzę.
Oparłem się o umywalkę, rozciągając plecy. – Lubię, kiedy patrzysz.
- Pamiętam. – Odwróciła się i poruszyła tyłkiem w najbardziej kuszący sposób, zrzucając dżinsy.
Odrywając wzrok, zabrałem moją bluzę z podłogi. – Myślisz, że nic ci nie będzie poza łazienką?
- Mam taką nadzieję.
Kiedy zaprowadziłem ją do salonu, znalazłem aspirynę i wziąłem kolejną butelkę wody. Gdy ją wypiła, usiadłem na kanapie i lekko pociągnąłem ją za ramię. – Usiądź ze mną. – Jak zaczęła przechodzić przez moje nogi, zatrzymałem ją. - Nie. Usiądź ze mną.
Zdezorientowana, pokręciła głową. Oparłem się i pociągnąłem ją w dół. Była sztywna jak banknot dolarowy przez jakąś sekundę, po czym jej ciało zwaliło się na moje kolana. Chwyciłem koc i zarzuciłem go na jej nagie nogi.
- Powinnaś spróbować zasnąć. – Objąłem ją w pasie, jak telewizor rzucał po pokoju drgające cienie. – To pomoże rano.
Cukierek westchnęła cichutko, przytulając się do mojej piersi. – Nie wychodzisz?
- Nie.
- W ogóle?
Opuszczając brodę, musnąłem ustami jej czoło. – Nigdzie nie idę. Będę tutaj, jak się obudzisz, kochanie. Obiecuję.

Obudziłem się następnego poranka w tej samej pozycji, w jakiej zasnąłem. Avery nadal była skulona na moich kolanach, ale teraz była przebudzona i ciągle się poruszała. Jęknąłem, zaciskając wokół niej ramiona, jak jej biodro przycisnęło się do mojej erekcji.
- Sorry – odezwałem się. – Jest poranek, a ty na mnie siedzisz. To połączenie powaliłoby każdego mężczyznę.
Otworzyłem oczy w samą porę, żeby zobaczyć jak rumieniec oblewa policzki Cukierka. Położyłem rękę na jej biodrze, przyglądając się jej zaspanej minie poprzez ciężkie powieki.
- Chcesz, żebym z ciebie zeszła? – zapytała.
- Do diabła, nie. – Przejechałem drugą ręką po jej kręgosłupie, przesuwając palcami przez jej miękkie włosy. – Absolutnie, pieprzenie, nie.
Uśmiechnęła się. – Dobrze.
- Wreszcie myślę, że w czymś się zgadzamy.
Przechylając głowę na bok, patrzyła na mnie przez długą chwilę. – Czy zeszła noc naprawdę się zdarzyła?
Uśmiechnąłem się. – Zależy do tego, co myślisz, że się wydarzyło.
- Ściągnęłam dla ciebie bluzkę?
Na tę wzmiankę spuściłem wzrok. Stwardniałe czubki jej piersi były ładnie widoczne. – Tak. Urocza chwila.
- A ty mnie odrzuciłeś?
Zsunąłem rękę na jej udo. – Tylko dlatego, że nasz pierwszy raz razem nie będzie wtedy, kiedy jesteś pijana.
- Nasz pierwszy raz razem?
Uśmiechnąłem się leniwie. - Yhm.
Zaczerwieniła się ładnym odcieniem różu. – Naprawdę jesteś przekonany o istnieniu pierwszego pomiędzy nami.
- Jestem. – Oparłem się o poduszkę, przyglądając się jej i przesuwając ręką w dół i w górę od jej uda do biodra.
- Rozmawialiśmy, prawda? – Zerknęła na goły nadgarstek. – Powiedziałam ci, kiedy to zrobiłam?
- Tak.
Uniosła rzęsy. – I nie uważasz, że jestem szaloną suką?
- Cóż…
Przyszpiliła mnie suchym spojrzeniem.
Wyszczerzyłem się, kładąc drugą rękę na jej karku. – Chcesz wiedzieć, co myślę?
- Zależy.
Opuściłem jej głowę tak, że nasze usta prawie się dotykały. – Myślę, że musimy pogadać.
- Musimy – wyszeptała.
Ale im dłużej siedziała na moich kolanach, tym mniej prawdopodobne było, że będziemy rozmawiać. Chwyciłem jej biodra i uniosłem ją, zsuwając na poduszki obok.
- Myślałam, że musimy pogadać? – zapytała, jak wstałem.
- Musimy. Zaraz wrócę.
Jej twarz była zdezorientowana.
- Po prostu tu zostań, okej? – Ruszyłem do drzwi. – Nie ruszaj się z miejsca. Nie myśl o niczym. Tylko tutaj siedź, a ja zaraz wrócę.
Oparła brodę na oparciu kanapy. – Okej.
- Naprawdę, nie myśl o niczym. – Otworzyłem drzwi. - Nie o ostatnich paru minutach czy ostatniej nocy. Nie o ostatnim miesiącu. Czy co będzie dalej. Po prostu tam siedź.
- W porządku – szepnęła. – Obiecuję.
Przez chwilę patrzyłem jej w oczy i gdy byłem pewien, że nie zamknie się w swojej sypialni, pospieszyłem do mojego mieszkania. W środku było cicho, ale obok kanapy leżała para szpilek. Uśmiechając się, szybko wymyłem zęby, po czym zabrałem potrzebne rzeczy z kuchni. Wszystko to zajęło mi całe pięć minut, a kiedy powróciłem do jej mieszkania, siedziała tam gdzie ją zostawiłem.
Spojrzała na to co trzymałem w rękach i uśmiechnęła się. – Jajka – przyniosłeś jajka.
- I moją patelnię. – Używając biodra, zamknąłem drzwi. – I umyłem zęby.
- Nie włożyłeś koszulki.
Posłałem jej długie spojrzenie. – Wiedziałem, że złamałoby ci serce nie bycie w stanie patrzeć na mnie bez koszulki.
Gdy położyłem jajka na blacie, usłyszałem stłumiony pisk i odwróciłem się do drzwi. - Avery, co do diabła wyprawiasz?
- Nic – nadeszła odpowiedź.
Uśmiechnąłem się do siebie, obracając się z powrotem do blatu. - To przyprowadź tutaj swój tyłek. – Gdy usłyszałem jak jej stopy uderzyły o podłogę, zmarszczyłem brwi. - I nawet nie waż się przebierać – urwałem. - Bo naprawdę lubię widzieć cię w moich ubraniach.
- Cóż, kiedy tak to stawiasz… - Pojawiła się w progu.
- Co? – Spojrzałem na nią przez ramię. - Tak bardzo tęskniłaś za moimi jajkami?
Zamrugała powoli. – Nie sądziłam, że znowu będę cię miała w kuchni, robiącego jajka.
Te słowa miały na mnie większy wpływ niż o tym wiedziała. Nastawiłem kuchenkę. – Tęskniłaś za mną tak bardzo?
- Tak.
Odwróciłem się do niej, wsuwając rękę do włosów. - Tęskniłem za tobą.
Cukierek wzięła głęboki wdech. – Chcę przeprosić za to jak się zachowałam, kiedy… cóż, kiedy zobaczyłeś moją bliznę. Nigdy nie pozwoliłam nikomu jej zobaczyć. – Przybliżyła się, zagryzając dolną wargę. – Wiem, że to nie wymówka, bo byłam okropną suką, ale…
- Przyjmę twoje przeprosiny pod jednym warunkiem. – Założyłem ramiona.
- Zrobię wszystko – powiedziała zdecydowanie.
- Zaufaj mi.
- Ufam ci, Cam.
- Nie, nie ufasz. – Podszedłem do stołu i wysunąłem krzesło. – Usiądź.
Gdy usiadła i poprawiła pożyczoną koszulkę, wróciłem do kuchenki i rozbiłem jajko. - Gdybyś mi ufała, nie zareagowałabyś tak, jak to zrobiłaś. I nie osądzam cię ani nic z tego gówna. Musisz mi zaufać, że nie będę dupkiem ani nie wkurzę się przez takie rzeczy. Musisz zaufać, że wystarczająco mi na tobie zależy.
Na dźwięk jej ciche wdechu, obróciłem się do niej. - Jest wiele, czego o tobie nie wiem i mam nadzieję, że to naprawimy. Nie będę cię naciskał, ale nie możesz się przede mną zamykać. Dobra? Musisz mi zaufać.
Spojrzała mi w oczy. – Ufam ci. Zaufam ci.
- Przyjmuję twoje przeprosiny.
Skończyłem z jajkami i wróciłem do stołu z sokiem pomarańczowym, zanim poruszyłem następną kwestię. – Więc gdzie zmierzamy? Powiedz mi, czego chcesz.
Zatrzymała się z widelcem pełnym puszystych jajek – Czego chcę?
 - Ode mnie. – Wrzuciłem całe jajko do ust. – Czego ode mnie chcesz?
Cukierek oparła się o krzesło, odkładając widelec na talerz. Otworzyła usta i wyprostowała ramiona. - Ciebie.
Poczułem skurcz w klatce piersiowej i przez chwilę nie mogłem mówić. - Mnie?
- Chcę ciebie – powiedziała, czerwieniąc się. – Oczywiście nigdy nie byłam w związku i nawet nie wiem czy ty tego chcesz. Może nie…
- Chcę.
- Chcesz? – spytała.
Zachichotałem, czując się lekko po raz pierwszy od wielu tygodni i wziąłem drugie jajko. – Brzmisz na tak zaskoczoną, jakbyś nie mogła w to uwierzyć. To całkiem urocze. Proszę kontynuuj.
- Proszę kontynuuj…? – Potrząsnęła głową. – Chcę z tobą być.
Powoli przeżułem jajko. – To druga rzecz, w której zgadzamy się dzisiejszego ranka.
- Chcesz być ze mną?
Uniosłem usta. - Chciałem być z tobą od pierwszego razu, kiedy mnie odrzuciłaś. Po prostu czekałem, aż sama przyjdziesz. Więc jeśli to robimy, jest parę ogólnych zasad.
- Zasady?
Potakując, obrałem trzecie jajko. - Nie jest ich wiele. Nie zamykasz się przede mną. Jesteś tylko ty i ja, i nikt inny. I wreszcie, będziesz dalej wyglądać cholernie seksownie w moich bluzkach.
Parsknęła głębokim i prawdziwym śmiechem. – Myślę, że wszystkie są wykonalne.
- Dobrze. – Zastanawiałem się czy widziała jak trzęsły mi się dłonie, kiedy obierałem ostatnie jajko.
- Nigdy nic takiego nie robiłam, Cam. I nie zawsze jest ze mną łatwo się dogadywać. Wiem to. Nie mogę obiecać, że będzie to dla ciebie łatwe.
- Żadna zabawa w życiu nie jest łatwa. – Wypiłem mleko, mając już dosyć gadania. Musiałem powiedzieć jej o tym, co stało się trzy lata temu i co musiałem robić każdego piątkowego wieczoru, ale to musiało poczekać. Musiałem zrobić to, co chciałem zrobić od wieczoru Dziękczynnego.
Wstałem i do niej podszedłem. Biorąc jej ręce, postawiłem ją na nogi i objąłem ją w talii. Zniżyłem głowę, przesuwając ustami po jej policzku. – Poważnie o tobie myślę, Avery. Jeśli chcesz mnie naprawdę, to mnie masz.
Cukierek przycisnęła ręce do mojego torsu. – Chcę cię naprawdę.
- Dobrze wiedzieć. – Moje usta zawisły nad jej wargami. – Bo jeśli nie, byłoby to bardzo niezręczne.
Zaśmiała się, ale ten dźwięk zniknął, kiedy przycisnąłem do niej wargi. Kontakt ten wydawał się prawidłowy, konieczny jak oddychanie. Pocałunek był miękki i wolny, ale kiedy wsunęła dłonie w moje włosy, pogłębiłem pocałunek, dając jej to o co cicho prosiła. Przesunąłem ustami po jej wargach, w tę i we w tę, napierając i nakłaniając je do otwarcia językiem.
Jej jęk rozgrzał moją krew, a Avery smakowała jak sok i coś o wiele słodszego. Opuściłem ręce na jej biodra i przyciągnąłem do siebie, podnosząc ją. Przeszyło mnie zaskoczenie, kiedy objęła mnie w pasie nogami. Przycisnąłem ją do ściany, dopasowując nasze ciała.
Całowanie jej było tym co cały czas planowałem, ale dotyk jej piersi dociśniętych do mojej klatki piersiowej i jej gorące wnętrze było moją zgubą. Byłem w niej zatracony. Cukierek była płochliwa i niewinna w wielu sytuacjach, ale była także bardzo namiętna i jej reakcja była naturalna oraz bardzo uwodzicielska.
Jęknąłem, gdy poruszyła biodrami, przyciskając się do mnie w jej cudowny, prosty sposób. Zacisnęła palce na moich włosach, trzymając przy sobie moje usta. Byłem taki twardy i opuchnięty, a skrawek odzieży okrywający ją pomiędzy udami nie był dostateczną barierą. Nie chciałem niczego bardziej jak wziąć ją teraz przy tej ścianie i wątpiłem, żeby zaprotestowała, ale to nie było właściwe.
Z wysiłkiem podniosłem usta. - Muszę iść.
Położyła ręce na moich policzkach. – Teraz wychodzisz?
- Nie jestem święty, kochanie. – Mój głos był głęboki, szorstki od pożądania. – Więc jeśli teraz nie wyjdę, to nie wyjdę przez jakiś czas.
Zadrżała, a moje ciało się naprężyło. – Co jeśli nie chcę, żebyś wychodził?
- Cholera. – Złapałem jej uda, na krótko przymykając oczy. – Bardzo utrudniasz bycie dobrym facetem, którym mówiłaś że jestem zeszłej nocy.
Musnęła mój policzek ustami. - Nie jestem pijana.
Śmiejąc się cicho, przycisnąłem do niej czoło. – Tak, widzę to i podczas gdy pomysł wzięcia cię w tej chwili przy ścianie jest wystarczający, żebym stracił kontrolę, chcę żebyś wiedziała, że jestem poważny. Nie jesteś zwykłą przygodą. Nie jesteś przyjaciółką od seksu. Jesteś dla mnie kimś więcej.
Zamknęła oczy, a jej pierś uniosła się przy mojej. – Dobra, to było… tak jakby doskonałe.
- Jestem tak jakby doskonały – droczyłem się, odplątując jej nogi i postawiłem ją na ziemi. – Wszyscy inni to wiedzą. Jesteś tylko trochę wolna w pojęciu tego.
Zaśmiała się, w jej oczach pojawiło się ciepło. – Co zamierzasz zrobić?
- Wziąć zimny prysznic.
- Poważnie?
- Tak.
Raz jeszcze się roześmiała. – Wrócisz?
- Zawsze. – Pocałowałem ją delikatnie, wlewając wszystko co czułem w ten szybki, o wiele zbyt krótki pocałunek.

- Okej. – Uśmiech rozciągnął się na jej całej twarzy i była to najcudowniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem. – Poczekam na ciebie. 

Dwadzieścia

Po części nie byłem zaskoczony, kiedy otworzyłem drzwi jej mieszkania po waleniu w nie i odkryłem, że jej tam nie było. Oczekiwanie od Avery, aby choć raz mnie posłuchała oczywiście było czymś zbyt wielkim do proszenia.
Nie mając pojęcia gdzie mogła pójść, podszedłem do okna salonu i spojrzałem w dół.
- Co do cholery?
Mały kształt siedział na krawężniku, skulony w zimnie. Co do diabła robiła tam Cukierek? Pośpieszyłem na zewnątrz, krzywiąc się, gdy wiatr oderwał moje włosy od czoła.
- Avery! – krzyknąłem. Podskoczyła, upuszczając butelkę piwa. Potoczyła się pod pobliski samochód, a ona odwróciła się do mnie. Zaszklone spojrzenie, którego nie mogłem całkowicie zrzucać na piwo, rozdarło mnie od środka. - Co ty, do cholery, tutaj robisz?
Zamrugała i uniosła wilgotne rzęsy. - Ja… patrzę na gwiazdy.
- Co? – Klęknąłem obok niej. – Avery, jest mróz na dworze. Znowu będziesz chora.
Uniosła jedno ramię, odwracając wzrok. – Co ty tutaj robisz?
- Szukałem cię, ty małe cymbale.
Spojrzała na mnie ostro. – Słucham? Jesteś tutaj, więc ty też jesteś cymbałem, ty cymbale.
Powstrzymałem uśmiech. – Powiedziałem ci, że przyjdę z tobą pogadać. Najpierw sprawdziłem twoje mieszkanie. Pukałem, a ty nie odpowiedziałaś. Drzwi nie były zamknięte i wszedłem do środka.
- Wszedłeś do mojego mieszkania? To trochę niegrzeczne.
- Zobaczyłem przez okno, że tutaj siedzisz.
Po chwili zapytała. – Czy walka się skończyła?
Ponieważ nie wyglądało na to, że będzie wstawać w najbliższym czasie, usiadłem obok niej. Zimny cement zmroził mój tyłek w nanosekundzie. – Nie. Główna walka właśnie się zaczęła.
- Przegapiasz ją.
Przeciągając ręką przez włosy, wypuściłem długi oddech. – Boże, Avery… - Nie wiedziałem co powiedzieć. Reakcja na zobaczenie jej wciąż była zbyt świeża, zbyt dezorientująca. – Zobaczenie cię dzisiaj? Byłem cholernie zaskoczony.
- Z powodu Steph?
- Co? – Popatrzyłem na nią. – Nie. Jase ją zaprosił.
- Wyglądało jakby była tam dla ciebie.
- Może była, ale nie obchodzi mnie to. – Odwracając się do niej, położyłem ręce na kolanach. – Avery, nie miałem seksu ze Steph odkąd cię poznałem. Nie miałem seksu z nikim, odkąd cię poznałem.
Wciągnęła głęboko powietrze. – Okej.
- Okej? – Niemal się roześmiałem, a wtedy wszystko się wyładowało. – Widzisz, nie rozumiesz tego. Nigdy cholernie nie rozumiałaś. Unikałaś mnie od przerwy Dziękczynienia. Rzuciłaś przeklętą klasę i wiem, że z mojego powodu, a za każdym razem, kiedy próbowałem z tobą porozmawiać, ty cholernie ode mnie uciekałaś.
- Nie chciałeś ze mną rozmawiać w dzień, kiedy podziękowałam za pomoc.
Gapiłem się na nią. - Jezu, nie wiem dlaczego? Może dlatego, że boleśnie pokazałaś, iż nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego. A potem po prostu się pokazujesz? Pieprzenie niespodziewanie i upijasz się? Nie rozumiesz.
Zwilżyła wargi. – Przepraszam. Jestem pijana, troszeczkę i przepraszam, bo masz rację i… mówię chaotycznie.
Parsknąłem krótkim, ochrypłym śmiechem. – W porządku, oczywiście to nie pora na tę rozmowę. Słuchaj, nie chciałem być tam takim palantem, zmuszając cię do wyjścia, ale…
- To nic. Jestem przyzwyczajona do ludzi nie chcących mnie na swoich imprezach. – Chwiejnie podniosła się na nogi. – Nic wielkiego.
Szczypała mnie skóra, jak wstałem. – To nie tak, że cię tam nie chciałem, Avery.
- Um… naprawdę? – Roześmiała się bez humoru. – Poprosiłeś mnie, żebym wyszła.
- Ja…
- Poprawka. – Podniosła rękę. – Powiedziałeś mi, żebym wyszła.
- Tak. Był to kretyński ruch, ale pierwszy raz byłaś w moim mieszkaniu, przychodzisz, zaczynasz pić, a potem… - Wziąłem głęboki wdech. – Henry się czepił a ty chichoczesz…
- Nie jestem nim zainteresowana!
- Nie tak to wyglądało, Avery. Jesteś pijana i nie chciałem, żebyś zrobiła coś, czego będziesz żałować. Nie wiem, co do diabła, dzieje się w twojej głowie przez połowę czasu i nie miałem pojęcia co tam dzisiaj robiłaś, ale nigdy nie widziałem jak pijesz, więc nie wiedziałem co zamierzasz zrobić. Nie chciałem, żeby ktoś cię wykorzystał.
- Byłam tam, zrobiłam to. – W chwili, gdy te słowa opuściły jej usta, zacisnęła mocno wargi.
Przerażenie przeszło po jej twarzy i wszystko – o Boże – wszystko zaczęło mieć sens. – Co? – szepnąłem, a ona zaczęła odchodzić. Złapałem ją za ramiona. – O, do diabła, nie. Co właśnie powiedziałaś?
- Nie wiem, co powiedziałam. Dobra? Jestem pijana, Cam. Duh. Kto, do cholery, wie co wychodzi z moich ust. Ja nie. Naprawdę nie wiem nawet co tutaj robię.
- Cholera. Avery… - Zacisnąłem palce na jej ramionach. – Czego mi nie mówisz? Czego mi nie powiedziałaś?
- Niczego! Przysięgam. Przyrzekam ci. Tylko gadam jak nakręcona, dobra? – Zamrugała gwałtownie. - Więc przestań na mnie patrzeć, jakby było ze mną coś nie tak.
- Nie patrzę tak na ciebie, kochanie. – Szukałem w jej twarzy prawdy, przyznania tego co jej się wydarzyło, ale widziałem tylko strach i rozpacz. Nie chciała, żebym grzebał dalej i rozumiałem to. Ze wszystkich ludzi rozumiałem potrzebę trzymania niektórych rzeczy w sekrecie, ale ostatecznie się dowiem.
Podniosła spojrzenie i wydawało mi się, że powiedziała bezgłośnie proszę. Między nami było wiele gówna. Sprawy, które musieliśmy sobie wyjaśnić, ale to wszystko musiało zaczekać.
Przyciągnąłem ją do siebie, ciasno oplątując ją ramionami. Zesztywniała na chwilę, po czym położyła dłonie na moich bokach, przyciskając głowę do mojej klatki piersiowej. Jej dotyk przeszedł mnie na wskroś.
- Tęskniłam za tobą – wyszeptała.
W tamtej chwili wszystko, co wydarzyło się między nami po tym jak zobaczyłem jej bliznę, nie miało znaczenia. Wsunąłem rękę w jej włosy, przyciągając ją bliżej. - Tęskniłem za tobą, kochanie. – Trzymałem ją mocno, podnosząc ją w powietrzu i postawiłem, podekscytowany tylko tym, że znowu mogę trzymać. Objąłem jej policzki, śmiejąc się, czując ją. – Jesteś jak mała kostka lodu.
- Gorąco mi. – Nasze spojrzenia spotkały się i uśmiechnęła się. – Twoje oczy są naprawdę piękne, wiesz o tym?
- Sądzę, że mówią to kieliszki tequili. Chodź, zaprowadźmy cię do środka, zanim zamarzniesz.
Sięgając w dół splotłem z nią palce. Ostatnią rzeczą jaką chciałem było, żeby upadła i skręciła kark. Będąc już w jej ciepłym mieszkaniu, jej palce zacisnęły się na moich.
- Przegapiasz walkę – powiedziała.
- Tak. – Poprowadziłem ją do kanapy i pociągnąłem w dół. – Jak się czujesz?
- Dobrze. – Przesunęła rękami po udach. – Twoi przyjaciele pewnie zastanawiają się, gdzie jesteś.
Oparłem się, rozluźniając. – Nie obchodzi mnie to.
- Nie?
- Nie.
Krótki uśmiech przebiegł po jej ustach i wyprostowała się, po czym zerknęła na mnie. Nie planowałem nigdzie iść. Walka i przyjaciele nie byli tak ważni jak osoba siedząca obok mnie. Poza tym byłem trochę zaniepokojony jej spożyciem alkoholu, zwłaszcza kiedy podskoczyła i niemal zjadła stolik do kawy.
- Może powinnaś usiąść, Avery.
- Nic mi nie jest. – Okrążyła chwiejnie stolik. – Więc… co chcesz robić? Mogę, um, włączyć telewizor lub włożyć film, ale nie mam żadnych filmów. Chyba mogę jeden zamówić z…
- Avery, po prostu usiądź na chwilę.
Podniosła poduszkę i położyła ją na kanapie. Chyba zamierzała zacząć sprzątać dom? Ale wtedy poszła do fotela. – Nie sądzisz, że jest tutaj gorąco?
- Ile wypiłaś?
- Um… - Zmarszczyła twarz. – Nie dużo – może dwa lub trzy kieliszki tequili iiii dwa piwa? Tak myślę.
- O wow. – Uśmiechnąłem się, pochylając do przodu. – Kiedy był ostatni raz, gdy naprawdę piłaś?
- Noc Halloween.
Przekrzywiłem głowę na bok. – Nie widziałem, żebyś piła w noc Halloween.
- Nie w tę noc Halloween. – Stojąc z powrotem na nogach, zaczęła ciągnąć za rękawy swojego swetra. – To było… pięć lat temu.
- Wow. To długo. – Och, to nie skończy się dobrze. Wstałem. – Masz tutaj wodę? Ugotowaną?
- W kuchni.
Skierowałem się do lodówki, wziąłem butelkę i wróciłem. – Powinnaś to wypić. – Kiedy wzięła butelkę, usiadłem na brzegu kanapy. - Więc ile miałaś? Czternaście lat? Piętnaście?
- Czternaście – wyszeptała, opuszczając brodę.
- To naprawdę młody wiek na picie.
Odkładając butelkę, zrobiła z włosów kucyka. – Ta, ty nie piłeś, kiedy miałeś czternaście lat?
- Podkradłem piwo albo dwa mając czternastkę, ale myślałem, że twoi rodzice byli surowi?
Prychnęła, opadając na fotel. – Nie chcę rozmawiać o nich, piciu czy Halloween.
Nie potrzeba było naukowca, żeby domyślić się, iż te trzy rzeczy były połączone. Również nie potrzeba było żywej wyobraźni, aby wyobrazić sobie młodą Avery upijającą się na imprezie i robiącą coś, czego później żałowała. Przynajmniej miałem nadzieję, że to o to właśnie chodziło. - Okej.
Cukierek przyglądała mi się przez moment, a potem próbowała ściągnąć swój sweter. Śmiech wspiął się po moim gardle, ale utknął, kiedy upuściła sweter na podłogę. Pod spodem miała podkoszulek, ale materiał był cienki i odkrywał wiele zarumienionej skóry. Jej nerwowość wydawała się sięgać dalej niż podpicie piwem albo dlatego, że byłem tutaj nawet po tym, co się między nami wydarzyło.
Znowu wstała i zaczęła przemierzać pokój. Kiedy się zatrzymała, pomiędzy kuchnią a korytarzem, wsunęła palce pod brzeg jej koszulki.
- Co ty wyprawiasz?
Nie odpowiedziała, lekko nieskupionym wzrokiem spotykając się z moim. Nie miałem pojęcia, co sobie myślała. Nigdy nie wiedziałem, ale przygryzła zębami dolną wargę. Poczułem rezerwę w kościach. Zdecydowanie zamierzała…
Avery ściągnęła podkoszulek.
Jasna. Cholera.
Wciągnąłem gwałtownie powietrze. – Avery.
Jasna. Cholera. Cholera. Cholera. Tylko o tym mogłem myśleć, wpatrując się w nią w czarnym, koronkowym biustonoszu. Widziałem ją jak była chora, ale tak naprawdę jej nie widziałam. Nie tak jak teraz. Jej piersi były pełne, napierały na koronkowe miseczki, jak nabierała jeden wdech po drugim.
Gdy oparła się o ścianę i opuściła ramiona po bokach, zacisnąłem szczękę, oddychając głęboko. Raz jeszcze spuściłem wzrok z jej twarzy do jej piersi, a potem do gładkiego zarysu jej brzucha. Jej spodnie zwisały nisko, a brzuch wgłębiał się wokół pępka. Słodka krągłość jej talii błagała, żeby być dotkniętą.
Wyraźnie była pijana, a gdybym był porządnym facetem to nie patrzyłbym na nią, jakbym chciał ją zjeść, lecz nie potrafiłem odwrócić wzroku. Nie pamiętałem abym wstawał, ale jakoś to zrobiłem i obszedłem kanapę. Gorąco narastało między moimi nogami, wzbierając się i twardniejąc.
- Cam? – odezwała się bez tchu.
Moje ciało żądało, abym podszedł do niej i niemal to zrobiłem, ale zatrzymałem się, zaciskając pięści. - Nie.
- Nie co?
Przymknąłem oczy, ale jej widok został napiętnowany w moim umyśle. – To… nie rób tego, kochanie.
- Czy tego właśnie nie chcesz? – zapytała, jej głos drżał od niepewności.
Otworzyłem oczy. Co takiego? – Nie oczekuję tego, Avery.
Wessała oddech. – Nie pragniesz mnie.
Nie pragnę jej? Ledwo mogłem sobie przypomnieć czas, kiedy jej nie pragnąłem, na miłość boską. Mój penis napierał na zamek moich dżinsów, wzrastając do punktu, gdzie wydawało mi się, że wybuchnie. Tak mocno jej pragnąłem.
Lecz na jej twarzy pojawił się wyraz niedowartościowania.
Wystrzeliłem do przodu, uderzając dłońmi o ścianę po obu stronach jej głowy. Pochyliłem się tak, że nasze oczy były na równym poziomie. - Cholera, Avery. Myślisz, że cię nie pragnę? Nie ma ani jednej części ciebie, której nie pragnę, rozumiesz? Pragnę być na tobie i w tobie. Pragnę cię przy ścianie, na kanapie, w twoim łóżku, w moim łóżku i każdym pieprzonym miejscu, o którym mogę pomyśleć, a uwierz mi, mam ogromną wyobraźnię, kiedy chodzi o takie rzeczy. Nigdy nie wątp w to, że cię pragnę. To nie o to chodzi.
Zdezorientowanie wlało się do jej rozszerzonych oczu.
Przycisnąłem czoło do jej czoła. – Ale nie w taki sposób – nigdy w taki sposób. Jesteś pijana, Avery, a kiedy będziemy razem – bo będziemy razem, będziesz w pełni świadoma wszystkiego, co z tobą zrobię.
Podtrzymała moje spojrzenie, po czym zamknęła oczy, odwracając głowę na bok, sprawiając, że nasza skóra przesunęła się po sobie. – Jesteś dobrym facetem, Cam.

- Nie, nie jestem. – Wciągnąłem jej zapach do płuc, obiecując sobie, że zawsze będę tym, kim będzie ode mnie chciała. – Jestem tylko dobry z tobą.

29.12.13

Dziewiętnaście

Wiedziałem, że Avery czuje się lepiej tylko dlatego, że zatrzymała się przy moim mieszkaniu. Nie byłem pewien dlaczego to zrobiła i nie zamierzałem tego się dowiadywać. Powiedziałem Olliemu, aby powiedział jej, że mnie nie ma. W rzadkiej chwili powagi zapytał czy mówię poważnie.
Mówiłem poważnie.
Popołudnie, które spędziłem z nią, gdy była chora nie zrobiło dla mnie nic cholernie dobrego. Jedynie wzmocniło gówno, z którym nie chciałem sobie radzić.
Jak tylko zaczął się semestr dostrzegałem ją wszędzie na kampusie. Chciałem z nią pogadać, zobaczyć jak się ma, ale nie byłoby w tym żadnego sensu. Przynajmniej ja takiego nie widziałam, ale zdarzyło się to w piątek – gdy nie mogłem jej uniknąć.
Przechodziłem przez ulicę, kierując się do Knutti, kiedy usłyszałem moje imię wykrzyknięte przez ochrypły, ledwo rozpoznawalny głos. Dlatego właśnie się zatrzymałem i odwróciłem.
Avery biegła po stromym wzgórzu, kaszląc tak mocno, że całe jej ciało drżało od tej siły. Zaniepokojony, włożyłem ręce do bluzy, żeby powstrzymać się od zachowania jak jakiś rycerz w białej zbroi i wzięcia jej w ramiona.
Zatrzymała się przede mną bez tchu. Jej twarz wciąż była blada, ale policzki były zarumienione. Cienie nadal tkwiły pod jej oczami, a sweter, który miała na sobie prawie na niej wisiał.
- Sorki. – Jej głos brzmiał okropnie. – Potrzebuję chwilki.
- Brzmisz strasznie.
- Tak, to Czarna Śmierć, która nigdy nie odchodzi. – Odchrząknęła, po czym przełknęła ślinę i uniosła brodę.
Nasze spojrzenia spotkały się i pomyślałem… pomyślałem, że zobaczyłem coś w jej oczach. Odzwierciedlenie tego co ja czułem, ale istniała dobra szansa, że pudło piwa, które wypiłem wczorajszej nocy wciąż tkwiło w moich żyłach.
Odwróciłem wzrok, zaciskając szczękę. – Muszę iść na zajęcia, więc…?
Zmieszanie przeszło po jej twarzy, ale nadal stała przede mną. - Chciałam tylko podziękować za pomoc Brit, kiedy byłam chora.
Przenosząc spojrzenie na knajpę u podnóża wzgórza i po drugiej stronie ulicy, wciągnąłem oddech. – To nic wielkiego.
- Dla mnie było. Więc dziękuję.
Kiwnąłem głową i ośmieliłem się na nią spojrzeć. Błąd. Wiatr zarzucił lśniące włosy na jej policzek i ciężko było mi ich nie złapać i nie założyć za jej ucho. – Nie ma za co.
- Cóż… - Zmarszczyła brwi.
- Muszę iść – powiedziałem znowu, odwracając się do bocznego wejścia. – Do zobaczenia.
- Przykro mi.
Powoli się obróciłem. Te dwa słowa sprawiły, że poczułem się jakby ktoś walnął mnie w jaja, bo za co dokładnie było jej przykro? Pokręciłem głową. – Mi też.
Prawdopodobnie było mi bardziej przykro od niej.

- Zaczynam myśleć, że Ollie siedzi na parkingu i chleje nasze piwo – powiedział Jase, opierając się o ścianę.
Siedząca obok mnie Steph potaknęła w zgodzie. – Ktokolwiek sądził, że dobrym pomysłem jest wysłać go do Sheetz jest jedynym winnym.
Miała rację, ale mogliśmy lepiej przygotować się na noc walki. Nasze mieszkanie było załadowane jak zawsze na takie wydarzenia.
Steph oparła się o mój bok, przyciskając piersi do mojego ramienia i podejrzewałem, że nie miała stanika. Czy ona nie miała przyjść z Jasem? Obracając czapkę do tyłu, pochyliłem się i spojrzałem na niego.
Wzruszył jednym ramieniem, po czym odwrócił się do Henry’ego, jak zaczęła się pierwsza ze wstępnych walk. Otworzyły się drzwi frontowe, wpuszczając do środka zimne powietrze w chwili gdy Kanadyjczyk na ekranie wymierzył brutalny cios powalający. Pokój zaroił się od mieszanki oklasków i gwizdów.
- Spójrzcie, kogo znalazłem! – wykrzyknął Ollie.
Zignorowałem go, gdy dwóch bokserów potoczyło się przez ring, ale wtedy Steph szepnęła. – Masz gościa.
Rozproszony, spojrzałem w lewo i prawie miałem opóźnioną reakcję. Uniosłem wysoko brwi, kiedy moje oczy spotkały się z ciepłymi, brązowymi oczami.
Avery stała obok Olliego, przyciskając do piersi butelkę piwa. Jej włosy były spięte, jej policzki były całe zaróżowione, a oczy szeroko otwarte.
Nigdy wcześniej nie była w moim mieszkaniu. Nigdy. Nie mogłem uwierzyć, że była tutaj teraz i nie miałem pojęcia dlaczego, ale zobaczenie jej… cóż, czułem się jakbym zobaczył słońce po wielu dniach deszczu.
Uśmiechnąłem się lekko. – Hej.
- Hej. – Pogłębiła się barwa jej policzków.
Przez parę chwil nie potrafiłem oderwać od niej wzroku i nie byłem jedyny. Kilkoro innych facetów, wliczając Henry’ego, wpatrywało się w nią tak, jak robili to faceci, kiedy w budynku było świeże mięso.
Spojrzałem na telewizor, ale byłem świadomy Olliego prowadzącego ją do pustej leżanki. Wpatrywałem się w ekran, ale moje całe ciało i myśli były gdzie indziej. Tysiąc pytań przesuwało się przez mój umysł. Widzenie jej w moim mieszkaniu było ostatnią rzeczą jakiej oczekiwałem. Byłem zbity z tropu.
- Chcesz piwa, kochanie? – zapytała Steph, zaciskając rękę na moim ramieniu.
Potrząsnąłem głową, skupiony na Henrym. Gnojek powoli podszedł do miejsca, gdzie siedziała Avery. Nie było nic złego z tym facetem. Powtarzałem to sobie, ale kiedy powiedział coś o jej skarpetkach, zacząłem wyobrażać go sobie jako następnego seryjnego zabójcę.
Ku mojemu zaskoczeniu Avery piła, naprawdę piła. Kieliszki tequili i co najmniej dwa piwa dla kogoś kto nie pił było piekielnym sposobem na rozpoczęcie bycie pijakiem.
Jej cichy chichot uderzył mnie prosto w pierś. Przymrużyłem oczy, gdy Henry się szczerzył, a Avery uśmiechała.
- Wygląda na to, że twoja koleżanka lubi Henry’ego – skomentowała cicho Steph. – Interesujący rozwój.
Serce obijało się o moje żebra w proteście. Czy ona z nim flirtowała? Zacisnąłem ręce na kolanach, jak Avery znowu się roześmiała. Co do cholery? Zazdrość – czerwona, gorąca, brzydka zazdrość – uderzyła moje żyły z konsekwencją zanurzenia głowy w wannie pełnej kwasu.
Spojrzałem na ekran, a wtedy Jase skinął mi głową, przesuwając spojrzeniem po Avery. Odłożyłem piwo na stolik, gdy Henry powiedział. – Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć lepiej.
Cholerna racja, że miał wystarczająco cholernie lat aby nawet nie myśleć o tym, co wiedziałem, że sobie myślał.
- Hej, Henry – zawołałem, czując naciągająco się skórę. – Chodź tutaj na chwilę.
- Jezu – mruknęła Steph, zakładając ramiona na piersi i oparła się o kanapę.
Henry pochylił się, kiedy wskazałem, żeby się zbliżył. – Co jest, stary?
- Zostaw tę dziewczynę w spokoju – powiedziałem cicho, podtrzymując spojrzenie starszego mężczyzny. – Mówię cholernie poważnie. Ona nie jest ani dla ciebie, ani dla nikogo innego w tym pokoju.
Brwi Henry’ego uniosły się, tak jak kącik jego ust. – Wiadomość przyjęta, kolego.
Patrzyłem jak podchodzi do Jase’a i poczułem się trochę lepiej. Niewiele, ponieważ nie potrafiłem uwierzyć, że po tym wszystkim z Avery, pokazała się w moim mieszkaniu, zaczęła pić i flirtować z Henrym Napaleńcem. Byłem w stanie pieprzonego szoku.
- Totalnie zablokowałeś akcję – odezwała się Steph, znowu kładąc rękę na moim ramieniu.
- Co? – Odwróciłem się do niej. – O co ci chodzi?
Wywróciła oczami. – Zaczynali się poznawać bliżej, a ty zablokowałeś akcję.
Zaczynali się poznawać bliżej? Do diabła nie, takie coś nie będzie działo się tuż przede mną. – Czy wyglądam jakby mnie to obchodziło, że to powstrzymałem?
Steph zabrała rękę, ale, tak szczerze, ona również mnie nie obchodziła w tej chwili. Avery uśmiechała się do Henry’ego. Jej uśmiechy były tak cholernie rzadkie i uśmiechała się do niego. Nie mogłem sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatnio byłem zazdrosny, ale poznawałem gorzki posmak w ustach. Dobrze mieszało się z gniewem.
Avery zerknęła na mnie i jej uśmiech zaczął znikać.
- To się nie dzieje – powiedziałem.
Steph wstała na równe nogi i nie miałem pojęcia o co było wkurzona, ale naprawdę mnie to nie obchodziło. Podnosząc się, podszedłem do miejsca, gdzie siedziała Avery. Wielki, szeroki i lekko pijany uśmiech pojawił się na jej twarzy.
- Pójdziesz ze mną na chwilkę? – zapytałem, zaskoczony tym jak spokojnie brzmiał mój głos.
Avery wystrzeliła z krzesła jakby ktoś podpalił jej tyłek. Przechyliła się mocno na bok. – Wow.
Złapałem ją za ramię, podtrzymując. Nie mogłem uwierzyć, że tak bardzo była pijana. - Będziesz mogła iść?
- Tak. Oczywiście. – Wpadła na mnie, chichocząc. – Nic mi nie jest.
Zastanawiając się jak wiele kieliszków wypiła, rzuciłem szczerzącemu się Olliemu zabójcze spojrzenie, prowadząc ją do kuchni. – Co ty robisz, Avery?
Podniosła butelkę. – Piję. Co ty robisz?
- Nie o to mi chodzi i ty o tym wiesz. Co ty robisz?
Zrobiła minę, która była nawet urocza i trochę dziwna, po czym westchnęła. – Nic nie robię, Cam.
- Nie? – Podniosłem brwi. – Jesteś pijana.
- Wcale nie!
- Sławne ostatnie słowa pijanego zanim pada na twarz.
- To się nie stało… jeszcze.
Pokręciłem głową, chwytając ją za ramię. Musieliśmy porozmawiać, a fakt, że tutaj była prawdopodobnie oznaczał, że ona tego chciała. Albo chciała spiknąć się z jednym przypadkowych facetów, którzy tutaj są. Nie wiedziałem co, ponieważ kto do diabła wiedział co działo się w głowie tej dziewczyny, ale nic z tego nie będzie. Zaraz zabierze ten swój pijany tyłek do jej mieszkania. Każdy z tych facetów w salonie z chęcią znalazłoby się między jej udami, a ja nie wiedziałem jak bardzo pijana była. Nie byłem jej opiekunką. Cholera, byłem dla niej nikim.
- Um… - mruknęła, marszcząc brwi, kiedy wyprowadziłem ją na klatkę schodową i zamknąłem za nami drzwi. Spojrzała na mnie zdezorientowana.
Wskazałem na jej drzwi. - Musisz iść do domu, Avery.
Otworzyła szeroko usta, wpatrując się we mnie. – Mówisz poważnie?
- Tak. Mówię cholernie poważnie. Jesteś pijana, a te gówno nie będzie się dziać przede mną.
- Jakie gówno? – Cofnęła się o krok. – Przepraszam. Ollie mnie zaprosił…
- Ta i skopię mu potem tyłek. – Zdjąłem czapkę i przesunąłem dłonią po włosach. – Po prostu idź do domu, Avery. Porozmawiam z tobą później.
Avery przełknęła ciężko ślinę. – Jesteś na mnie zły…
- Nie jestem na ciebie zły, Avery. – W tej właśnie chwili byłem zły na pieprzony świat.
Spojrzała na mnie, po czym szybko odwróciła wzrok, ale nie dosyć szybko. Dostrzegłem w jej oczach nagłe lśnienie. Cholera. Cholera. Cholera.
- Nie chcę iść do domu. Nie ma tam nikogo i ja…
Zapulsowało te miejsce w mojej klatce piersiowej. – Przyjdę potem i porozmawiamy, dobrze? Ale idź do domu. Proszę, po prostu idź do domu.
Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. – Okej.
Ból wzrósł. - Avery…
- Jest zupełnie okej. – Uśmiechnęła się, ale nie było to prawdziwe, lecz pełne cierpienia – cierpienia, które wiedziałem, że ja tam umieściłem. Odwróciła się i podeszła wolno do jej drzwi, a ja wróciłem do mieszkania, cicho przeklinając.
- Wszystko w porządku? – zapytał Jase, jak skierowałem się do kuchni po kolejne piwo. Albo trzy.
- Nie. – Oderwałem zakrętkę i wrzuciłem ją do kosza.
Podniósł ciemne brwi. – Nie jest w porządku bo ona tutaj była czy dlatego że wyszła?
- To ja ją wyprosiłem.
Jase zerknął na Olliego, który wszedł do kuchni. Rzuciłem jedno spojrzenie na ćpuna. – Powinienem kopnąć cię w jaja.
Ollie nie zbył tego śmiechem. Wpatrywał się we mnie poważnym spojrzeniem. – Czy ty właśnie wyprosiłeś tę biedną dziewczynę?
- Biedną dziewczynę? – wybełkotałem.
- Tak, no wiesz, tę dziewczynę, na której punkcie miałeś obsesję od sierpnia? W końcu tutaj przyszła, a ty wykopałeś ją z mieszkania.
Gapiłem się na niego, ściągając czapkę i rzuciłem ją na blat. – Jesteś naćpany? Nie masz pojęcia co się między nami dzieje.
- Ollie – ostrzegł Jase.
- Masz rację. Nie wiem, co się dzieje, ale…
- Zamknij się, Ollie. – Wyminąłem go, kierując się do salonu.
Główna walka zaraz miała się zacząć. Zatrzymałem się przy drzwiach, orientując się, że zostawiłem piwo w kuchni. Chciałem wrócić, ale nie poruszyłem się. Mówiłem poważnie, kiedy powiedziałem Avery, że przyjdę i porozmawiam z nią, ale planowałem zaczekać do jutra, gdy będzie trzeźwa, a ja nie będę tak pieprzenie wkurzony na wszystko. Lecz jak tam stałem, widziałem tylko wzbierające się łzy w jej oczach. Jutro nie było tak daleko, ale…
- Idź. – Usłyszałem za sobą Jase’a.

Już byłem za drzwiami.